Upojna noc

Nareszcie – pomyśleliśmy wjeżdżając na teren Karijini National Park.

Słynie on ze swych urokliwych wąwozów i wijących się w nich strumyków, do tego dziesiątki wodnych kaskad i przyroda jakiej nie oglądaliśmy od ponad tygodnia przedzierania się przez Outback.
Wczesna jesień w tym rejonie ma bardzo stabilną pogodę (+35 w cieniu) więc gdy tylko dotarliśmy do jednego z wodospadów, natychmiast wskoczyliśmy do wody. Nie muszę pisać jak przyjemne to było.




Trochę popsuły zabawę tabuny pijawek – za wszelką cenę pragnące wejść z nami w bliższą komitywę. Juniorka dzielnie je “rozklapciywała” co też stało się jej hobby od czasu przybycia do Australii. Nie tyle wynika to z barbarzyńskich zapędów małolaty co z ilości wszelkiego robactwa łażącego po ziemi.
Ja zaś – jako “smaczniejszy” ściągałem co chwilę z nogi jakiegoś małego “ssacza”.
O muchach pisać nie będziemy – bo napiszemy wtedy gdy ich już nie będzie – na chwilę obecną się nie zanosi aby było coś do dodania w tym temacie.
Gdy wróciliśmy ochłonąć do samochodu byliśmy wykończeni upałem i walką z trylionem małych upierdliwych zwierzątek, które chętnie widziałyby nas na zupełnie innym końcu łańcucha pokarmowego.
Wizyta w Visitor Center nie pozostawiła nam złudzeń – droga się “rozjechała” po ostatnich deszczach i przez najbliższe parę dni można zapomnieć o zwiedzeniu drugiej części parku (tej nie wyasfaltowanej), co prawda pozostało jedno gdzie dojazd był… ale o tym później.

Byliśmy za to pod wrażeniem samego obiektu wykonanego z grubych płatów stalowej blachy, pięknie mieniących się rdzawymi odcieniami. Jak zwykle nie zrobiłem zdjęcia więc musicie uwierzyć na słowo że ładne jest.

Po zażyciu kąpieli przez młodą damę…

… udaliśmy się na wieczorną toaletę…


… i wróciliśmy na pole kempingowe by tam w pozycji fakira wyczekiwać na nadejście wieczornego chłodu (znaczy spadku temperatury nieco poniżej 30st C).
Tutaj musimy wyjaśnić czy owa pozycja w naszym mniemaniu jest. Leżymy więc sobie rozebrani i staramy się nie ruszać i zwolnić bicie serca do jakichś 5 uderzeń na minutę. Tylko taki stan gwarantuje nie wydzielanie tak ogromnych ilości ciepła i potu. Niestety jedno z nas nie rozumie pojęcia wyciszenie więc skacze to po jednym z rodziców to po drugim… Dzieciaki chyba podlegają zupełnie innym prawom natury niż my stetryczali geriatycy.
Gdy już zasnął nasz mały terrorysta i my udaliśmy się na spoczynek, wyczekując “chłodu”. Ten niestety nie nadchodził – co więcej zaczęło się robić coraz cieplej i cieplej. Gorący wiatr wpadał do kampera przez siatkę w oknie i masakrował nasze pragnienie odpoczynku. I o ile jakikolwiek ruch powietrza był – to po chwili zanikł całkowicie. Rozgrzane powietrze stanęło w miejscu i ani myślało się ruszyć choć na chwilę. Po 2 litrach wylanego potu postanowiliśmy zerwać z naszymi ekologicznymi tradycjami i odpaliliśmy samochód. Chłodne powietrze z klimatyzacji powoli studziło wnętrze i osuszało nasze ciała. Niedługo po tym jak zapalilimy auto, nasi sąsiedzi uczynili to samo.

co to było? – rzuciła małżonka – komar?

a skąd, przecież są moskitiery w oknach – odparł jak zawsze opanowany ojciec Diabełka

coś słyszałam – drążyła temat jedna z dwóch kobiet na pokładzie.

śpij do jasnej ch... – jak zwykle szarmancko zaproponował samiec

No i stała się jasność – bo małżonka zapaliła światła wewnątrz celem namierzenia sprawcy bzyczenia – co też wykorzystało pięć tysięcy trzysta siedemdziesiąt pięć braci i sióstr (autor bloga obstawia, że sióstr) jednego Bzykacza jaki się zawieruszył w kamperze. Cały ten zespół napierał na rozświetlone okna, na dodatek okazało się, że moskitiery owszem chronią, ale od much i komarów europejskiego rozmiaru. Te tutaj zaś były jakieś skarłowaciałe i potrafiły przecisnąć się przez drobniutkie oczka w siatce.

Mord czyniliśmy czym popadnie (tymi ręcami znaczy się) wabiąc to cholerstwo do jednej z lamp i tam dziesiątkując wroga.

Suma summarum noc spędziliśmy przy zamkniętych oknach co jakiś czas “przepalając” auto i musieliśmy zmienić plany – bo na wolny dojazd do jednego z uroczych (ponoć) miejsc w parku nie mieliśmy paliwa – trzeba więc było wrócić ponad 150km po benzynę…

One Response to Upojna noc

  1. Renata says:

    Jak zwykle kobieta wszystkiemu winna …… foch

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *