Monthly Archives: June 2010

Wszędzie daleko

Śniadanie w Arkansas, obiad w Oklahomie a kolacja w Texasie…

Odległości dają o sobie znać (zwłaszcza w krzyżu), na dodatek nie da rady podgonić bo już nas jeden strażnik Teksasu namierzył 🙂 No i dostaliśmy “Warning” na piśmie. A przekroczenie było znaczne jakieś 3 mile na 70-ce.

Memphis

Nashville

Oj duże te odległości w tej Ameryce mają. Dojechać z Południowej Karoliny do Nashville, odwiedzając przy okazji Smoky Mountains to naprawdę spore wyzwanie (tym bardziej, że impreza pożegnalna przeciągnęła się “troszeczkę”). Tak więc po 2 ulewach i kolejnych dwóch oberwaniach chmury dojechaliśmy do PN Smoky Mountains przy okazji poznając przyczynę obecności w górach tak bujnej przyrody.

Udało się także przejechać kawałkiem legendarnej Blue Ridge Parkway na jej odcinku tuż przed SM. Przepiękna trasa – nic tylko siąść na Harleya i jechać…. Ponieważ my Harleya nie posiadamy, a nawet gdyby to ciężko byłoby w nim zainstalować fotelik i co chyba jeszcze trudniejsze ustrzec się przed tymi “kapuśniaczkami” przy których wycieraczki nie dawały rady zbierać wody z szyby i to przy szybkości “patrolowej”.

Po tych wszystkich dotychczasowych klimatach widok gór przypominających Beskidy powoduje takie miłe uczucie w sercu 🙂

SC

Musimy przyznać, że nie spodziewaliśmy się tak ciepłego przyjęcia, oczywiście za sprawą naszych serdecznych znajomych i ich znajomych 🙂 tak więc imprezowaniu nie było końca. Stąd też braki w oglądaniu świata, jak również w pisaniu na blogu (bo niby o czym). Czego by nie powiedzieć o tym kraju to fakt jest jeden, miliony rzeczy stworzone są po to by pomagać ludziom i to na skale niespotykaną w Europie.  Najmilszym zaskoczeniem była infrastruktura przygotowana pod kątem dzieci. Zacienione place zabaw (temperatury tutaj niewiele ustępują tym z Meksyku – może wilgotność jest niższa), deptaki, parki, klimatyzacja >-wszędzie-< i atrakcje turystyczne takie jak Zoo zbudowane również z myślą o dzieciach.

Trudno sobie bowiem wyobrazić aby dzieci mogły karmić egzotyczne ptaki np. w Chorzowskim Zoo, albo mogły doświadczyć tak prozaicznej czynności jak dojenie krowy czy karmienie kur i indyków w zagrodzie, można też nakarmić żyrafę i dotknąć “żółwika” z Galapagos. Bardziej to działa na wyobraźnie dwulatka niż czytanie “mondrych” opisów na tabliczce przy wybiegu dla słonia i jego oglądanie z odległości 50m.

Street life

To ostatni zaległy post z Meksyku – nie do końca wiem dlaczego się nie opublikował

Dotarliśmy tutaj w nocy 7 maja, ulica wyglądała na opustoszałą, kiedy jednak nastał dzień również i jej “luźny” charakter odszedł w zapomnienie.

Na ulicy kupisz wszystko, jedzenie, ubrania, płyty, wiertarkę, biżuterię, wycieczkę itd, do tego dochodzą sklepy, które przyciągają klientów ogromnymi głośnikami, których mocy nie wahają się użyć 😀

Skutek tego jest taki, że panuje tutaj ogromny hałas, do którego ciężko się przyzwyczaić (choć muszę przyznać, że dla mnie Mexico City jest naprawdę ciekawym miejscem – choć reszta wycieczki tej opinii nie podziela).

Pewnego dnia popołudniu zaczął padać dość intensywny deszcz, odetchnęliśmy z ulgą na myśl o chwili ciszy i spokoju – nic z tego już po 2 minutach było dwóch wyspecjalizowanych handlarzy peleryn i parasoli 😀

Meksyk

Nie było naszym celem pisanie przewodnika dla innych i spisywanie każdej wydanej złotówki razem z namiarami geograficznymi miejsca gdzie to nastąpiło, raczej chcieliśmy mieć takie swoje miejsce w sieci gdzie będzie można dać znać znajomym i rodzinie, że wszystko w porządku i jesteśmy cali i zdrowi, ewentualnie żeby zasilili nasze konto :D. Wydaje się nam jednak, ze względu na pewnego rodzaju „unikalność” naszego przedsięwzięcia warto napisać kilka słów podsumowania, które rzucą światło na spotkane po drodze realia 🙂 Być może komuś kto wybiera się tutaj z dzieckiem pomoże to w zaplanowaniu swojego pobytu.

No więc po kolei:

Żeby sobie uzmysłowić jakiego rodzaju „podróżnikami” jesteśmy:

absolutnie nie jesteśmy

Mamy…

telefon hamerykański: +1 803 397 2211

hamerykański samochód:
_DSC4253.jpg
teraz tylko czekamy na azyl 😀

on duty

wyobraźmy sobie małą ciastkarnie w centrum – powiedzmy 60m2 powierzchni wystawowo-obsługowej. Pomijając doznania termiczne >piec w rogu, a na zewnątrz +32<  oraz zapachowe – mimo upału nie chce się wychodzić :),  – pomoże nam to zrozumieć meksykański model organizacji pracy. Podchodzisz do lady i pobierasz tace wielkości WIELKIEJ pizzy (aluminiowa coby mało gramotny klient nie potrzaskał – czyt. ja). Na tace nakładasz sobie co tam tylko Ci się zamarzy i podchodzisz do Pani nr.1, Pani ta okiem fachowca sprawdza zawartość tacy i wypełnia Dokument nr 1. Z tym też dokumentem udajemy się do Pani nr.2, czyli kasjerki, sprawdza ona zapiski na Dokumencie nr 1 i podaje kwotę do zapłaty. Po jej uiszczeniu wręcza nam Dokument nr 2 na którym stawia pieczęć nadającą moc urzędową temu Dokumentowi. Następnie z opieczętowanym Dokumentem udajemy się do Pani nr 3, która sprytnie pakuje nasze sprawunki (każde z osobna w foliową torebkę – Meksyk kocha foliowe torebki) po to by później wszystkie razem włożyć do kolejnej „reklamówki”. Warto nadmienić, iż przy Pani nr 3 stoi ogromny kosz do którego tuż po jego weryfikacji >bądź nie, bo rzadko ktoś zaprząta sobie głowę przeglądaniem Dokumentu nr.2< przez Panią nr 3 ląduje JakżeWażnyDokumentNr2.
Całość odbywa się przy jednej ladzie i odległość między skrajnymi punktami nie przekracza 4m. Pani nr 2 oraz Pani nr 3

Merida

Po pobycie w Tulum przejechaliśmy do naszej ostatniej (pomijając DF) “destynacji” w Meksyku. Żyliśmy złudną nadzieją, że będzie trochę chłodniej niestety magiczne 100/100* nie odpuszczało nawet na chwilę.
Udało się jednak trochę pokręcić po okolicy i samym mieście.