Monthly Archives: April 2011

znów

Przyznać muszę, że Fiji zmęczyło mnie swoimi urokami, nie to żeby im cokolwiek brakowało ale w myślach byłem już przy kolejnym celu naszej podróży.
Z biletu RTW wynikało, że teraz czas na jedną z największych skał na świecie. Mieniącą się kolorami ochry Uluru. Rzutem na taśmę załatwiony samochód i nocleg za zwalającą z nóg cenę w jedynym accommondation w okolicy Ayers Rock trochę zbiły nas z tropu (a właściwie naszą zdolność kredytową) – ale czego się nie robi dla realizacji ONCE IN THE LIFETIME – jak staramy się sobie wytłumaczyć te wydatki.  Dzięki przekupieniu trzyletniej obywatelki udało się zająć miejsce przy oknie i jeszcze z góry zobaczyć co „oni tam mają”.

i po wakacjach

mam 3 (TRZY) lata

„Ma się ten gest” – pomyślał przywódca stada
zorganizujmy urodziny córce na Fiji!!!

tak to może wyglądać z boku – ale z drugiej strony jeżdżenie po Świecie powoduje wiele fajnych zbiegów okoliczności. Tak więc:
rocznicę ślubu obchodziliśmy nad Wodospadami Iguazu
imieniny Pani Domu w Mendozie
imieniny Pan Domu w Nowej Zelandii (z nieco spóźnionym prezentem na Shootover River)
urodziny obojga rodziców w Sydney – gdzie oglądaliśmy fajerwerki noworoczne

Raczej trudno byłoby wskazać jakieś „niefajne” miejsce z naszej podróży – więc łatwo o takie miłe „zbiegi okoliczności”.

Ale wracając do NAJWAŻNIEJSZEJ!!! Złożyło się tak właśnie, że swój wielki dzień trzecich urodzin obchodziła właśnie na jednej z wysepek Yasawa. Wielki bo to chyba pierwsze urodziny dziecka, które potrafi ono (przynajmniej z naszych obserwacji) w pewien sposób zrozumieć (częściowo) i aktywnie w nim uczestniczyć. Tak więc dzięki przemiłej obsłudze na wyspie gdzie dane nam było spędzać TEN DZIEŃ pomogli nam oni zorganizować uroczystość – wraz z odśpiewaniem Happy Birthday po angielsku i fidżyjsku, mini tortem i prawdziwie królewskim obiadem urodzinowym 🙂

wakacje

Póki człowiek nie wyjedzie to nawet nie wie jak bardzo takie zwiedzanie Świata jest męczące. Trzeba pamiętać o lotach, obmyślać plan na kolejne dni, sprawdzać czy jest jeszcze za co dalej jeździć, tankować, robić zakupy, zdjęcia, potem to wszytko jeszcze raz przemielić i efekt wrzucić na bloga – nie dać się przy tym zwariować – i co najważniejsze nie dać się wmanewrować w jakieś psycho-gierki naszej prawie 3 letniej latorośli.
Aby więc od tego wszystkie odpocząć zrobiliśmy sobie wakacje – takie prawdziwe – bez samochodów, gotowania, planowania, za to z dużą ilością słońca, piasku, rafy koralowej i nieprzytomnie wysokimi temperaturami. Jeśli do tego doda się absolutny brak internetu, ba nawet prądu przez większość dnia, przemiłych mieszkańców ze swoistym poczuciem zarówno humoru jak i czasu to mamy przed oczami Fiji.
Strasznie chcieliśmy zobaczyć jakieś wyspy na Pacyfiku. Na Polinezję Francuską nie było kasy, Vanuatu zdyskwalifikowało położenie w strefie malarycznej (o ile to prawda), za to te wyspy leżą w rozsądnej (cenowo i czasowo) odległości od Oz i NZ więc się tutaj znaleźliśmy.
Niby pora deszczowa, niby cyklony się zdarzają – ale tak naprawdę padało tylko dwa razy (z czego raz jak płynęliśmy na inną wyspę – więc bez różnicy dla nas), cyklonów nie stwierdziliśmy żadnych – więc nie bardzo mamy o czym pisać.

znowu OZ

Po raz kolejny wróciliśmy do Sydney. Kolejna pieczątka w paszportach (i nie tylko).

Kolejne szwędanie się po tym hmmmm – takim sobie mieście. Może i nie nam odnosić się do rankingów na najlepsze miejsce do życia – bo w sumie spędziliśmy tu tylko parę (tak tak) tygodni – ale to miasto po prostu NICZYM (pozytywnym) nas nie zaskoczyło i NICZYM nam nie zaimponowało.

prawie jak…

Dziś trochę ponarzekamy na NZ. Zacznijmy od Marlborough Sound położonego na północnej części wyspy południowej. Po wylądowaniu tutaj (promem – nie kosmicznym) pojechaliśmy do Abel Tasman. Samego Marlborough widzieliśmy tyle co nic bo było delikatnie mówiąc dżdżyście. Gdy więc w drodze powrotnej dojeżdżaliśmy do Picton mając za oknami piękne bezchmurne niebo i słońce raźnie ogrzewające otaczającą nas rzeczywistość cieszyliśmy się na myśl o kolejnym dniu spędzonym w tym miejscu. Tyle, że kolejny dzień był już zupełnie inny i znów zobaczyliśmy NIC. Za to słońce wyszło jak już staliśmy na pokładzie promu 🙂 Cóż nie tylko Milford Sound jest w NZ miejscem, którego nie udało się doświadczyć.

Było blisko

Chyba znaleźliśmy to tytułowe szczęście i nastąpiło to pod koniec lutego. Wtedy to z niedowierzaniem oglądaliśmy poranne wiadomości w Sydney patrząc na ogrom zniszczeń wywołanych trzęsieniem ziemi. Zaledwie parę dni wcześniej spędziliśmy tam kilka miłych chwil ciesząc zmysły niesamowitym półwyspem Banksa i samym Christchurch.
Niestety przyroda postanowiła po raz kolejny pokazać swoją niszczycielską siłę i zrobiła to bez wahania.
Pewnie oglądając wiadomości z Polski takie wydarzenia wydają się tak bardzo odległe i nierealne, że do świadomości większości z nas nie do końca dociera, że to się dzieje naprawdę. Będąc jednak „na świeżo” po pobycie w takim miejscu nasza percepcja jest już zupełnie inna.

Surprise

Widoki, widoki, widoki, aż się to nudne zaczynało robić. Na szczęście na pomoc przyszła nam zmiana pogody (kto by zliczył, która to już z kolei). Tak więc lało od samego rana i nic nie wskazywało na to żeby przejazd Inland Scenic Route 72 dostarczył nam jakichkolwiek doznań z tej kategorii.
Kusiła za to brązowa tabliczka na jednym ze skrzyżowań w Geraldine:
Vintage Cars Museum.

Takie zwykłe muzea są na całkowicie innym biegunie w stosunku do naszych zainteresowań. Cóż nie każdy odczuwa potrzebę obcowania z Picassem, Rubensem czy inną Panoramą Racławicką. Jest za to grupa takich atrakcji jaka zdecydowanie bardziej nas (jak to dobrze mieć na wyłączność hasło admina do bloga) interesuje. A jeśli to coś jest związane z oktanami to zmienia kategorie na „zobacz koniecznie”.
To małe muzeum gdzieś „in the middle of nowhere” jest niesamowite.
Nie ma tutaj atmosfery „bling bling” jaką widzieliśmy w Muzeum Forda w Detroit – bo i budżet nie ten, powierzchnia bardzo mała, auta nieco przykurzone i stłoczone na salach pokazowych. Ale atmosfera tu panująca jest absolutnie nie do opisania.
We wszystkim czuć pasję z jaką ludzie dbają o te eksponaty i jak wiele one dla nich znaczą. Jeden ze staruszków prowadzących ten fascynujący przybytek z chęcią opowiadał o swoich podopiecznych, a w momencie gdy usłyszał, że jesteśmy z Polski z iskrą w oku pochwalił się, że jego starszy brat latał z Polakami w Bitwie o Anglię. Echh fajnie być Polakiem 🙂

Ten co… go nie widać

Tak jak przypuszczaliśmy najwyższa góra Nowej Zelandii pokazała nam się w całej okazałości – z czego skorzystaliśmy natychmiast robiąc jej zdjęcie i od razu publikujemy na blogu:

Lecą w kulki

To ściema pomyślałem sobie w pierwszym momencie, są skały pionowe, są skały poziome, są takie układające się w warstwy, fale. Są takie, które łamiąc się tworzą płaszczyznę niemal idealną… ale okrągłe?
Do tego wyglądające niemal jak głowa kolesia z serialu Star Trek?