Dwa w jednym

Do drugiej stolicy Polski dojechaliśmy dość późno, co zresztą nie wynikało z naszych błędnych kalkulacji (do tej pory na całodziennych trasach myliliśmy się o maks 15 minut), a z natężenia ruchu w sobotnie popołudnie. Korki były niesamowite (drogowcy wykorzystywali ostatnie dni wakacji) więc jazda wydłużyła się o dobrą godzinę – co nie jest bez znaczenia jeśli jedzie się na wymarzoną polską kolację do przyjaciół. Na szczęście gospodarze cierpliwi i nie zamknęli nam bufetu przed nosem 🙂 Ehhh jak dobrze było znów poczuć „nasze” smaki. Od czasów Nashville (muzyczne miasto kotleta schabowego) nie było okazji zjeść czegoś typowego dla naszego ziemniaczanego królestwa. Po drodze kilkakrotnie robiliśmy przymiarki ale w części miast gdzie coś z polską kuchnią teoretycznie istnieje to funkcjonuje z podobną częstotliwością jak pracuje pewien Inspektor Nadzoru Budowlanego na Dolnym Śląsku (dwa dni w tygodniu od 7 do 730). A że nie udawało się nam wpasować w kalendarz polskich garkuchni to i musieliśmy obejść się smakiem. Przy okazji jeśli ktoś chciałby zjeść kolację w polskiej knajpie w Portland to niech tam jedzie w weekend – informacja na stronie internetowej o rzekomym codziennym biesiadowaniu jest nieaktualna – inni przynajmniej pisali kiedy otwarte…
Po podrażnieniu kubków smakowych różnymi przysmakami, uspokojeniu się po obejrzeniu transmisji z obrony/ataku/przeniesienia/odsłonięcia/zasłonięcia krzyża i innych tablic w polskiej TV oraz spożyciu trudnej do zdefiniowania ilości zabronionych dla młodzieży trunków, mogliśmy się udać na spoczynek przed pracowitym kolejnym dniem…
No więc jak i drugiego dnia pojedliśmy i popiliśmy co rusz spoglądając na niesamowite zwroty akcji pod PP to ustaliliśmy, że być może dnia kolejnego ruszymy zobaczyć miasto 😀
Potrzebne nam było takie nieróbstwo bo dzień przed przyjazdem szukając noclegu wjechaliśmy nieopatrzenie na teren jakichś wyścigów motorowych – co wiązało się z tysiącami Harleyów – nie tyle na drogach co pod motelami w których i my szukaliśmy noclegu. No i tak się nieszczęśliwie złożyło, że poszukiwania trwały jakieś 5 godzin – podczas których przejechaliśmy kolejne 250 mil w stronę Chicago. Nierówna walka zakończyła się o 3 nad ranem – na szczęście sukcesem – a nie zaśnięciem za kierownicą…
Wracając do Chicago to centrum robi niesamowite wrażenie. Niestety już nie tak kompaktowe jak nasi ulubieńcy z zachodniego wybrzeża – ale mimo wszystko bardzo pozytywne w odbiorze.  Pełno mostów poprzerzucanych nad kanałami, trudny do opisania miks starych poprzemysłowych tworów z nowoczesnymi biurowcami. Na okrasę tego wszystkiego naziemna kolejka jaką pamiętaliśmy z filmów, parki i fontanny. Do tego potworny upał i ogromna wilgotność – to dla tych co myślą, że my tu lekko mamy 🙂
Bez większych problemów udało się nam dostać na 103 piętro już nie Sears Tower – choć w dalszym ciągu najwyższego budynku w Stanach, skąd widok może i nie najgorszy ale brakowało nam jakiejś fajnej ośnieżonej góry na horyzoncie – no i prośba do nowego właściciela aby jednak czasami myć szyby – bo to ponoć „deck” widokowy – a przez niektóre to trzeba było się domyśleć co widać. Furorę robiły całkowicie przeszklone balkoniki z pięknymi widokami pod stopami. Nie wiedzieć czemu wielu tam przebywających uciekało w popłochu jak zacząłem sobie podskakiwać na tej tafli szklanej. Cóż podłoga wytrzymała a rodzina będzie musiała żyć z tego co sami zarobimy bo odszkodowania nie będzie…




Po dniach spędzonych w mieście czujemy ogromny niedosyt, bo nie sposób zobaczyć coś więcej w tak krótkim czasie.








Będąc w mieście tak bardzo kojarzonym z ojczyzną chcieliśmy koniecznie udać się do polskiej dzielnicy – co niestety się nie udało, ale na pociechę odwiedziliśmy polski sklep…
Ech dużo by pisać o radości na widok załadowanych półek polskimi produktami, możliwości zapytania o coś w ojczystym języku…. Ta radość niestety szybko ustępuje jak się słyszy odpowiedź 🙁 No cóż pod kanadyjską granicą odwiedziliśmy skansen w postaci miasteczka pionierów, tu zaś w sklepie spożywczym nagle poczuliśmy się jak w skansenie ale zachowań znanych części nam tylko z filmów Barei. Ach ta Pani Sprzedawczyni i JEJ sklep. Klient czuje się niepotrzebny 🙂 no bo jak to taki może chcieć parę plasterków wędliny – skoro ONA właśnie rozmawia z koleżanką, inna pakuje coś dla siebie bo zaraz kończy pracę, jeszcze inna z namaszczeniem zawija makrele w papier po czym ulatnia się po angielsku 😀 Na szczęście jest i kierowniczka, która z aprobatą wypisaną na twarzy sprawdziła jakość pakowania rzeczonej makreli i oddelegowała się do bliżej nieokreślonych menedżerskich obowiązków.
Do tego miły Pan na monopolowym, chłopak „wykładający chemię”….
Normalnie niepojęte, że tacy ludzie się uchowali, co więcej średnia wieku dużo poniżej naszej ilości wiosen… Na dodatek egzystują w kraju gdzie niegrzecznym jest nie zapytać wchodzącego do sklepu klienta jak się ma i czy w czymś pomóc, co więcej, nawet w Polsce rzadko się spotyka z takim olewatorstwem w stosunku do klienta. Nic to, warto było zobaczyć na własne oczy i potwierdzić opinie naszych znajomych, którzy mieli podobne doświadczenia z szykagowską eltyta polskiego pochodzenia, no i odświeżyć sobie sceny z filmów nieodżałowanego reżysera (może jego produkcje służą za filmy szkoleniowe??)
ps.
A jak nie jesteś pełnoletni to najlepiej kupować alkohol w polskim sklepie – nikt nie sprawdza ID.

Jak w domu:

3 Responses to Dwa w jednym

  1. Hubert says:

    Dziękuję za “przeżyjmy to jeszcze raz.” Scena w sklepie oddana perfekcyjnie. I ten “chłopak wykładający chemię.” O ironio.

    Na Jackowie czas się zatrzymał kiedy Wałęsę ganiało ZOMO. Wielu mieszkających w granicach Chicago Polaków wyprowadza się jak najdalej od Jackowa i niechętnie wspominają o swoich polskich korzeniach. Nie dziwię im się.

    Może to i zaleta muzycznego miasta kotleta schabowego, że jest tam mało amatorów tego wieprzowego dania.

  2. andi says:

    Fajny post. Dzieki!
    Chcago to naprawde fajne miasto, jedyny polski akcent,
    jaki przezylismy, to machajacy polska flaga na balkonie
    golas w podkoszulku, ktorego widzielismy z taksowki –
    jadac z lotniska do centrum. Nie szukalismy wiecej.
    Swietne miasto. Rzeka, mosty, widoki – ekstra.
    Polecam Intercontinental – znakomity hotel, ciekawostka – basen w tym hotelu byl bohaterem “Meet Joe Black”.
    Swietnie opisales mieszanke nowoczesnych budynkow
    z elementami jakby wzietymi z rewolucji przemyslowej.

  3. […] Sam nie wiem, jest w Chicago coś takiego co nie pozwala o nim zapomnieć (i nie chodzi o sklep w polskiej dzielnicy). […]

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *