Do roboty!

mamona

Z okazji otrzymania urlopu dziś wpis z kategorii oczywistych.

Miał on powstać już bardzo dawno. Nietrudno o motyw do jego popełnienia jak co najmniej raz w tygodniu ktoś w mniej lub bardziej zawoalowany sposób daje do zrozumienia, że nie ma sprawiedliwości na świecie – bo burżuazja się włóczy po świecie, a inni mają Źle. Na świeżo nie chciało mi się nigdy tego poruszać bo mogło wyjść zbyt emocjonalnie, a blog to nie reality show (choć tak niektórzy myślą). Jak już dwa lata od powrotu minęły i takie pytania praktycznie zniknęły ze skrzynki mailowej to postanowiłem temat odgrzebać.

Nim przejdę do meritum to parafrazuje mojego serdecznego kolegę – który to zwykł do drugiego kolegi na wyjazdach integracyjnych tuż przed wzniesieniem toastu mówić: “Jak byśmy się Miron już nie zobaczyli…” chciałbym się pożegnać z tymi, z którymi się po przeczytaniu tego już nie zobaczymy…

Rzecz poniższą kierujemy do tej części społeczeństwa na której kompletnie nam nie zależy 🙂

Oczywiście jest to nasze osobiste zdanie bazujące na podróżowaniu rodziną, ale myślę, że dotyczy niemal każdego kto wyjeżdża (choć na siłę kreuje się całkowicie odmienny obraz “podróżowania”).

Pojawiają się na różnych stronach złote receptury jak oszczędzać, jak wydać jak najmniej, jak przez “zieloną” granicę dostać się do parku narodowego w kraju gdzie PKB na głowę jest 5 razy niższe niż u nas, jak stworzyć fundację która zbierze od frajerów (bo inaczej nazwać tego nie sposób) ich 1% podatku i balować za to pod jakąś dziwną nazwą (to na szczęście już zostało ukrócone – za co chwała nierobom w parlamencie).

O ile pierwsza rzecz ma w sobie pierwiastek pozytywny  (to o oszczędzaniu – żeby była jasność) – bo rzeczywiście czasem ludziom brakuje pomysłu na zorganizowanie swojego własnego życia, to pozostałe jak dla mnie są dyskusyjne – by nie rzec żenujące (za wyjątkiem “aktywności” oczywistych typu autostop czy couchsurfing). Taki już we mnie pogląd na życie wyrobiono, że okradanie innych (bo rzeczy nazywać należy po imieniu) jest nie fair i basta. To jedno.

Drugie to, to, że wiedzieć trzeba po co jedziemy. Jeśli po to by wydać jak najmniej, opowiadać, że było się na Antypodach i nic nie widziało – za to zjadło 10kg makaronu z sosem pomidorowym i spało w krzakach – to głęboko współczuję… Każdy ma swoje hobby i cel w życiu.

Choć zwykło się mówić, że najlepsze* rzeczy na świecie są za darmo, to dobrze jest pamiętać o tym, że aby do nich dotrzeć trzeba kupić bilet lotniczy, bilet na statek, pociąg, zatankować samochód/motocykl, tułać się dniami lub tygodniami autostopem – i to ostatnie choć pozornie darmowe – też jest kosztem, takim samym jak  wejściówka do parku, pozwolenie na trek, wstęp do klubu, niegłupio też coś czasami zjeść o piciu nie wspomnę…

*Co więcej w wielu krajach (tych z tzw. pierwszego świata – wszystkich, w pozostałych też coraz częściej), dostęp do najciekawszych (może nie zawsze są to te najlepsze, ale na pewno warte zobaczenia) atrakcji jest mocno reglamentowany. Czy to ze względu na ochronę danego miejsca przed zadeptaniem, czy też realizacji czystego celu komercyjnego – czytaj robienia kasy, aby się do niego dostać należy wspomniany już kartonik kupić.

Jadąc więc od miejsca do miejsca, kupujemy bilet to tu, to tam, starannie wybierając z dostępnych możliwości to co nas najbardziej interesuje. A kasy ubywa… W końcu tak to wyglądać powinno – korzystam – płacę, nie płacę- nie korzystam.

Na niejednym blogu/portalu widzieliśmy cudowne receptury na podróż tam czy siam. Wszystko za mniej niż darmo ba jeszcze wam za to zapłacą. Ktokolwiek będzie pisał, że ludzie Was zaproszą, że dadzą to czy tamto – lojalnie informujemy: sprawdza się ale tylko w bardzo specyficznych warunkach i tylko w niektórych miejscach. Nie wierzę, że mając ograniczony czas, będziemy w stanie znaleźć, poznać, zaprzyjaźnić się z właścicielami szkoły kite-surfingowej, szefem firmy oferującej przejazdy (a może przeloty) górską rzeką w odrzutowej motorówce, instruktora skoków na bungie, bosmana żeglugi pełnomorskiej, przewodnikiem wycieczek po lodowcu, instruktora tanga czy capoeiry. Zjeść dobrego steka i popić czerwonym wytrawnym…

Powie ktoś, nie trzeba tych wszystkich rzeczy robić?  Trudno polemizować, my staramy się realizować marzenia, a nie pielęgnować je w sobie (drapiąc pogryzione przez sandflies nogi – bo na DEET brakło i delektując się wspomnianym już makaronem z sosem). W większości wypadków podróż i pisanie bloga to nie misja jak niektórzy próbują udowodnić – a hedonizm w czystej postaci i ekshibicjonizm przy okazji (niegroźny ale jednak). Dogadzanie sobie na każdym kroku realizowaniem swojego hobby, odpoczywaniem, poznawaniem, doznawaniem. Tych co mają misję zapraszam do Czerwonego Krzyża…

Jeśli więc wybieracie się na wakacje (nawet przedłużone do roku jak nasze) i macie jakiś plan – to i tak braknie na te wszystkie (oszczędnościowe) zabiegi czasu, jeśli jeszcze dołożycie do tego podróżowanie całą rodziną (czyli z dzieckiem) to szanse na choćby 20% powyższego spadają do zera. Prawda ta choć brutalna jest niezmienna i żaden bloger “miszcz świata, super podróżnik, wzór stawiany tysiącom” (z milionami bym przesadził), tego nie zmieni swoimi przechwałkami o zwiedzaniu świata za 5 dolarów dziennie, bo choć życie bywa w niektórych miejscach skandalicznie tanie, to trzeba się tam dostać, trzeba kupić/wypożyczyć skuter/motocykl/samochód, trzeba go tankować – być może naprawiać. Rower też, trzeba kupić, przygotować wyposażyć. Jakby tego później nie przeliczać (mowa o rzeczywistym liczeniu, a nie przechwalaniu się) wychodzi parę tysiaków miesięcznie…
Pomijam sytuacje “przy okazji” a to studiów, a to wymiany w pracy, a to szkolenia – bo to inny przypadek, z którego też trzeba się nauczyć dobrze korzystać :).

A teraz o cudownych sposobach oszczędzania (totolotka nie liczymy jako zbyt ryzykowne przedsięwzięcie), historie typu “zawód syn/córka” – również pomijamy – bo choć nie widzimy w nich nic karygodnego to nie są to powszechnie w przyrodzie występujące zjawiska.

Uwielbiam pomysły na sprzedaż telewizora, lodówki, samochodu, książek, wynajem mieszkania itd. Trzeba tylko pamiętać, że aby coś sprzedać/wynająć wypadałoby to wcześniej posiadać. A jak się nie weźmiemy do roboty to nie bardzo będzie co spieniężyć. Kradzieży nie polecam bo wycieczka może być ale zorganizowana, a turnusy długie…

Najsmutniejsze :), że jednak trzeba się więc wziąć do roboty. Rozumem, jesteśmy Polakami i nie leży w naszej naturze takie bezwarunkowe rzucenie się w wir pracy, szukanie nowych możliwości, uczenie się i ciągły pęd na bramkę.

Nam na sam pierw wypada ponarzekać, poszukać komuś lewych dochodów, polityków w rodzinie, oligarchów wśród kupli… Zażądać oświadczeń lustracyjnych, PITów za ostatnie 10 lat, wyciągu z konta, kserokopii metryki urodzenia, ewentualnie można sprawdzić czy przodek nie był jakąś ważną figurą w gminie żydowskiej.

Trudno tym wszystkim krytykantom przyjąć do wiadomości, że może inni ten pierwszy krok (dla przypomnienia – zabranie się za robotę) mają już za sobą? Może uciekli (bo tak to pewnie trzeba nazwać) z miejsca mniej rokującego do takiego, które stwarza możliwości rozwoju. Może wymagało od nich przeprowadzki o 300km, a może o 10 tyś km. Może trzeba zapłacić na początku frycowe i robić więcej za mniej by sobie wyrobić markę? Może trzeba wreszcie zrozumieć, że za darmo nie ma nic (jak to się mówi “nawet w ryj się nie dostanie”) i wziąć się do pracy zamiast narzekać, że inni mają lepiej lub czytać bzdury o sprzedaży lodówki i potem się mocno rozczarować.

Podsumowując przydługie moralizowanie, odwaga do zmiany własnego życia to warunek konieczny do całej reszty. Nie ma odwagi? Siedź na zadzie…

mamona

 

15 Responses to Do roboty!

  1. Ania says:

    Boskie! Podpisuję się wszystkimi kopytami 😉

  2. lasche says:

    Dobitnie choć prawdziwie. Nie ma wyprawy (nawet tej najmniejszej) bez odwagi i ciężkiej pracy. Ja musiałam wychynąć z czeluści internetowego bloga i bezpiecznego nicka i powiedzieć światu – cześć to ja XYZ a to moja gęba. Moje dzieci chcą jechać w podróż dookoła Polski. nie jest to łatwe. Acz nie niemożliwe 🙂 I nie da się, powtarzam , nie da bez własnej pracy i jako takiej gotówki. A wieki spędzone na sprawdzaniu trasy, telefony wykonane na miejsce, kompletowanie ekwipunku, zapewnienie wyżywienia (bo o ile ja nie mam nic przeciwko makaronom to chłopcy by się zbiesili 🙂 ). To wszystko koszty. A ja mówią o wyprawie na 2 tygodnie. I przygotowujemy się do niej od 4 miesięcy.

  3. rangzen says:

    pojechane po całości 🙂 i przy okazji bardzo dobry tekst…

  4. Paweł says:

    A ześ liberałem pojechał jak młody Korwin, haterów się zachciało 😉 ? Ostatecznie nie wiem jaki jest główny przekaz i dla kogo.
    Jest taki typ osobowości w kraju nad Wisłą, “kutwa” to chyba najlepsze słowo. Tacy ludzie, którzy Tobie wypomną, ze gdzieś pojechałeś, zasugerują że do układu pewnie należysz, albo łapówki zbierasz, a sami jak gdzieś się wyrwą to targują się o 50groszy w miejscu, w którym dolar to majątek. Im ten tekst to powinieneś zadedykować.
    Z drugiej strony, nie jest tak, jak piszesz, że taki wyjazd na rok z dzieckiem, na sensownym poziomie jest w zasięgu każdego ciężkopracującego podatnika – trochę szęście, trochę umiejętności też potrzeba. Perspektywa Warszawy to jednak nie perspektyw nauczyciela z Białegostoku.
    Trzecie wątek, który mozna przy kufelku rozwijać to “etos biedactwa”- postawa pojawiająca się czasem wśród rodzimych globtroterów. My w Nowej Zelandii ostro już dziadowaliśmy śpiąc przez 3 tygodnie w wynajętym sedanie. Nie ma się czego wstydzić, ale też musiałbym ludzi uznawać za totalnych idiotów, żeby im zachwalać taką formę turystyki zamiast komercyjnych przyjemnośći jak wino, skoki na bungee w christchurch czy podglądanie wielorybów na Oceanie. Tego nie dostaniesz za darmo.

  5. ilona says:

    Dziękuję za ten głos zdrowego rozsądku:) bo już myślałam,że to ze mną coś nie tak,skoro odkładając na wakacje,muszę sobie codziennie przede wszystkim odmawiać.A często zwyczajnie się nie da,bo albo dziecko choruje albo inne losowe przypadki.A tu naokoło pół świata zwiedza drugie pół świata bez wstępnego wysiłku w postaci zapracowywania i oszczędzania na tą przyjemność,wpędzając mnie w kompleksy;)najczęściej z dziećmi-to ostatnio staje się wręcz modne-kto dalej i bardziej egzotycznie z dzieckiem.pozdrawiam

  6. Ewelina says:

    Trafne i jak zwykle świetnie napisane 🙂 Pozdrawiamy.

  7. Filip says:

    jak zwykle trafione przemyslenia… jestesm na TAK…
    dodatkowo dorzuce cos co mnie oburzyło ostatnio: finał konkursu w Travelerach na tanie podróżowanie gdzie każdy próbuje sie licytowac jak to mało wydał… co pokazuje tylko że wystarczy pokazać cześć kosztów, “nakupić” jedzenie w Polsce a jeszcze lepiej w “lodówce mamusi” i podróż wyjdzie tanio… bo na miejscu jedlismy konserwy przywiezione z Polski a tutaj koszt się nie liczą.. płaciła mamusia

    nie ma tanio – podróże kosztują i trzeba na to zarobić.

  8. Frajerka says:

    Póki ludzie jeżdżą na Bałkany z własnymi konserwami i nie wchodzą do Wesołego Cmentarza, bo trzeba wydać 5zł, to luz. Gorzej jak tych co jadą po to żeby coś przeżyć a nie zaliczyć nazywają frajerami. Bo tylko frajer zapieprza codziennie w pracy, dwoi się i troi, inwestuje w relacje w pracy, odmawia sobie przyjemności na co dzień, żeby raz na jakiś czas jechać w świat. Wychodzi jednak na to, że frajerów jest więcej 🙂 Pozdro Mariusz!

  9. Szymon says:

    Mariusz. na zdjęciu widzę, że masz dychę. W sam raz na piwo. Wpadaj, usiądziemy na mureczku i będziemy się użalać na korpo.

  10. Ajdekato says:

    Dobrze prawi, wódki mu nalać! 🙂
    Uwielbiam takie kozackie historie o tym, jak to przejechali przez 150 państw na 20 kontynentach, a opowieści są tylko o tym, jak im się co chwilę samochód psuł, albo przeskakiwali przez płot atrakcji turystycznych przebrani za lokalną faunę, żeby tylko oszczędzić na bilecie. W rezultacie nie wiedzą nawet gdzie byli i po co. Ale za to za pińcet złotych, Panie!

  11. Pointa o odwadze to jest to, co za mną chodzi ostatnio. A może wcale nie jest tak, że mi brakuje odwagi, tylko wszyscy dookoła trują, że lepiej żyć w narzuconych ramach i nie wychylać się i to właśnie mnie blokuje? Czyli trzeba się odciąć od toksycznego myślenia. I działać, i dalej oszczędzać, i nie zgadzać się na przetracanie pieniędzy w bezmyślny sposób, a tym bardziej na 11 miesięcy harówy tylko po to, żeby pojechać na dwa tygodnie wakacji. Nie dla mnie takie życie, o nie.
    Pozdrawiam, Hania 🙂

  12. Lymkya says:

    dobry tekst! jestem zbyt zmęczona, żeby napisać jakiś kreatywny koment (w Australii jest k. 1 w nocy…) ale nawet jednym okiem przeczytałam z przyjemnością i się zgadzam, z hedonistycznym początkiem i zadem na końcu zwłaszcza 🙂 Pozdr.

  13. Po pierwsze: czemu dopiero teraz do Was trafiłam??! (gaaaaaapiostwo do potęgi) Po drugie: świetny tekst!Jasno, dobitnie i na temat. Zgadazam się ze wszystkim. Wysypki dostaję słysząc teksty typu rzucam wszystko w cholerę i ruszam na wyprawę życia z pustymi kieszeniami. A jak przejdziemy do wydatków, to albo woda w usta, albo szydło z worka – że praca zdalna, że szef zgodził się na ogarnianie projektów poza biurem, że mama, tata, brat siostra, mąż, żona zawsze poratują i zapewnią finansowy spadochron. Czy to naprawdę boli, zeby się przyznać, że pieniadze są potrzebne? Poza tym stawianie w 99% na pasożytowanie na ludziach dobrej woli podczas włoczenia sie po świecie też jakoś do mnie nie przemawia.No.Wyrzuciłam z siebie 😉 Trzymajcie się! 🙂

  14. zuzanka76 says:

    Hejka Z tym makaronem z sosem pomidorowym to akurat delikatnie mijasz się z prawdą ….. nasze dzieci na wyjazdach chcą jeść tylko makaron 🙂 więc chąc nie chcąc, żeby im nie podpadać gotujemy im go codziennie. Szybka, dobra i łatwa do przygotowania strawa i dalej w drogę. Szkoda czasu na wykonywanie wykwintniejszych dań. Pozdrawiam.

  15. Mariusz says:

    Zuzanka – subtelna różnica polega na “jem bo lubię” a nie “jem bo muszę”

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *