Tag Archives: alaska

The Last Frontier

Dziwnym miejscem jest Alaska, setki ludzi głosi wszem i wobec jakim to rajem na Ziemi jest ta odległa kraina, jacy to ludzie fantastyczni i przyjaźni (w sumie trudno nie być przyjazny jak za tą samą usługę kasuje się dwa razy tyle co w “dolnych stanach”) 😀

My mamy jak zwykle własne – może trochę odmienne przemyślenia od “wszystkich”. Co prawda nie udało się nam wejść w bliższe interakcje z miejscowymi (poza Jackiem i jego rodziną, których poznaliśmy w Anchorage – POZDRAWIAMY – no ale oni bardziej NASI :D), a może nie udało się zobaczyć tego co widzieli inni.  Tak czy siak podstawie naszych dwóch tygodni i blisko 4 tys km przejechanych po tym stanie możemy napisać:

  • Po pierwsze – nie jest lekko przybywającym tutaj turystom (przepełnione hotele, ceny, zachwiana równowaga dnia i nocy – spróbujcie udowodnić dziecku, że jest noc podczas usypiania),
  • Po drugie nie jest też lekko miejscowym – współczuję “midnight sun” jak i zimy gdy tylko księżyc świeci w dzień – co prawda rekompensuje to ilość Liquore Store – której nie powstydziły by się polskie miasteczka klasy B 😀
  • Po trzecie w okolicach miasteczek są ogromne ilości porzuconych w krzakach wraków samochodów, starych przyczep kampingowych i innego “dziadostwa” – średnio to nam pasowało do naszych wyobrażeń “rajskiej, czystej Alaski”
  • Po czwarte nie widzieliśmy tutaj widoków przy których “szczena opada” – owszem są bardzo ładne miejsca, ale przy np. parkach narodowych w Utah wypadają zdecydowanie średnio (oczywiście naszym zdaniem). Może wynika to z punktu poniżej – choć nie było, aż  tak źle.
  • Po piąte zaś pogoda jest naprawdę nieprzewidywalna – a właściwie to jest bardzo przewidywalna bo bez względu na to co napiszą meteorolodzy i tak będzie padało (przynajmniej latem), temperatury też z tych “rześkich” zakresów, a to jak jest zimą obrazuje fakt, że auta mają wtyczki coby się podgrzewały nocą pod domem 🙂

Glenn Hgw

Jedziesz sobie kapitalną trasą przez góry (tytułową Glenn Hgw), zaczynasz odczuwać głód więc stajesz gdzieś “in the middle of nowhere” i wchodząc do knajpki widzisz:
a) małego niedźwiadka kręcącego się obok budynku
b) harleyowca w czarnej skórze z wieprzka
c) buddyjskiego mnicha
d) nic nie widzisz bo jest taka mgła i pada, więc ledwie znajdujesz drzwi.
Odpowiedź jest oczywista – nie od dziś wiadomo, że buddyjscy mnisi uwielbiają Alaskę i lansują się po niej w swoich pomarańczowych kubraczkach 😀
Dobrze, że siedział w knajpie i nas dekoncentrował bo pewnie zauważylibyśmy to:

Księciunio (William)

Mimo, że nie jesteśmy jakoś specjalnie przesądni to dwukrotnie sprawdziłem kupując bilet czy przez przypadek nie przenieśli na ten dzień Wielkiego Piątku. A to dlatego, że Valdez ma raczej średnie wspomnienia związane z Wielkanocą, raz bowiem trzęsienie ziemi zmiotło miasteczko z powierzchni ziemi, kolejny zaś niejaki Exxon Valdez nie wyrobił na zakręcie i mu się trochę “ulało”. Na tyle, że 20 lat ekosystem dochodził do siebie. Korporacyjne “double check” dało zielone światło na wydanie kolejnych dularów 🙁 i rozkoszowanie się widokiem zatoki Prince William Sound oraz lodowca Columbia.

Jest też ciekawszy sposób oglądania lodowców, niestety nie odważyliśmy się skorzystać z wiadomych względów.

Richardson Hgw

Był taki sprytny plan aby po Denali zobaczyć super mega wyczesaną i kultową Dalton Hajłej. Bo niby taka dzika, taka niedostępna, odludna no i oczywiście zabroniona 😀 Jednym słowem spełniała wszystkie wymogi stawiane atrakcjom turystycznym przez takich obieżyświatów jak my 😀 Niestety jak to w życiu bywa plan się nie powiódł i to z bardzo prozaicznej przyczyny, mianowicie spadł deszcz, taki typowy alaskański “kapuśniaczek” padający od 9. rano do 9. wieczorem. Na tyle zawzięcie padał (przy okazji zrzucając tony całkiem sporych kawałków lodu), że dojście do samochodu bez kasku i zestawu ABC do snorklingu było niemożliwe. Trudno sobie zatem wyobrazić jazdę naszym “przyrządem do jeżdżenia” po rozmokniętej szutrowej drodze. Cóż innym razem zobaczymy most na Jukon i zrobimy sobie zdjęcie na kresce zwanej Arctic Circle.

Kolejnego dnia pogoda zmieniła się na tyle, że mogliśmy się zapakować do auta i jechać na południe. Tym razem wybraliśmy inną drogę zwaną na cześć kogoś tam Richardson Hajłej.

Mieliśmy spore obawy bo przewodnik podkreślał kilkakrotnie, że jest ona bardzo ładna widokowo i bardzo mało uczęszczana – a z przewodnikami często jest tak, że piszą je ludzie, dla których pojęcie “ładna widokowo” oznacza to samo co dla kolesia, który decydował na Alasce o stawianiu znaczków “View point”.
Ciągnąc dalej temat “wju pojntów” trzeba przyznać, że tak wielu miejsc, z których nic nie widać jeszcze nie widzieliśmy 😀 Miejsca te nie rokowały na widok nawet inną porą roku bo i tak zasłaniały wszystko drzewa nie mające w zwyczaju zrzucać liści/igieł na zimę, ich wiek zaś wskazywał że w momencie gdy zaczęły już zasłaniać – nie było nawet drogi w tym miejscu, a co dopiero w momencie stawiania fantastycznej brązowej tabliczki z aparatem Zorka 5. Tak więc wskazówka dla chcących zrobić zdjęcie jakiegoś landszafciku na Alasce – widzisz coś fajnego – stajesz i robisz zdjęcie (w większości ruch jest znikomy i można śmiało się zatrzymać).

Co do samej drogi to niecałe 30 mil za Fairbanks opustoszała i zaczęła się prawdziwa Alaska (jak dla nas). Morze zieleni, ośnieżone góry na horyzoncie, pusta droga (bez pobocza) i my w naszym…. hmmm chciałoby się napisać, że w wielkim amerykańskim pickupie z ogromnym silnikiem, ale niech stanie na tym, że w naszym “wozie”.

Denali

Jadąc do Fairbanks, które to miało stanowić bazę wypadową do Denali mieliśmy wątpliwy zaszczyt podróżowania Parkway Hgw. Ani ona piękna widokowo, ani pogoda specjalnie nie dopisała (jakby wcześniej dopisywała :D). Na dodatek – jak się później dowiedzieliśmy – na Alasce są tylko dwa sezony:

pierwszy to zimowy, a drugi to sezon robót drogowych.

Droga jest w takim stanie, że na pewno nie podpada pod kryteria “paved” w rankingach wypożyczalni – ale co zrobić skoro to w sumie jedyna “krótka” droga pomiędzy Anchorage a Fairbanks.

Seward Hgw

Na Alasce już tak jest, że co ważniejsze drogi mają swoje nazwy, które to funkcjonują równolegle do ich numerów. Oczywiście odpowiednia nazwa jest kojarzona z miejscami, do których prowadzi, ewentualnie z jakąś historyczną osobistością. Dodatkowo każda z nich w różnym stopniu cieszy się powodzeniem wśród turystów – ponieważ każda ma inny stopień “kultowości”. Wg tego kryterium najwyżej stoi Dalton Hgw – głównie ze względu na jej odległość od cywilizacji i nawierzchnię (głównie szutrową 🙁 ), zdecydowanie słabiej ze względu na swoją banalną dostępność (zaczyna się w Anchorage i biegnie na południe płw Kenai) wypada Seward Hajłej. Rekompensują to ponoć niezłe widoki :). Ponieważ świat nie składa się tylko z “pomyleńców” chcących zaliczyć to co najbardziej kultowe i odległe – najlepiej w saniach zaprzęgniętych w niedźwiedzie polarne – ale także z pozostałych “szaraczków” – zwracających uwagę przede wszystkim na tak przyziemne aspekty podróżowania jak ilość stacji benzynowych to i najbardziej obleganą jest Seward Hajłej. Nazwano ją tak na cześć kolesia, który razem z zespołem odpowiednio trunkowych negocjatorów pochodzenia polskiego (jeden miał na imię Włodek :D) był zakupił te ziemie od przyjaciół Moskali.

Jako, że początkowo miano go za wariata, to aby oddać mu honory nazwano jego imieniem tą drogę i parę innych rzeczy na Alasce.

Ponieważ Alaska może się poszczycić tym, że latem jest pogoda w kratkę (jednego dnia pochmurno i kropi, kolejnego leje) to tuż po przejechaniu kilkudziesięciu mil z Anchorage słońce się schowało.
Tyle co udało się nam uwiecznić  grupke moczykijów skłonnych wydać 100+ dolarów* na taką przyjemność, której ja nigdy nie zrozumiem.

*Dokładnej ceny nie znam, ale na Alasce przysłowiowe NIC kosztuje pięć dych – więc taka łódka jest na pewno więcej warta 🙂 – dla wątpiących – woda ma taki właśnie kolor:

Podobno

wiele pięknych miejsc na Alasce jest poza zasięgiem “wypożyczonego” turysty zmotoryzowanego. A jako, że i my do takowych należymy to nie mogliśmy pojechać ani na Hatcher Pass (kilkadziesiąt mil szutrowej drogi), ani do Matanuska Glacier – tutaj zaledwie 5 mil drogi ale po prywatnej drodze, za którą sprytny właściciel każe sobie srogo płacić.

Inna sprawa to to, że szutrowe drogi na Alasce są w stanie o jakim nasza “gierkówka” mogłaby sobie pomarzyć. Tyle tylko, że zapewnia bardzo skuteczne piaskowanie podwozia 🙂

Podobno przy Hatcher Pass – a właściwie przy początku trasy – tam gdzie kończy się asfalt – są pozostałości po starej kopalni pamiętającej czasy gorączki złota – Independence Mine. No cóż samo miejsce podobno przereklamowane jak to bywa z amerykańskimi “historic place” za to widoki ponoć niezłe a i droga niczego sobie 🙂

Pięćdziesiąty

Zanim dotarliśmy do tego pięćdziesięcioletniego, pięćdziesiątego stanu Stanów 🙂 był Redwoods (poniżej), gdzie drzewa najwyższe na świecie, a człowiek przy nich jak mrówka. Tuż przed i po chyba najlepsza trasa jaką można zrobić STI 😀 czyli kawałek stojedynki przed wjazdem do parku i 199 w kierunku I5. Obie moim zdaniem nakrywają czapką Hajłej 1 – co prawda nie koniecznie poprowadzone są nad brzegiem Pacyfiku – ale mają coś w sobie. No i najważniejsze nie ma na nich Mustangów :D.