Tag Archives: buenos aires

Boskie Buenos

Nie wiem z czego to wynika, ale im więcej ma się czasu (teoretycznie) tym mniej rzeczy jest w stanie człowiek zrobić. Dopóty były to raptem godzina czy dwie dziennie bez problemu udawało się nam być (mniej więcej) na bieżąco – teraz jak już się zatrzymaliśmy na dłużej w jednym miejscu, zaczęły nam narastać zaległości 🙂
Z tego wniosek, że najwyższy czas ruszać dalej – no ale to już za parę dni.
Wróćmy jednak do Buenos i ogólnie Argentyny. Trochę byliśmy zaskoczeni tym jak jest tutaj “poukładane”. Pierwsza moja refleksja to łatwiej tu być sytym i pijanym jeżdżącym taksówkami niż oczytanym i zmotoryzowanym 🙂

Proporcje cenowe pomiędzy niektórymi rzeczami są zupełnie inne niż np. w Polsce czy w US. Książka kosztująca u nas np. 100pln w stanach jest do dostania za 29 dolarów, a w Buenos Aires 240 peso (200pln). Proporcje cen wina na szczęście są odwrotne. Podobnie jak i ceny mięsiwa 🙂

Jako, że nieopodal naszego lokum jest pewne miejsce gdzie się handluje rzeczami jakie mogą ewentualnie posłużyć do realizacji wpzs.pl vol.2 to sprawdziłem ich ceny – a te niestety masakrują. Różnica jest kolosalna, dość powiedzieć, że to coś kosztuje blisko 80% więcej niż w Polsce (a mowa o kwotach ponad 20k pln).

Z drugiej strony np. ceny mieszkań zdecydowanie poniżej np. stawek warszawskich 🙂  Tak więc jest inaczej, czy lepiej czy gorzej trudno ocenić gdy spędziło się tutaj zaledwie miesiąc.

>poniższy tekst jest mocno stronniczy i przedstawia punkt widzenia tylko jednej osoby – dodaje to sprostowanie na prośbę małżonki<
Z jednej strony polubiliśmy je za własny kąt, za to że wszędzie mamy blisko, że ludzie uśmiechnięci, że wino tanie, że się wciągnęliśmy w yerba mate 😀
Z drugiej zaś – ja jestem nieco nim rozczarowany. Mówi się, że to taka mała Europa w Ameryce Południowej i w sumie jest w tym dużo prawdy. Moje pierwsze skojarzenia to Budapeszt. Do Paryża, Wiednia czy Rzymu to mu niestety daleko. W miarę wchodzenia w niego coraz głębiej tylko utwierdzałem się w tym przekonaniu. Żeby nie było niejasności to stolice Węgier bardzo lubię i dość dobrze znam – bo mieszkałem tam przez ponad pół roku.Ale… no właśnie ale, jak dla mnie czegoś tutaj brakuje, pewnie to coś gdzieś tu jest – tyle, że nie udało mi się tego znaleźć.
Jakoś zdecydowanie lepiej się czuję w miejscach gdzie jest więcej otwartej przestrzeni, lub zamkniętej ale w nieco bardziej egzotyczny sposób 🙂
>koniec stronniczych opinii<

Zaskakuje ilość psów na ulicach, począwszy od tych słodziutkich wychuchanych psinek na rękach swoich pań, poprzez te wyprowadzane przez zawodowców (nierzadko i 10 psów równocześnie) po masę bezdomnych szwędających się po ulicach. Mimo tak ogromnej ich ilości nigdy nie spotkaliśmy się z choć jednym, który byłby agresywny. Nie mówiąc już o tym, że ani razu nie widzieliśmy aby ktoś takiego bezpańskiego psa przeganiał np z restauracji.
Jest on bowiem – w przeciwieństwie do sytuacji z meksykańskiego San Juan Chamula – dobrem wspólnym, przez wszystkich tolerowanym i co więcej szanowanym. Szacunek ten okazuje się na przeróżne sposoby i myli się ten kto myśli, że to kość czy kawałek kiełbasy jest wypełnieniem “misji”. Owszem na zabiedzone to te stworzenia nie wyglądają – więc dietę raczej mają dobrą, często jednak wcale się nie interesują kawałkiem asado rzuconym im pod nogi, tylko patrzą tymi swoimi ufnymi ślepiami i robią “koła w górę” czekając na odrobinę pieszczot ze strony “nowego pana”.
Cała ta symbioza ma tylko jedną wadę – ogromną ilość min przeciwpiechotnych na chodnikach 🙂

żeby nie było – wersja hardcore

Najpierw jest bodziec:

la boca

Kontynuując nasz przegląd dzielnic BsAs nie sposób pominąć La Boca. Niegdyś portowa, obecnie niby wciąż nad wodą leżąca, jednak tak turystyczna, że aż się niedobrze robi.

Pewnie każdy widział zdjęcia z dziesiątkami kolorowych domków skleconych naprędce (tak przynajmniej wyglądają) z arkuszy blachy falistej. Do tego pomalowanych wedle uznania ich właścicieli na takie kolory jakie akurat były w promocji w miejscowym sklepie z farbami. Tak więc jeśli ktoś was zawiezie w takie dziwne miejsce gdzie jest pincet osób na metr kwadratowy, dookoła pstrokacizna a na kurczaka mówią porzo – to jesteście właśnie tu.

Na szczęście jest tam masę miejsc gdzie normalni turyści się nie zapuszczają – z tych powodów z jakich my nie wyciągaliśmy tam aparatu. Sami Portenos mówią wprost, że to “ciężka” dzielnica i lepiej sobie darować zwiedzanie jeśli nie jest się z kimś z tamtąd. My spacer przeżyliśmy i wróciliśmy w komplecie 🙂 Dzięki tej wizycie wiemy już jak można wykorzystać beczkę po oleju silnikowym (a najlepiej dwie) konstruując z nich sporych rozmiarów grilla do przyrządzania asado (myślę, że wrócimy do tematu – bo choć temat trudny do przetrawienia to jednak warty opisania).

Miejsce to znane jest też dzięki klubowi takich kolesi co latają z wywieszonym jęzorem (ups. pomyliłem z reprezentacją Polski) za taką szmacianą piłką. Swego czasu biegał z nimi pewien straszny kobieciarz specjalizujący się także w piłce ręcznej. Obecnie mieszka gdzieś w okazałej willi pod Bs As i oddaje się swoim wyczerpującym zajęciom – nicnierobienie idzie mu chyba lepiej niż nam – bo z tego co nam wiadomo zdecydowanie szybciej mu z konta ubywa 🙂

Tak czy inaczej La Boca warta jest odwiedzenia, można na ten przykład zobaczyć ilu turystów może pomieścić jedno skrzyżowanie, kupić pięćset wersji plakatu z tańczącą parą tudzież z boskim Diego.

Oczywiście urok blaszanych kolorowych domków jest niezaprzeczalny, ale już plastikowe lalki i ich partnerzy odstawiający popisy tanga jakoś średnio nas zafascynowały. Ja osobiście również jestem świetnym tancerzem (nie chwaląc się) i do tego muzyka zupełnie mi w tańcu nie przeszkadza, ale nie widzę powodu by publicznie nadwyrężać swój kręgosłup robiąc różne “wygibasy”.

San Telmo

Niedługo po tym jak niemal nie udusiliśmy się od smogu w okolicach lotniska w Rio de Janeiro, wylądowaliśmy w Buenos Aires. Pierwszy szok – pogoda. Szaro buro i deszcz siąpiący z nieba. Do tego jakieś dziwnie małe lotnisko gdzie po wejściu do sali przylotów niemal wpada się na swoją walizkę 🙂 Przy kolosie z Dallas czy SF miłe to zaskoczenie że nie trzeba robić kilometrowego spaceru aby dojść we właściwe miejsce (plus jazda kolejką).

Kolejnym zaskoczeniem były taksówki do miasta – tańsze o ponad połowę niż te w Rio 🙂
Były więc plusy, które starały się nam przysłonić wszystkie minusy 🙂 Niestety dwa dni później pogoda się poprawiła i już nie było na co narzekać.
Na dodatek dzięki spożywczakowi na rogu serwującemu potrawy kuchni argentyńskiej w niewygórowanej cenie 10 pesos (8zl) za niecały litr i ten dżdżysty czas udało nam się przeżyć.
Jako że zatrzymaliśmy się w mało klimatycznej części Constitucion – nie bardzo było co robić w okolicy, skierowaliśmy więc swoje kroki do San Telmo – jako najbliżej położonej “atrakcji”.

Dzielnica uchodzi za mekkę osób uwielbiających starocie (co niedziela odbywa się tam wielki targ z rzemiosłem i starociami). Słowo wielki jest być może na wyrost – ale spróbujcie się przepchnąć: