Tag Archives: misiones

Cataractas

Próbowaliśmy sobie wyobrazić to wcześniej: jakaś dzika dżungla, jakieś motylki latające wokół, jakieś rzeczki toczące swe wody przez ten sielski krajobraz, a na końcu miało być wielkie WOW i wodospady, które przyćmiewają wszystkie inne tego typu atrakcje na świecie.
No i się zdziwiliśmy, bo motyli jak na lekarstwo 🙂 dżungla jakaś taka cicha (nie to co w Palenque), co do reszty to i owszem rzeczki sobie płyną przez tą wspaniałą krainę i jako że teren trochę pofałdowany, a woda pod górę ma ciężko to i spada czasami w dół… i tak około 270 razy bo tyle pojedynczych wodospadów składa się na ten cud natury.
Zgodnie z wytycznymi zaczęliśmy od strony brazylijskiej – jako tej budującej napięcie 🙂 No i je zbudowaliśmy bo wodospady niczego sobie. Nie bylibyśmy sobą gdyby wszystko odbyło się bez przeszkód. Najpierw autobus. Wiadomo. Polak nie frajer nie będzie płacił za coś prawie trzy razy tyle co osobnik “lokalny” no więc pojechaliśmy jak “lokalesi” z przesiadką w bliżej nie określonym miejscu. Już stojąc w miejscu z grubsza przypominającym przystanek musieliśmy się odganiać namolne zaloty pewnego taksówkarza czującego łatwy łup w postaci dwóch i pół gringo. Jako, że rzecz miejsce miała w niedziele, kiedy to transport jest nieco rzadszy, to upatrywaliśmy na horyzoncie naszego autobusu (taksówkarz zapewniał, że nie przyjedzie). Kiedy już jego sylwetka zamajaczyła w oddali, zgodnie z prawem Murphego rozległ się przemiły głosik naszej pociechy wyrażającej swoją potrzebę zasiądnięcia  na swoim wspaniałym tronie. Seria pytań pomocniczych, która z reguły wystarczała do “odroczenia” potrzeby o jakieś pół godziny niestety nie podziałała w tej sytuacji. Wiadomo, że dziecka się w takich sytuacjach nie stresuje więc podziękowaliśmy kierowcy i czekaliśmy na kolejny (no i ledwie zdążyliśmy – bo posiedzenie było wyjątkowo długie).

Jak już sobie wodospady zobaczyliśmy – nie będziemy opisywać co widzieliśmy bo tego się nie da opisać, to rozpoczęliśmy drogę powrotną. No i się zaczęły przygody. Bo po pierwsze dziwnym zbiegiem okoliczności zawędrowaliśmy na przejście graniczne – które okazało się tylko przejściem drogowym. Niby była możliwość „wbicia” się w któryś z oczekujących autobusów (oczywiście po odstaniu „swojego” w kolejce – nie małej bo autobusów było około 6 po około 40 osób w każdym). Do tego jeden stemplujący po stronie brazylijskiej – więc zapowiadało się stania co najmniej godzina. Na szczęście Polak potrafi – więc wskoczyliśmy do jakiejś przejeżdżającej taksówki (argentyńskiej) i tym samym ominęliśmy całą kolejkę.
O stronie Argentyńskiej widzianej dnia kolejnego nie będziemy tym bardziej pisać bo ona po prostu

M A S A K R U J E. Mimo iż pogoda była mocno średnia to i tak wrażenie piorunujące!