Tag Archives: azja

Zdrowy sen…

… to połowa sukcesu, druga połowa to szczęście ale po kolei:

– Jezu, ale meksyk pomyśleliśmy (z małej bo Meksyk jest jak najbardziej OK) jak wysiedliśmy z autobusu rejowego Singapur-KL. Już autobus był jakiś taki “inny” niby przestronny (coś jak argentyńskie semi cama) ale bez wygódki na pokładzie – a pięciogodzinna podróż z dzieciakiem może przeróżne atrakcje przynieść. Obawy nasze rozwiała załoga autobusu, która to robiła sobie przerwy wypoczynkowe co jakieś półtorej godziny, tak więc i pasażerowie mogli skorzystać. Co prawda w autobusie wyprowadziła nas z równowagi jakaś australijska uchlana backpakerska wywłoka próbująca coś bąkać o fuckin’ holiday widząc że siadamy w rzędzie przed nią z Martą. Jako, że my ludzie kulturalni i obyci to tylko głowa rodu wzbiła się na wyżyny swoich anglosaskich umiejętności językowych i puściła dość rozbudowaną (się człowiek osłuchał “w świecie”) propozycję co ma sobie zrobić, ile razy i jak głęboko w mojej okrężnicy są jej “holiday”. Poskutkowało, bo się dość szybko przesiadła w najdalsze możliwe miejsce w busie.Pewnie sprytny adwokat znalazłby tam z piętnaście gróźb karalnych  – no ale do dzisiaj pozew żaden nie wpłynął:)

Wracając do rzeczy wysiadamy sobie zadowoleni na dworcu w KL i …. kurde to nie ten dworzec… Delikatnie wypytuję paniusię na stoisku gastronomicznym czy my przez przypadek do jakiegoś innego miasta nie zajechaliśmy – ale jednak jesteśmy w KL. “Nasz” dworzec ponoć nie istnieje. Czyli cały nasz misterny plan wziął w łeb.

Po czterech litrach potu wylanego podczas poszukiwania hostelu poddaję się i ładujemy się w taksówkę (zdzierca wziął od nas dwie dychy <w Warszawie za tyle to nawet uczciwy nie pojedzie>) i potelepaliśmy się Protonem do YWCA. Na szczęście pokój był i to całkiem spory, całkiem niedrogi i z klimatyzacją co najważniejsze. W pierwszym momencie mieliśmy lekkie ataki agrofobii (po naszych 0,0005m2 w Singapurze) ale udało się przyzwyczaić.

Jak przystało na białych turystów nastawiliśmy klimę na min i zastygliśmy w bezruchu do samego rana…

Bo rano zaplanowana była akcja bilet na kładkę w Petronas Tower. Przemądry nasz bowiem przewodnik informował nas o możliwości zdobycia jednego (a właściwie trzech) spośród 1640 bezpłatnych biletów. Jako, że periodyk ten był świeżutki bo datowany na 2011 rok to nie mieliśmy obaw co do prawdziwości tych danych. To, że dworzec Puduraya, na który i z którego można się wszędzie dostać, ponoć nie istniał pomijam bo nawet najlepszym zdarzają się drobne błędy. A wysoce wyspecjalizowane ekipy backpackerskich autorów tegoż australijskiego bestsellera mogą się czasami delikatnie minąć z prawdą – np podróżując w stanie w jakim była ich rodaczka – co to sobie ucięliśmy miłą konwersację w języku obcym.

Przyznać trzeba, jedna informacja była prawdziwa – należało stawić się po bilety rano. Jako, że zasnęliśmy snem sprawiedliwego dnia poprzedniego to i budzik pokazał ludzką twarz dzwoniąc cichuteńko, cichuteńko. Dość powiedzieć, że zakupiłem jedne z ostatnich biletów na godzinę 16tą. Godzina o tyle niefortunna bo tak mniej więcej włączały się deszczownice zainstalowane w nisko zawieszonych chmurach. Schemat każdego dnia był taki sam (jak się przekonaliśmy) 15-16 zaczyna lać/ przestaje koło 20tej.

Jako, że coś należało zrobić z tak miło rozpoczętym dniem to uderzyliśmy na szoping do centrum handlowego umiejscowionego na pierwszych kondygnacjach słynnego wieżowca, przyznać musimy dwie rzeczy – po pierwsze Złote Tarasy są dużo lepiej zaopatrzone (np. występują buty dla 3 latki w każdym fasonie) a po drugie dużo tańsze (!!!). Tak więc szoping jak szybko się zaczął tak szybko się zakończył. Sprawdziliśmy czy przez przypadek nasi znajomi nie wiszą wciąż w galerii i udaliśmy na jedyny bezpieczny plac zabaw jaki namierzyliśmy w Malezji. A był naprawdę duży, dla osób stetryczałych i zastanych (znaczy nas) przejście z jednego końca na drugi kończyło się migotaniem przedsionków (wg miary amerykańskiej było 100/100 <F/%>). Oczywiście Marcie temperatury nie przeszkadzają (wystarczy, że mieszczą się w widełkach od -20stC do +40stC), ale w końcu udało się ją zaciągnąć na “atrakcyjny mostek” co to tata z narażeniem (snu) pojechał rano kupować/dostawać.

Tygrys wchodu – od zaplecza

Wylot z Perth był dla nas niejako przełomowy. Był bowiem dużym krokiem w stronę domu, tym bardziej dużym, że pierwotnie cała trasa wpzs nie przewidywała Azji do zwiedzania.

Jako, że dwa kraje (jeden fajny, o drugim było w ostatnim poście) wydrenowały nasze konto to już wcześniej “się zmodyfikowaliśmy” tak aby zaoszczędzić miesiąc na Antypodach na rzecz Fiji i miejscagdzienaswogolenieciagnelo czyli Azji. I niech mi tu żaden malkontent nie pisze, że nie wiemy co to Azja, co tracimy i inne blablabla – bo fakt faktem, nie wiemy i jakoś przed przybyciem tutaj wcale a wcale nas nie ciągnęło w te strony. Nie uprzedzając jednak faktów – kiedyś magnesem dla nas była Australia i co z tego wyszło już napisałem.

Pewnie określenie Azja jest nieco na wyrost bo kraje wybraliśmy bardzo “normalne” czyli Singapur i Malezję (Maniek nam polecił).

Ponoć  “Azja” jest gdzie indziej – nie wiem, nie znam się, wolna sobota i te sprawy ale ostrzegam z geografii miałem zawsze najwyższą ocenę (nie będę pisał jaką bo się domyślą jak bardzo stary jestem) i według ówczesnych danych były one na tym właśnie kontynencie.

Co pozytywne to w obu dogadać się można po angielskiemu, angielkoskiemu, angohinduskiem a czasami nawet i po angielsku w przeróżnych odmianach – czyli jeden problem z głowy – nie to żebyśmy byli jakimiś poliglotami – ale znamy parę słów (znaczy w CV piszemy “dobra znajomość”).
Singapur jak to Singapur nie zaskoczył nas pogodą (akurat lało i wciąż było +32), za to przywitał nas tanimi taksówkami, zapachem jedzenia na ulicach, nieco przydrogim piwem i pokojem hostelowym o rozmiarze XXXS. Dość powiedzieć, że jako osobnik potężnie zbudowany i wyrośnięty mogłem (w pozycji wyprostowanej) poczynić tylko pół kroku od drzwi w kierunku najbardziej oddalonej ściany (kolankowej zresztą), a według norm budowlanych w naszym kraju jego powierzchnia wynosiła około 5cm2. Tak czy inaczej tańszego nie było 🙁