Kapitalny reef

Kolejny park na naszej trasie leży przy niesamowicie pięknej trasie nr12 (jedna ze Scenic Drive w Utah). Droga ta wspina się na wysokość blisko 2800mnpm, a widoki jakie serwuje podróżnym powalają na kolana. No ale nie o tym miało być, a o parku. Kolejny na naszej drodze, który traktowany jest trochę po macoszemu przez turystów (co oczywiście ma swoje plusy).

Dzięki temu, że zainteresowanie nim jest niewielkie to i bliskość przyrody zdecydowanie większa niż w poprzednich miejscach. Na ten przykład przy miejscach “piknikowych” spokojnie pasą się sarny (nazwa robocza bo nie mam pojęcia co to za zwierz), nic sobie nie robiąc z obecności ludzi. Na szczęście Marta zaraz je pogoniła w diabły więc nie przeszkadzały nam w biesiadowaniu. 😀

Po posiłku można było cichcem zaburzyć ekosystem parku wrzucając do rzeczki szyszkę 🙂

i udać się do pobliskiego sadu na …. właściwie to na nic bo nic na drzewach nie było. Za to to co było to mnóstwo Miejsc Historycznych, które wszystkie przewodniki wychwalają pod niebiosa. A to historyczna szkółka drzewek owocowych, a to historyczny szałas pierwszego Mormona, który założył szkółkę drzewek owocowych, a to znów historyczny szlak po, którym ów Mormon był spacerował sobie na początku XIX wieku. Mistrzostwo marketingu -parę desek zbitych na kształt stodoły i już jest historic place. Szacun dla nich za to, że im się chce promować taki badziew (przepraszam wszystkich miłośników “historycznej spuścizny pierwszego Mormona w Capiotol Reef”), bo robią to z takim wdziękiem i tak perfekcyjnie wyuczoną szczerością, że musiało to kosztwoać wiele godzin pracy najlepszych szkoleniowców. Także skuteczność tych zabiegów jest po prostu niesamowita, staje jeden samochód pod “historic place” i po chwili już stoi kolejny i się zaczynają ochy i achy (mam podejrzenia, że ten pacjent w pierwszym samochodzie jest podstawiony).
Z takim marketingiem to ul u Teścia na podwórku można by wypromować na dwa województwa.
Tak czy inaczej cel zostaje osiągnięty i kolejny “ambitny” turysta jest złapany, przy okazji kupi jakieś przetwory wykonane według prastarej mormońskiej receptury (historycznej ma się rozumieć) albo kupi przedruk jakichś transkryptów z zamierzchłych czasów  – historyczne znaczy się – (w skali kraju wuja Sama) z tajnymi przepisami na powidła jabłkowe, albo nie daj boże na nalewkę szatańską, które zresztą przy najbliższej okazji wystawi przed chałupę w trakcie wyprzedaży ogrodowych.

Wracając do właściwych atrakcji parku to niestety nie udało się nam znależć tytułowego Capitolu, za to pojeździliśmy sobie trochę po szutrowych drogach w parku.
Był nawet ambitny plan aby “zrobić” jakiegoś krókiego treka ale ze względu na okoliczności przyrody – a zwłaszcza jej ożywionych przedstawicieli musieliśmy salwować się ucieczką. Jak wiadomo dziczyzna ma to do siebie, że z reguły ucieka przed człekokształtnymi, reguła ta niestety nie dotyczny Dzikiej Muszki zwanej roboczo – Małym Cholernym Latającym Skurczybykiem. Całe szwadrony MCLS czychały przy każdym miejscu postojowym w parku. Minuta robienia zdjęć na zewnątrz powodowała 5 minutowe polowanie wewnątrz auta na siebie na wzajem – najpierw MCLS polowały na nas, a później my przechodziliśmy do kontrataku. Najbardziej ucierpiała Marta bo jakoś ją sobie upatrzyły te małe potwory. Co gorsza na MCLS nie działały repelenty z DEET i innymi truciznami. Więc tylko eliminacja mechaniczna pozwalała się ich pozbyć – niestety nie było to łatwe bo rozmiaru są raczej nikczemnego (jak nasze ojczyste owocówki), latają bezgłośnie i pchają się do wszystkich otworów w głowie człowieka. Ponadto każda z nich ma przynajmniej 3 życia bo po zabiciu całej chmary kolejny raz pojawiały się kolejne. Ostatni raz takie przygody mieliśmy w Tulum gdzie niestetey nie wiemy czy ruiny były ładne czy też nie bo rój komarów zasłaniał je w stopniu uniemożliwiającym zrobienie zdjęcia. Tam jednak wróg stosował się do pewnych reguł – to znaczy nie lubił DEET, dawał sygnały dźwiękowe zbliżając się do ofiary, oszczędzał dzieci i mężczyzn 😀 oraz był nieco wolniejszy od roweru poruszającego się z prędkością Szurkowskix2. Nie pisaliśmy tego wcześniej bo taki mieliśmy układ z sołtysem Tulum, niestety przelew nie został zaksięgowany na naszym koncie wobec czego pora ujawnić całą prawdę. 🙂

4 Responses to Kapitalny reef

  1. Hubert says:

    To chyba jest początek końca politycznej kariery sołtysa w Tulum.

  2. Alas says:

    to chyba najśmieszniejszy wpis na tej stronie, który do tej pory przeczytałam – dzięki!, a czytam dzielnie wg porządku chronologicznego, mimo że nie jest to wygodne (sorry)
    Pozdrawiam

  3. Mariusz says:

    Alas, już taka niestety natura bloga i tej odwróconej chronologii…

    miło że się podoba, aż nam się łezka w oku zakręciła na wspomnienie najstarszego Mormona i MCLS

  4. […] Jednym słowem było od cholery piachu (także wpadającego w oczy razem z dość porywistym zefirkiem) i nieco mniej kilometrów do przejechania. Capitol Reef odpuściliśmy po drodze, bo wciąż pamiętaliśmy MCLS. […]

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *