Tag Archives: rio de janeiro

Felipe Massa – takich tu masa

Mówi się, że południowcy szaleją na drogach, że Włosi, Hiszpanie, Grecy to wariaci, którym znikają instynkty samozachowawcze wsiadając do samochodu, widziałem ich wszystkich w akcji 🙂 Jednak to co wyczyniał kierowca autobusu 584 w Rio przekracza wszelkie granice i deklasuje wyżej wspomnianych już na wstępie.

Aby przybliżyć Wam to przeżycie musimy zacząć od początku. Centrum Copacabany, na przystanku pełno ludzi chcących się przedostać “gdzieś”. , zza zakrętu wyjeżdża ON  i jego bolid – autobus numer PIĘĆ OSIEM CZTERY, najodważniejszy z pasażerów doskakuje do krawężnika i  macha jak opętany ręką/teczką/siatką – celem zwrócenia na siebie uwagi JEGO. Tuż po tym rzuca się z poświęceniem w tłum oczekujących – którzy w momencie gdy autobus zaczyna manewr wjeżdżania na przystanek cofają się instynktownie o krok lub dwa (w razie awarii hamulców). Jeśli wszystko idzie zgodnie z planem ON widzi społeczną potrzebę przedostania się z miejsca A w miejsce B więc ofiarnie napada na przystanek autobusowy – bez względu na to na którym pasie aktualnie się znajduje. O dziwo efektowne zatrzymanie się następuje z dość dużą dokładnością – w obrębie przystanku – rzadziej już na chodniku 🙂

W środku wita nas uśmiechnięty MISTRZ – od razu widać, że ta robota jest jego pasją. Oczywiście nie na też żadnych zahamowań przed tym aby zaprezentować Ci wszystkie triki jakie poznał podczas jazdy po ulicach. Jako, że nie wie kiedy wysiadasz, to jazdy bez trzymanki można się spodziewać już od momentu ruszenia. Tak szybkiej zmiany biegów nie potrafi dokonać nawet skrzynia w autach Formuły 1 – teraz już wiemy od kogo uczył się Filipe 🙂

Co ważne w każdym autobusie na tzw. stanie jest też osoba sprzedająca bilety (z reguły niewiasta), która to siedzi bokiem do kierunku jazdy (tak ma ustawiony fotel) i wpuszcza wszystkich spragnionych mocnych wrażeń przez ciasny metalowy kołowrót. Jeśli znajdziecie się w autobusie i zauważycie, że “biletowa” mimo wszystko siedzi przodem do kierunku jazdy i to na tzw. pająka to znaczy że jesteście u MISTRZA w wozie 🙂 a wtedy nie pozostaje nic innego, jak również zasiąść w ten sam sposób 🙂

Nieco później mieliśmy przyjemność wynająć taksówkę na pół dnia aby “pojeździć” po górkach – wokółChrystusowych i nasz kierowca zapytany czy się wzoruje na brazylijskich kierowcach wyścigowych z dumą odpowiedział, że szkolił ich wielu ale teraz ze względów rodzinnych jeździ taksówką 🙂

Oj szybko nam zleciał czas w Rio – może miasto to jest wybitnie nie przystosowane do pobytu z dzieckiem, może i straciliśmy w nim aparat :(, jest cholernie drogie ale ma tak niesamowitą energię, że nie da się tego opisać. Jeśli będzie kiedyś okazja to z chęcią zawitalibyśmy tu jeszcze raz.

Mój dom to te sza…. kolorowe ulice

Co o tym myślisz? – zapytał Mario tuż po tym jak odstawił swoją szklaneczkę piwa na plastikowy stolik w “osiedlowym” barze.
Hmm – odpowiedział siedzący na przeciwko białas – trochę mi się rozjaśniło, choć w dalszym ciągu trudne to do ogarnięcia… – jeszcze raz próbował sobie poukładać w głowie to wszystko. Nie było to łatwe – znał tylko “normalne” życie w Europie, a to tutaj ciężko było do niego porównać.
Zadziwiająca była wiedza tego dwudziestolatka. Doskonale wiedział, że jest potomkiem niewolników przywiezionych tutaj z Mozambiku. Nawet na temat tego kraju wiedział całkiem sporo, mimo, iż tu w faveli nie było łatwo o takie informacje.
Jedno piwo wcześniej spotkali się na “przedpolu” Rocinha – największej faveli w Rio de Janeiro. To tutaj umówił ich człowiek z agencji oferującej wycieczki do dzielnic biedy. Zapewniał, że to żadne ekstremum i tak naprawdę jest bezpieczniejsze niż kręcenie się po Copacabana po zmroku.
To, czy tak jest rzeczywiście, miało się okazać już za parę chwil…
Gringo, jak mówił na niego przewodnik słuchał uważnie wszystkiego co ten mówił o tym miejscu. W sumie te same informacje znalazłby w internecie ale będąc tutaj, to wszystko miało zupełnie inny wymiar.

Taki fach

– Dziwne to miasto

pomyślał Pablo wstając rano z łóżka. Miał prawo tak rzec, w końcu spędził tu ostatnie dwadzieścia lat, wiele widział i słyszał przez ten czas.
Wkładając pachnącą krochmalem białą koszulę uśmiechnął się do siebie….

ech wiele się zmieniło przez ten czas.

Welcome in South America


No i dojechali do stolicy tego pięknego kraju, gdzie woda w klozecie kręci się nie w tą mańkę co po “właściwej” stronie świata, w obcisłych gatkach na plaży facet nie jest uważany za zboka, a ludzie używają szeleszczącej mowy (dzięki temu, że jesteśmy Polakami znamy tak potrzebne słowa :)), no i taki już urok portugalskiego, że żadne z nas go nie rozumie – ni w ząb 🙂