płyniemy

no prawie:) na razie kupujemy bilety 🙂 W tym to właśnie celu udaliśmy się do biura naszego przewoźnika. Ponieważ nie mamy żadnych skrupułów to wzięliśmy ze sobą naszą tajną broń (chwilowo w randze księżniczki).
Pani obsługująca nie była w stanie oprzeć się urokowi Marty – co skutkowało otrzymaniem na dziecko kolosalnej zniżki (80%) – która to nie jest dostępna przy bookowaniu przez internet oraz już na odchodne informacji, że dostaliśmy zupełnie inną kajutę niż zapłaciliśmy, czyli takie „medium class” w miejsce naszej „turystycznej”.
Różnica w cenie jest spora – więc nie kłóciliśmy się, że wolimy to za co zapłaciliśmy.
Dzień kolejny poświęciliśmy na ostatnie zakupy (whisky i ciepłe skarpety) oraz szeroko pojęte nic nie robienie.
Gdy już dobiegło ono końca spróbowaliśmy wsiąść w taksówkę by dojechać do portu. No cóż niby prosta czynność ale jednak nie do końca:) Taksówki stały na postoju, więc wsiedliśmy do jednej i mówimy że do portu. Pan do nas (swoim bełkotliwym hiszpańskim – Chilijczycy mówią bardzo niewyraźnie), że on w tamtą stronę nie jedzie (w sumie stał na postoju w stronę przeciwną – ale myśląc po polsku  – żaden to problem nawrócić), kiedy już się zdecydował że jednak pojedzie – to stwierdził, że musi poczekać bo nie ma kompletu. No cóż po chwili nie miał już nawet połowy składu – bo nie bardzo nam się uśmiechało czekać na kolejnych chętnych.
Polak sprytny jest, więc chyżo skoczyliśmy na drugą stronę łapać transport do portu. No i…. zatrzymała się taksówka, która z daleka wyglądała na pełną 🙂 Tutaj my byliśmy „brakującym elementem”. Wcisnęliśmy nasze szczupłe ciała do środka i wolnym posuwistym ruchem posunęliśmy w „naszym” kierunku. Tutaj pod terminalem autobusowym okazało się, że dalej nie jedzie…. Nic to, zapłaciliśmy – na szczęście jakąś śmieszną kwotę, i rozpoczęliśmy poszukiwania kolejnej. Tutaj również pierwsza „zapytana” odpowiedziała, że ona ma nie po drodze z nami, kolejna zaś chciała nas wziąć ale na trzeciego i czwartego – tyle, że kurs pierwszych dwóch osób był w kompletnie innym kierunku. Jedyne co pozostało to pójść w do portu o własnych siłach.
Jak już się zaokrętowaliśmy (dobrze, że z pełnymi brzuchami – bo od 14 do 19 nie było żadnych posiłków na statku) to przemiły pan kapitan, zawezwał moją skromną osobę i zapytał czy „księżniczka” podróżuje pod naszą opieką i słysząc że tak, bez wahania wręczył nam klucz do kajuty „byznes klass” z własną wygódką wewnątrz i innymi bajerami (np. działającą wentylacją). W dalszym ciągu ma trzy na dwa kroki – ale przynajmniej do ubikacji blisko 🙂
A na statku jak na statku….

z poważaniem Wasze
Wilki Morskie







5 Responses to płyniemy

  1. Hubert Muchalski says:

    Więc wychodzi na to, że Princessa nie jest aż taka terrible.

  2. andi says:

    OK, troche to sie wszystko kupy nie trzyma.
    Z jakiegos powodu jestes bardzo tajemniczy jesli
    chodzi o nazwy miejsc, gdzie jestescie…
    Rozumiem, ze piekne miejsce to Bariloche.
    Dalej jest wpis o drogach, wiec jedziecie ladem do
    Patagonii. Ale nie ma slowa o El Calafate czy Perito Moreno,
    jestescie za to w Puerto Natales… Jest tez slowko
    o kiepskich liniach lotniczych.
    Zatem polecieliscie do Puerto Natales. Ale po co,
    skoro odrazu plyniecie – znow nie wiadomo dokad,
    chyba na polnoc fiordami do Puerto Montt.
    Bylibyscie chyba pierwszymi, ktorzy pojechali
    do Puerto Natales i nie zwiedzili Torres del Paine.
    Zrobila to co prawda Samantha Brown, ale on jest
    “poza konkursem” 🙂 Jesli nie TdP to pobyt w Puerto Natales nie ma przeciez kompletnie sensu (?).
    Do Puerto Montt prowadzi tez piekna droga przez gory
    i jeziora bezposrednio z Bariloche… Po co wiec
    jechac na dol, jesli nie zwiedzacie Patagonii?
    Bedziecie tez w Nowej Zelandii, ktorej fiordy sa
    o niebo piekniejsze, a nawet “piekne” Bariloche
    to nic ciekawego w porownaniu do Queenstown.
    Sorry, ale chyba zle to wszystko rozumiem, moze
    napisalbys choc dokad plyniecie? Moze na Antarktyde?
    Fajne opisy, ciekawe zdjecia, szkoda, ze brak szczegolow
    i te nudne wywiady tez byly zupelnie niepotrzebne.
    A i trasa co najmniej dziwna, pomijam zmarnowany miesiac
    w Buenos Aires (wyglada, ze tez tak uwazasz z luzno
    wtracanych uwag)…

  3. Mariusz says:

    Hej Sherlocku 🙂
    Buenos – Bariloche z Aerolineas Argentinas
    Ruta40 i Los Siete Lagos to okolice Bariloche
    Później portowe życie – to Puerto Montt – do którego dotarliśmy przez przełęcz o której myślisz pisząc o pięknej drodze.
    następnie łajba w kierunku południowym
    Puerto Natales w tagu pojawiło sie przez przypadek i już jest poprawione.

    co do Buenos to tak jak napisałem nie znalazłem tam niczego specjalnego i nie będę tego ukrywał – a miesiąc tam nie był pomyłką bo teraz jesteśmy w stanie komunikować się z otoczeniem w języku jakiego używają – tak więc cel (swój) osiągnęliśmy. Tak naprawdę nie bardzo wiem co może tam zaskoczyć Europejczyka – no ale ja mało artystyczny jestem – więc pewnie w tym jest problem.
    cdn.

  4. andi says:

    OK, dzieki za wyjasnienia. Przyznaje bez bicia, ze
    do Torres del Paine jechalem od strony Argentyny
    z El Calafate i w Natales nigdy nie bylem… Sam Brown
    zachwyca sie tamtejszymi lobsterami, wiec chyba warto
    sprobowac :)))
    Wiec dokad dalej? Mam nadzieje, ze Antarktyda,
    lodowce i sniegi pasowalyby do twojego stylu obrabiania
    zdjec, tak mi sie wydaje… W Ushuaia z pewnoscia
    tez ladniej niz P. Natales i P. Montt.
    A hiszpanski moze latwiej bylo przez Rosetta Stone?

  5. Mariusz says:

    Andi, zadna Rosetta Stone nie zapewni Ci podprogowej nauki jezyka przebywajac wsrod hablajacych espaniol 🙂
    Antarktyda nie bardzo pasuje do naszych finansow, zainteresowan i przygotowania pogodowego – juz poludnie Ameryki bylo za zimne dla nas (choc ja uchodze za zimnolubnego) – a gdzie tam dalej sie pchac.
    Latwiej znalezc dobrego lobstera w Punta Arenas 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *