Na Salar – dzień pierwszy

Po dotarciu do Tupizy poświęciłem się wyborowi odpowiedniego hostelu – co nie było łatwe bo ceny są tak nikczemnie niskie, że to wprost nie do pomyślenia. Rozlokowawszy się już w moim private room with bath za 3 dolary, rozpocząłem poszukiwania agencji, która to powiezie moje szanowne cztery litery przez boliwijskie bezdroża. Już wcześniej miałem zidentyfikowaną jedną agencję, a zobaczone na drodze ich auto (Lexus) utwierdziło mnie w przekonaniu, że to dobry wybór. Wiadomo, że luksusowy turysta powinien podróżować luksusowymi pojazdami 🙂

Niestety dna kolejnego poczułem się strasznie oszukany ponieważ podstawiono Toyotę Land Cruiser i to z sześciocylindrowym silnikiem zamiast widlastej ósemki.

Nic to, słowo się rzekło, kupę szmalu 🙂 zapłaciło, to zająłem miejsce w wozie.

Grupa trafiła się średnia (jak wydaje się na pierwszy rzut oka), bo to para amerykańska i anglik. W sumie to i tak lepiej niż np. Japończycy i bracia z Izraela (bez uprzedzeń do tych nacji – tyle, że w większości są oni mocno zamkniętymi grupami i ciężko znaleźć wspólny język).

Z każdym kilometrem pniemy się coraz wyżej i wyżej. Za oknem wszystko to co widziałem z autobusu z Villazon jeszcze bliższe i bardziej spektakularne. Mijamy fantastyczne kaniony, zrujnowane puebla, i miejsca gdzie pełno pozostałości po lamach.

To co pozostawiamy za sobą to ogromna chmura kurzu, która już nas nie opuści aż do powrotu do Tupizy.
Kurz ten nie polubił się również z odtwarzaczem CD naszego kierowcy/przewodnika don Fidela. Sytuację wykorzystuje nasza kucharka Ida, zapodając swoją empetruchę. Na pierwszy ogień idzie kawałek Boys Boys Boys w wykonaniu w wykonaniu dziewojki z wielkim biustem, która to królowała w latach 80tych, na parkietach remiz w całej Polsce.
kolejne utwory tylko utwierdzają nas w przekonaniu, że będzie to wycieczka z muzyką ’80’s w tle.

Po 274 km wstrząsów jakim zostaliśmy obdarowani dotarliśmy do naszej bazy noclegowej. Nie wiem jakie są oczekiwania innych turystów w temacie miejsc do spania, bo dziewczyna w biurze sprzedającym wycieczki, chyba z dziesięć razy podkreśla, że noclegi są „basic”. Dla mnie są tylko dwa minusy – pierwszy to brak wody, zarówno ciepłej jaki i zimnej. Choć żeby być szczery, muszę przyznać, że woda owszem była – ale jej temperatura nie mieściła się w skali „zimna” – rozpoczynająca się dla mnie od 5°C.
Druga zaś to brak możliwości przestawienia łóżka – które było wymurowane – a moje niestety dokładnie pod otworem wentylacyjnym z którego dmuchało z prędkością kilkadziesiąt kilometrów na godzinę – rześkie powietrze.
Ekipa nasza okazała się całkiem do rzeczy, więc kolejne godziny po kolacji (nie wiem jakie są doświadczenia innych turystów – ale jedzenie jakie my mieliśmy podawane było WYŚMIENITE) spędziliśmy grając w karty i analizując kolejne odcinki dr. Housa i Lost. Nawet wyłączenie generatora nie popsuło nam szyków gdyż wyposażeni w bajeranckie czołówki mogliśmy oddawać się tym rozrywkom.







One Response to Na Salar – dzień pierwszy

  1. Dag says:

    Super miejsce 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *