Kup Pan auto (klasy Premium)

DSCF0767

Wybór samochodu niejako dokonał się sam, auto duże i w miarę dzielne terenowo, i na dodatek zrobione przez Japończyków z Toyoty mogło być tylko jedno – Land Cruiser. Co prawda przez chwilę tliła się w nas koncepcja pod tytułem Mitsubishi Montero (inna nazwa Pajero – używana na półkuli zachodniej ze względu na hiszpańskie znaczenie tego słowa) ale upadła wraz z koncepcją pod tytułem Suzuki Grand Vitara. Produktów amerykańskich koncernów nie braliśmy pod uwagę jako nie rokujące na przeżycie pięciu tygodni bez remontu głównego.

Jak już przeszliśmy przez samouczki w rozpoznawaniu serii 60, 80, 100 czy 200 to wiedzieliśmy co wybrać. Zresztą ceny wywoławcze od razu skreśliły z listy cyfrę najwyższą w zestawieniu, setka wg opinii dobrze robi, ale nie taka prosta do obsługi przez mechanicznego laika. Na dodatek dostępna tylko z silnikiem V8, który nie wróży spalaniu zbyt dobrze i z jakimś kosmicznym zawieszeniem o regulacji wysokości prześwitu guzikiem…

Z pozostałej dwójki pierwszy model odpadł, bo praktycznie jest nie do dostania – mowa o stanie innym niż agonalny i innym niż kolekcjonerski JEDYNY TAKI SPÓJRZ!

Na placu boju pozostała osiemdziesiątka, chyba ostatnia Toyota sprzedawana w Stanach możliwa do naprawienia młotkiem i kombinerkami, Ostatnia na sztywnych mostach no i jedyna mieszcząca się cenowo poniżej $10 000. Nie bez znaczenia było również wspomnienie z Boliwii gdzie z samochodów terenowych występowały tylko Toyoty a właściwie Toyoty Land Cruiser i to tylko w wersji 80 i jedno Daihatsu Rocky 🙂

20101119_bolivia_1011

Ponadto produkcja zakońcona w 97r pozwalała sądzić, że auto z ostatnich lat produkcji, przeżyje nasze wakacje. Jak już przy wieku jesteśmy to dodając do tego ilość wiosen reszty załogi, jak nic wychodziło nam, że w sumie lat będziemy mieć około stu.

W myśl zasady, że nigdy nie kupujemy pierwszego samochodu jaki oglądamy… tak właśnie zrobiliśmy, ale po kolei.

Znaleziony na Autotrader diler samochodowy na Sołcie (ci co wiedzą to wiedzą) dysponował na stanie jednym FZJ80 z 97r, na dodatek z przebiegiem poniżej 200k mil, jednym właścicielem od nowości i jednym poobijaniem odnotowanym na Carfaxie – naprawionym w ASO, co jak mniemałem nieźle wróżyło. Diler ów nazwę miał równie obiecującą, jak kryptonim jakim opisywany jest rzeczony Land Cruiser (SUV klasy premium) mianowicie Lakszury Kar Iksczejndż, przyznać w tym miejscu trzeba, że ten konkretny samochód występował pod marką Lexus (i nie był biały). Fakt ten nie uszedł  naszej uwadze, na dodatek był za to połechtał nasze warszawskie (napływowe/słoikowe – a ci są najgorsi) ego i przypomniał, że należymy do grona potencjalnie aspirujących klientów do klasy średniej (o czym raz w tygodniu zwykł mi przypominać jakiś nieborak z infolinii mieniący się moim doradcą (?) próbując wcisnąć kartę kredytową). Nie ulegało wątpliwości, wakacje spędzone za kółkiem Lexusa brzmieć będą zdecydowanie lepiej niż w plebejskiej Toyocie, przynajmniej w środowisku innych aspirujących czy też wśród lemingów z Wilanowa.

Gdy podjechaliśmy na plac do dilera, pierwsza myśl była taka, że chyba się pomyliliśmy… Na parkingu same BMW i Mercedesy, co więcej mało który starszy niż trzyletni. M5 w trzech wersjach kolorystycznych, X6M, M3 cabrio czy 650. Wszystko to dość ciasno upakowane na małym terenie. Na dodatek na tyle charakterystyczne, że automatycznie przyciągało wzrok, odciągając go od celu naszej wizyty.

Stał sobie biedaczysko w rogu i gdyby nie kanciata sylwetka wielkości średniej stodoły pewnie pozostałby niezauważony. Oczywiście auto, jak to u dilera, wypucowane, nabłyszczone i zachęcające swą kiepsko polakierowaną skórzaną tapicerką (tak, tak, nie tylko blachy się tutaj lakieruje) do kupna. Polska ekipa miast się zainteresować szlachetną powierzchownością LXa wzięła się za oględziny pokładając  się pod auto i sprawdzając, czy ma jeszcze co cieknąć z samochodu (co przy tym wieku ponoć jest zaletą, bo jeśli nic nie cieknie, to niechybnie już wszytko wykapało), zliczać purchle korozji i sprawdzać wizualnie stan napędów i gum w zawieszeniu.

Z pasjonującej czynności wyrwał mnie głos mówiący:

– Cześć, chodzisz po górach?

ki pieron pomyślałem, po jakich kurna górach, wóz klasy premium przyjechaliśmy kupić, a on mnie o łażeniu po górach.

– Cześć, czasem się zdarzy gdzieś pospacerować – odrzekłem zgodnie z prawdą – bo określenie “czasami” pozostawia pewną dowolność w interpretacji – a ty?

– byłem… (tu nastąpiła litania miejsc jakie odwiedził kolega sprzedawca/psycholog) – jak ci się sprawują buty?

tym oto sposobem nasz handlarz budował bliską relację z potencjalnymi klientami. Nim relacje nasze nie stały się nazbyt przyjacielskie jęliśmy dyskutować o rzeczonym SUVie klasy Premium. Szybko przeszliśmy przez kity typu jedyny taki, last forever i inne bulszity sprzedających auta. Na nieszczęście dla handlarzy, pojazd (nadmienię że klasy Premium) nawet nie dygnął po przekręceniu kluczyka. No to mamy minus sto na nowe aku…

Jako, że mieliśmy przewagę językową (znaczy naradzaliśmy się w żywe oczy przy sprzedawcy) to ciężko było się chłopu wybronić przed naszą listą dostrzeżonych usterek (co nawet w wozie klasy Premium się zdarza, jak mu został rok do pełnoletności). Był się więc wycofał na z góry upatrzone pozycję, znaczy do biura – gdzie i nas zaprosił. Dodam jeszcze, że z dziesięć razy coś wspominał, że opony są w świetnym stanie – co jak się przyjrzeć ogłoszeniom na amerykańskich portalach jest powszechne – wszędzie zdjęcia opon wyeksponowane na równi ze zdjęciami wnętrza i lakieru. Dziwne to dla mnie, bo oponę zmienić jest dość łatwo, za to wycieków spod wszystkich możliwych uszczelek już tak tanio się nie usunie, co kraj to obyczaj – rację mu jednak przyznaliśmy, że koła złe nie były.

Całość formalności przed wzięciem auta na jazdę próbną, zajęła dokładnie 3 minuty z czego blisko dwie nagrzewała się kserokopiarka nim zrobiła fotokopię prawa jazdy. Papiery w dłoń (mechanicy w trakcie naszej wizyty w biurze uruchomili auto) i rura celem znalezienia kawałka dziurawej drogi (co nie jest takie trudne w tym kraju – coś jak w Polsce), z grubsza rzecz ujmując fura przetrwała test drive i weszła na szort listę aut do kupienia. Nie obyło się przy tym bez listy dodatkowych usterek służących owocniejszym pertraktacjom cenowym – gdyby we wszystko uwierzyli to nie dość, że z autem (nie wiem czy wspominałem, że klasy Premium) to jeszcze z pełnym portfelem byśmy wyjechali…

Uśmiechnięty znawca butów trekingowych firmy Salewa przywitał nas swoim do przesady wybielonym uzębieniem już  w progu biura. A gdy my się rozgościliśmy zadaliśmy podstawowe pytanie: Hał macz maj frend? I już, już miał wypalić z ceną jaka widniała na portalu internetowym (dziewięć tysięcy podobizn pierwszego prezydenta) gdy spostrzegł trzy pary słowiańskich oczu lekceważąco wpatrujących się w niego.

– yyyyyyy osiem- rzekł po krótkim zastanowieniu

– za wszystko?

– tak

– hmmm, czyli osiem za auto ze wszystkimi podatkami i opłatami

– NIE – oburzył się sprzedawca

tutaj niewtajemniczonym powiem, że w Stanach z wyjątkiem paliwa na stacji  – chyba za nic się nie płaci ceny jaka jest na metce. Zawsze dochodzi jakiś podatek od sprzedaży, stanowy, miejski, wiejski, na pogodę, na wojnę z talibami itd itp. Na początku jest to nieco dezorientujące (choć ma sporo plusów) dla osób, które zwykły za wszystko płacić brutto, (co z drugiej strony nie powinno nas dziwić bo i uposażenie u nas jakoś nigdy na koncie nie wygląda tak okazale jak w umowie o pracę).

No więc zaczęliśmy drążyć, ileż to tych dodatkowych opłat będzie należne, od razu dodając, że razem z tablicami rejestracyjnymi (daje je diler i to u niego załatwia się sprawy rejestracji).

Zaczął więc kolega sprzedawca liczyć, przeliczać, dodawać, notować, kreślić, poprawiać, aż mu wreszcie kalkulator wypluł kwotę o 1300 dolarów wyższą niż pierwotnie proponowana.

– no stary prestiż wozu, prestiżem wozu, a rdza jak w pospolitym Land Cruiserze -mówimy do niego – dajesz sensowny rabat albo jedziemy oglądać kolejne auto.

No i zaczęło się arabskie targowanie, koniec końców zszedł do 8200 ze wszyskim – co i tak blado wyglądało przy naszej propozycji siedmiu tysiaków (z bólem dźwigniętej z szóstki 🙂 ).

W końcu do akcji wkroczył Boss (to taka bardzo ważna persona w każdej amerykańskiej firmie – to dla przypomnienia moim podwładnym – my też pracujemy w amerykańskiej firmie!), to był cwaniak pierwszej klasy, włos długi, siwy, twarz kombinatora (znalazłby mu polskie korzenie), widać, że imprezowy chłopak – znaczy wyglądał na lat siedemdziesiąt, choć liczył sobie wiosen pewnie z pięćdziesiąt pięć. Sprawę znał bo sprzedawca ze trzy razy był u niego na naradzie w sprawie wytycznych jak kierować negocjacjami.

Znów koniecznym było wysłuchanie litanii na temat świetnego stanu opon w wozie klasy Premium, o tym że klimatyzacja nie włącza się bo jest za zimno (było plus 8stopni), że spokojnie przejedzie drugie tyle (czyli całkiem sporo bo przebieg wozu to 189tyś (mil)), no i oczywiście po zaciętej wymianie propozycji zaproponował osiem koła i dobre słowo na drogę (brzmiało ono “sold as it is”).

Jako, że ciśnienia aż tak dużego nie mieliśmy ( w sumie na ziemi amerykańskiej dopiero 16 godzin byliśmy z zakładanych pięciu tygodni, więc była szansa, że coś się jeszcze znajdzie).

Propozycję zatem odrzuciliśmy, a twarz Bossa zmieniła się mocno (na scenie by się chłopak sprawdził) i z udawaną złością i ignorancją kazał (to bardzo dobre słowo) oddać sobie kluczyki (które trzymał znawca podeszw Vibramowych we włoskich produktach), gdy ten mu je rzucił ostentacyjnie odwrócił się na pięcie i wymaszerował do swojego gabinetu, mało delikatnie zamykając drzwi do swojego królestwa.

Gdy tylko szyby przestały dzwonić pożegnaliśmy się z obsadą komisu i upewniwszy się, że mamy swoje numery telefonu, pojechaliśmy do kolejnego miejsca. Zgodnie z oczekiwaniem (tak przynajmniej prorokowali moi miejscowi koledzy) nim nam kawa w Dunkin D. wystygła odezwał się telefon.

Oczywista rzecz, cena spadła do całych 7 999 usd co wywołało u nas sporą wesołość – ale argumentacja, że jeszcze musiał do nas zadzwonić rozbroiła nas całkowicie, żeby więc nie przedłużać rzuciłem że za siedem i pół możemy wziąć, więc niech się szybko decydują bo oferta ważna tylko dzisiaj (a pracowali jeszcze godzinę).

– po chwili ciszy w słuchawce padło – Przyjeżdżajcie

no i przyjechaliśmy…

 

ps. razem mamy 97 lat – czyli to ostatni moment przed setką…

 

 

 

3 Responses to Kup Pan auto (klasy Premium)

  1. monsun says:

    W przyszlosci polecam szukanie auta poprzez craigslist. Ceny sa o polowe tansze niz u dealera 🙂

  2. Mariusz says:

    @monsun Craigliste to calą przeczytaliśmy 🙂 czasami jest taniej, czasami nie – zwlasza jak diler zajmuje sie innym typem samochodow, a taki staroc mu zajmuje miejsce na placu. A tych z CL tez troche sie naogladalismy przed przylotem – bo dosc intensywnie korespondowalismy z kilkoma sprzedawcami. To niestety nie jest zbyt czesto wystepujacy pojazd na rynku

  3. Jowittka says:

    Grunt to umieć rozegrać rozdanie ze sprzedawcą. Poradziliście sobie koncertowo 😀 a samochód? znawczynią nie jestem, ale dobrze się prezentuje. Z pewnością nie wygląda na swój wiek. Taki plusik ponadczasowych terenówek. Ach ta Klasa Premium 😉

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *