Słowenia – wizyta przy okazji

jak tu go nie kochać?

Wspomniane już genialne położenie Istrii w północnej Chorwacji ma wiele zalet. Po pierwsze, zdecydowanie bliżej tu z Polski niż do bardziej na południu położonych miejsc, po drugie sama w sobie ma ogromną ilość ciekawych miejsc do odwiedzenia, Po trzecie jest pełnoprawną częścią Chorwacji – ze wszystkimi jej zaletami i wadami – ale w końcu dla tych właśnie plusów dodatnich i ujemnych się przyjeżdża tutaj. Ponadto do granicy ze Słowenią jest raptem godzina (z miejsca gdzie się zakwaterowaliśmy) a wspomniana tu sąsiadka, nie tylko wydała na świat pierwszą damę jednego z mocarstw ale również ma bardzo wiele do zaoferowania turystom (choć zdecydowana większość traktuje jaką jako konieczny kraj tranzytowy – narzekając przy okazji na drogie winiety).

Sloweńska część Półwyspu jest niewielka, sama linia brzegowa również nie może się równać z tym co znajdziemy po południowej stronie granicy (44km versus 5790 km), jednak już od strony architektonicznej mamy tu równie piękne miejscowości jak u sąsiadów.

Nasz koła skierowaliśmy do jednej z najbardziej urokliwych miejscowości na Słoweńskim wybrzeżu – do Piran.

Ponoć uchodzi ona za jedną z najpiękniejszych przedstawicielek stylu architektonicznego, który znamy z Wenecji.

Co prawda nie ma tu kanałów i gondoli, a wewnętrzny port został zasypany i  w jego miejsce powstał przestronny plac miejski, to już styl budowli, szerokość ulic wskazują na wspólne korzenie obu miejscowości.

Ten właśnie “przestronny” sposób tworzenia tego miasteczka powoduje, że nie można doń wjechać samochodem. Na obrzeżach centrum umieszczone są parkingi (dla mieszkańców), nieco dalej od centrum te dla turystów (i dojeżdżają autobusiki dowożące turystów). Na jeden z nich o mało nie wjechaliśmy- w porę przypominając sobie, że nasze auto z namiotem na dachu nieco przekracza wskazane na wjeździe 190cm (o 40 cm), w sumie to nawet bez namiotu byśmy się nie zmieścili… ech uroki jazdy terenówką – nie dość, że pali jak smok, zawraca jak Stefan Batory na Bałtyku, to jeszcze wysokie bydle… Ma co prawda inne zalety, ale w Piran mało one przydatne.

Początek spaceru bardzo przyjemny – parkujemy na zboczu góry (dzięki uprzejmości pana parkingowego, który każe nam zastawić jedno z wejść do pomieszczeń technicznych parkingu – na szczęście od strony zewnętrznej budynku) i schodzimy sobie w dół do centrum.

Piran z góry

Piran z góry

DSCF5811

i ruszamy wąską drogą między kamienicami w dół do centrum.

uliczki robią się coraz węższe i węższe (na maks dwóch szczupłych dostawców pizzy na swoich super maszynach 50ccm), tym bardziej to dziwne bo słychać z jednego z okien lekcję gry na pianinie (lub fortepianie – ale tego już moja wyobraźnia nie ogarnia). Od razu nasze myśli wędrują do firmy przeprowadzkowej, która podjęła się trudu dostarczenia instrumentu na miejsce. Zapewne większość mebli w tych wiekowych domach pamięta czasy przedIkea co również skłania do refleksji czy życie w ascezie nie jest lepsze (przynajmniej do czasu, aż Szwedzi swój biznes rozwiną).

Nastawienie dość sceptycznie bo to strefa euro, wchodzimy do zachęcająco wyglądającej lodziarni blisko rynku i zaskoczeni normalnymi “warszawskimi” cenami delektujemy się wyśmienitą kawą i lodami. Tu jak zawsze zachodzimy w głowę jak tym dwóm istotom to wszystko się mieści mają 11 lat (wspólnie) a lodów zajadają więcej niż mama i tata (sumaryczny wiek przemilczę – choć czuję się na 11 a żona często twierdzi, że zachowuje się jakbym miał te 11 skończyć za parę lat).

Standardowo dokonujemy drapania się na mury miejskie (za jednego eurobiurokratę) i za kolejnego jednego na górującą nad miastem wieżę (do czegoś jednak się kościół przydaje – kapitalne mają te punktu widokowe).

widok z wieży

widok z wieży

DSCF5916

z wieży

Potomstwo większą przyjemność miało z dokazywania w krużgankach średniowiecznych kamienic (ocena wieku własna – nie poparta testami opartymi na aktywnym węglu).

Malta! gonimy się

Malta! gonimy się

 

Nacieszywszy się słonecznym wybrzeżem (dwa tygodnie upałów to wystarczająca ilość jak dla nas i miast prażyć się w dalszym ciągu w sródziemnomorskim słońcu postanawiamy sprawdzić czy Słowenia ma też coś do zaoferowania w “interiorze”.

Jako, że ja bardzo lubię góry i bardziej aktywną formę spędzania czasu niż plaża i basen* (a jazda rowerem w 34stopniowym upale, nie należy do największych przyjemności, kierujemy się do Bled gdzie ciągną nas obrazy widziane w internecie (jako wzrokowcy, często wybieramy miejsca docelowe na podstawie ładnych zdjęć – cóż jak prawdziwi turyści szukamy też i ładnych widoczków).

Po drodze jednak odwiedzamy dwie słynne słoweńskie jaskinie.  Po drodze do Bled  lądujemy w jaskini Škocjan, drugiej pod względem odwiedzalności. Jaskinia w pełni zasługuje na swoją renomę i obecność na listach najpiękniejszych jaskiń świata. Nie mieliśmy do tej pory zajawki na tego typu atrakcje, oczywiście kilka “jam” widzieliśmy w czasie podróży, kilka jeszcze w Polsce, ale to co oferuje Škocjan nie można porównać z niczym co wcześniej widzieliśmy.  Chcielibyśmy pochwalić się zdjęciami, ale wewnątrz panują bardzo restrykcyjne reguły i nie można robić zdjęć (z flashem lub bez), a ze względu na ochronę przed rozwojem niepożądanych organizmów oświetlenie włączane jest tylko na czas przebywania w danej sekcji jaskini odwiedzających. Wrażenia są porażające, zwłaszcza wartka rzeka przepływająca kilkadziesiąt metrów pod mostkiem przerzuconym pomiędzy jej brzegami i huk piętrzącej się pod nami wody zwielokrotniony przez akustykę tworzoną przez zamkniętą przestrzeń jaskini.

Innego dnia odwiedzamy Postojna, która dzierży tytuł najczęściej odwiedzanej jaskini w Słowenii, tutaj już panują nieco inne zasady i wszystko jest zdecydowanie bardziej pod turystę, nie ma zakazów fotografowania, część trasy pokonuje się elektryczną kolejką i ma się do dyspozycji audioprzewodnika (także w języku polskim – więc i część młodzieży mogła się dowiedzieć czegoś ciekawego – podczas gdy druga część musiała być hamowana w swoich auto/i nie tylko- destrukcyjnych zapędach).

w jamie

w jamie

DSCF6302

makarony zwisające z “sufitu”

 

DSCF6299

 

zasłuchane

zasłuchane

Postojna Grad - w okolicy jaskini o podobnej nazwie

Postojna Grad – w okolicy jaskini

 

schłodzeni dość mocno (w obu temperatura dużo niższa niż na zewnątrz – w Postojnej jest ona praktycznie stała w  całej jaskini, w Skocjan-skiej miejscami żałowaliśmy włożenie na siebie całego wakacyjnego odzienia bo było strasznie duszno i gorąco przy wylocie z jaskini), udaliśmy się do naszej docelowej miejscowości czyli Bled.

To małe miasteczko nad górskim jeziorkiem o tej samej nazwie jest ikoną słoweńskiej turystyki. Malowniczo ulokowane na jednym ze zboczy w Alpach Juliańskich oferuje wszystko co niezbędne do aktywnego wypoczynku.  Górskie trasy rowerowe, ciepły akwen (jak na górskie położenie), sporo górskich szlaków w okolicy (najwyższy masyw Triglav jest dość blisko) malowniczy zameczek nad jeziorem i kościół na wysepce na jeziorze. Ruszając na zachód mamy nieco chłodniejsze Bohinjsko Jezero, które oferuje piękne czyste wybrzeże można wyjechać znad niego na Vogel. We wszystkich jeziorach widzieliśmy ogromną ilość amatorów korzystania z SUP – czyli deski do pływania z wiosłem na stojąco. Obiecujemy sobie spróbować w przyszłym roku tego rodzaju rozrywki, deskę łatwiej spakować bo jest pompowana i zajmuje w komplecie z wiosłem tyle co średniej wielkości plecak (może się zmieści do naszego dzielnego osiołka).

Bohinjska Bistrica zwana jest Sloweńskim Queenstown – bo też jest bliźniaczym miastem dla nowozelandzkiej stolicy sportów ekstremalnych. Na każdym kroku znajdujemy flagi NZ i wielu przybyszów z Antypodów. Wszystko wyjaśnia się podczas deseru na który zaciąga nas najmłodsze pokolenie – BB jest miejsce gdzie od wielu lat w wakacyjne miesiące trenuje ekipa olimpijska wioślarzy i kajakarzy z NZ. Klimat ponoć identyczny do Queenstown, warunki wodne również, a i nasze europejskie lato przypada dokładnie wtedy gdy jezioro w NZ jest skute lodem i nie ma mowy o treningu na zewnątrz.

 

 

Jezioro Bled z górki

Jezioro Bled z górki

DSCF6080

kościół i zamek w tle

DSCF6088

w komplecie

w komplecie

urządzenie startowe dla wioślarzy

urządzenie startowe dla wioślarzy

jak tu nie kochać?

jak tu go nie kochać?

Panorama z Vogel

Panorama z Vogel

na Vogel

na Vogel

góry nad Bohinjsko

góry nad Bohinjsko

jedna z okolicznych przełęczy - zdobywana przegrzewającym się pojazdem

jedna z okolicznych przełęczy – zdobywana przegrzewającym się pojazdem

 

jakby nie patrzeć na powyższe wychodzi nam, że warto wrócić…

 

One Response to Słowenia – wizyta przy okazji

  1. Magda says:

    Słowenia jest piękna! Nas zachwyciła i na pewno tak wrócimy.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *