Queenstown – czyli prawie jak Bariloche

Witamy po przerwie. I przede wszystkim dziękujemy (wersja dla głęboko wierzących Bóg Zapłać) Wszystkim za pamięć, maile i wszelkiej maści zaczepki służące potwierdzeniu, że wszystko z nami OK.
Przepraszamy za ogromne opóźnienie w aktualizacji bloga ale tak się złożyło, że uszkodzony komputer spowodował tak duże nagromadzenie zdjęć do przygotowania, że na samą myśl o tej robocie ogarniała nas niemoc twórcza. Nie pomagały w tym też ceny dostępu do internetu w Nowej Zelandii i Australii (ta druga przebija pod tym względem nawet Tahiti). Teoretycznie są jakieś free hot spoty – ale z reguły w tych darmowych nasza domena jest untrusted – więc nie mamy możliwości jakiegokolwiek „zaktualizowania się”. Biblioteki działają tylko w pewnych godzinach, a my jesteśmy na wakacjach – więc jedziemy tam gdzie nas coś interesuje, a nie tam gdzie można się podłączyć – Tak więc dotychczas najtańsza forma komunikacji ze światem (Skype) stała się mało konkurencyjna w stosunku do miejscowego telefonu czy nawet roamingu na polskiej komórce 🙁

Wracając do tematu – dojechaliśmy do Queenstown i z daleka wydało nam się bardzo podobne do Bariloche (w którym jesteśmy zakochani) jednak w tym wypadku słowo „prawie” robi bardzo dużą różnicę. Niekoniecznie chodzi o „lepsze – gorsze” ale o nieco inne odczucia.
Jest po prostu inne – a chyba jedyne w czym przypomina swojego argentyńskiego odpowiednika to „miejscówka”. Oba położone nad górskim jeziorem (to nowozelandzkie ma zdecydowanie bardziej intensywny kolor), otoczone górami, lasami, wzgórzami i wyposażone w tysiące miejsc gdzie można nacieszyć wzrok tymi widokami. Pisaliśmy już na takim czymś jak FB że widoki warte są milion dolarów – niestety działki, które to zapewniają kosztują zdecydowanie więcej.

No i w tym miejscu podobieństwa się kończą – cała reszta jest już z zupełnie innej bajki. Język nie taki, rozrywki zupełnie inne, a zamiast setki sklepów z czekoladkami mamy setki pizzerii oferujących wymownie nazwane placki.

Mamy też dziesiątki punktów pozwalających wybrać sposób w jaki uszczuplimy nasz portfel. Chcesz skoczyć ze spadochronem? A może bez? Popłynąć na ryby? Albo nie? Poupalać quadem czy innym offroadem po górach? A może wjechać na jakąś górkę rowerem? Na wszystko jest jedna odpowiedź: „no worries” płacisz – masz 🙂


Ilością pomysłów na spędzenie czasu – podnosząc przy tym poziom adrenaliny wysoko ponad normę – bije na głowę nawet Moab w Utah gdzie naprawdę było co „ze sobą zrobić”.

Jako, że my mało aktywni to popatrzyliśmy na widoczki, wyrysowaliśmy kartki i pojechaliśmy…

2 Responses to Queenstown – czyli prawie jak Bariloche

  1. Ewa says:

    Piękne miejsce… Zdecydowanie zostanie dopisane do mojej listy “dream places” 😉

  2. Hubert Muchalski says:

    Miło przeczytać coś nowego ze strony ekipy WPZS. Dziwne, że “chciwa” pizza wcale nie kosztuje więcej niż inne.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *