Palenque

Na początku nie planowaliśmy oglądania tych “kamieni” ale ponieważ taka opcja skracała o 5 godzin czas podróży autobusem na tzw. “jeden raz” to skusiliśmy się. O ile inne atrakcje po drodze jak kaskady i wodospad w dżungli nie zrobiły na nas wrażenia, to miejsce docelowe jak najbardziej.

Do tego jesteśmy wszyscy trochę nerwowi co przypisujemy Malarone (profilaktyka anty-malaryczna), tak więc wesoło nie jest.

Jakby tego było mało podróż busem w którym dostawiono dwa rzędy siedzeń na końcu (w miejscu przestrzeni bagażowej) nie modyfikując nawiewów klimatyzacji (okna nieotwierane), dwadzieścia pięć tysięcy trzysta siedemdziesiąt cztery “topas” i “zona vibration”, a także milion zakrętów i słaba pamięć (nie wzięliśmy Aviomarin) spowodowała, że tylko trzy istoty z rzeczonych miejsc przetrwały podróż nie zmieniając barwy na denaturat-owy (na szczęście wśród szczęśliwców była córka autora bloga i jej fantastyczny ojciec). Co do zakrętów to winny był kierowca – miał bardzo kiepski tor jazdy 😀 Reszta to uroki Meksyku 😀

Po dotarciu na miejsce nasza przepustka => spowodowała uśmiech na twarzy bileterów i mrugnięcie oka żeby wejść z aparatem – na który przez niewiedzę nie kupiliśmy biletu 😀

A same ruiny – no cóż – FANTASTYCZNE miejsce.





One Response to Palenque

  1. Hubert says:

    Bilet wstępu dla aparatu? Przypomina mi to scenę z Misia, gdzie ważono na lotnisku i facet (z wyższym wykształceniem) przywiózł do kraju 4 kg obywatela mniej i zapłacił karę – 75 za każdy brakujący.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *