Category Archives: Boliwia

“Bonus pack”

Powrót do Tupizy z Uyuni, miał być zwykłą opcją transportową. Trasa jest tak ciekawa, że okazała się dodatkową wycieczką samą w sobie. Na dodatek w aucie zostałem sam z kierowcą i kucharką, którzy wracali do Tupizy.

Oboje wywiązywali się z roli przewodnika najlepiej jak potrafili – dla mnie zaś był to niezły trening hiszpańskiego- próbując zrozumieć co do mnie mówią. W ramach rekompensaty zmieniłem wspólnie z Don Fidelem koło 🙂

Na Salar – studium “przypadku”

Przypadek 1.
Kobieta lat dwadzieścia parę, ze sposobu bycia wynika, iż wydaje się owej, że się podoba.
Obywatelka Australii. Do Boliwii przyjechała bo…. znajomi jechali. Pierwsze trzy dni wycieczki chodzi szczelnie owinięta w koc. Jak twierdzi – Jak wyjeżdżałam z Sydney było 33°C, a skoro Boliwia jest tak blisko równika to powinno być ciepło! A tu niedość, że zimno to jeszcze nie ma czym oddychać.

Przypadek 2.
Kobieta, lat dwadzieścia parę, koleżanka Przypadku 1. Odkąd przyjechała do Tupizy nieustannie boli ją głowa. Na wszelki wypadek odstawiła tabletki antykoncepcyjne i co za tym idzie chłopaka. Chodzi wkurzona bo nic to nie dało, na dodatek już trzy dni nie myła włosów bo woda jest lodowata.

Na Salar – dzień czwarty – ostatni

Salar o wschodzie… wrażenie piorunujące – choć z drugiej strony muszę napisać coś mało popularnego,

mimo, iż miejsce to jest niesamowite to nie rzuciło mnie na kolana całkowicie i bez reszty. Nie to żeby mu cokolwiek brakowało, ale cała ta droga tutaj, te pokonane wcześniej 700 kilometrów, kurzu, wybojów i nieustannego wpatrywania się w okno i co zakręt robienia „wow” – bo nie sposób nie zachwycać się wszystkim co nas otaczało, dymiący wulkan, laguny pełne tysięcy flamingów, pustynie, skały, opuszczone miasteczka były niesamowite i w pewien sposób podniosły poprzeczkę oczekiwań w odniesieniu do Salaru*.

Absolutnie nie ma mowy o jakimkolwiek zawodzie z tego tytułu – miejsce jest jednym z moich ulubionych – gdzie można się poczuć jak mrówka (nie wiem dlaczego ale właśnie te przytłaczające swoim ogromem są dla mnie najciekawsze).

Choć najlepsza jest zawsze DROGA

Na Salar – dzień trzeci

właściwie dzień ten powinien dzierżyć kryptonim Laguna Day ewentualne Cherry Cherry Lady Day bo utwór ten w wykonaniu kolesia z wisiorkiem z napisem Nora na szyi wysłuchaliśmy 15 razy.

Była okazja podziwiać flamingi z baaaardzo bliska. Te różowe ptaki mają w sobie coś magicznego. Z jednej strony są tak delikatne, że trzeba być bardzo ostrożnym zbliżając się do nich. Niewiele osób wie, że są tak kruche, iż spłoszone zrywając się do lotu (z łapami utkwionymi w błocie) mogą z łatwością połamać swoje skrzydła. Podobnie zrywając się do lotu wśród wielu swoich braci i sióstr łamią się nawzajem. Na drugim zaś biegunie jest ich wytrzymałość na warunki atmosferyczne i wysokości. Spotkać je można w tropikalnych warunkach Jukatanu i na przedpolu Andów w Patagonii, Także tutaj na Altiplano – gdzie wysokości dość mocno przekraczają 4000 m npm spotkamy ogromną ich ilość i to w trzech odmianach brodzącą w lodowatej wodzie przez cały dzień.

Nie mam pojęcia, który gatunek jest który – ale nie zmienia to faktu że są fantastyczne. Mimo usilnych próśb nasza kucharka stanowczo odmawiała przyrządzenia rosołu z jednej z nich. Tak więc nie wiem czy w smaku również są wyborne. Może innym razem?

Dzień zaś kończymy w chałupie z soli – gdzie mimo zapewnień przewodnika nie wszystko jest z niej zrobione – no ale gorąca woda pod prysznicem rekompensuje nam tę drobną ułomność.

Na Salar – dzień drugi

Nietrudno zgadnąć jaki kawałek powitał nas wczesnym rankiem wsiadając do auta 🙂 W sumie lepsze te wszystkie Modern Talking, CC Catch i Bad Boys Blue niż Panamericano. Z często puszczanym tym ostatnim – nie wróżyłbym naszej kucharce zbyt długiej wspólnej podróży z nami, a tym samym pełnych brzuchów nam…

Noc nie okazała się zbyt chłodna i dwa koce na głowę w zupełności wystarczyły każdemu z nas (choć były wyjątki w innych autach – ale o tym w późniejszym terminie), a zefirek wiejący z dziury w suficie jakimś cudem ucichł.
Sen również dopisywał mimo wysokości 4130m (ale też nie u wszystkich – wrócimy do tego).
To, że na zewnątrz było nieco chłodniej zaobserwowaliśmy już parę minut później gdy mieliśmy okazję pokruszyć lód na jednym z brodów jakie pokonywaliśmy.

Na Salar – dzień pierwszy

Po dotarciu do Tupizy poświęciłem się wyborowi odpowiedniego hostelu – co nie było łatwe bo ceny są tak nikczemnie niskie, że to wprost nie do pomyślenia. Rozlokowawszy się już w moim private room with bath za 3 dolary, rozpocząłem poszukiwania agencji, która to powiezie moje szanowne cztery litery przez boliwijskie bezdroża. Już wcześniej miałem zidentyfikowaną jedną agencję, a zobaczone na drodze ich auto (Lexus) utwierdziło mnie w przekonaniu, że to dobry wybór. Wiadomo, że luksusowy turysta powinien podróżować luksusowymi pojazdami 🙂

Niestety dna kolejnego poczułem się strasznie oszukany ponieważ podstawiono Toyotę Land Cruiser i to z sześciocylindrowym silnikiem zamiast widlastej ósemki.

Echhh Boliwia….

Droga do La Quiaca z Salty (gdzie porzuciłem swoje kobiety na czas nieokreślony), wlokła się niemiłosiernie do momentu przekroczenia magicznej granicy 2000 m npm.  Wtedy to wjeżdżamy na teren Quebrada de Humahuaca. Przez większość drogi towarzyszą nam tory kolejowe, które sądząc po ich stanie dłuższy czas nie były używane i raczej nic tego stanu nie zmieni. Pozarywane wiadukty, podmyte nasypy a w tle fantastyczne góry, mieniące się dziesiątkami kolorów.
Najciekawsze zaś tereny znajdują się na północ od Humahuaca gdzie spędziliśmy ostatni tydzień. Abra Pampa, Tres Cruces i okolice są niesamowite. Niestety szans na zdjęcia nie było gdyż autobus ostatni raz miał myte szyby jakieś 3 lata wcześniej.