Momenty były

Powroty nie są łatwe, wiedzą to zwłaszcza ci co wrócili jak i ci, którzy moment powrotu wciąż przekładają, tym bardziej nie są łatwe gdy wraca się do Polski. Cały rok idealizowaliśmy sobie ojczyznę z każdym dniem wydawała nam się coraz doskonalsza. Wreszcie nasze kubki smakowe wariowały na myśl o kiełbasie i bigosie – a częstotliwość tych myśli była coraz większa. Jak już tak bardzo zatęskniliśmy i stanęliśmy na ziemi ojczystej to się okazało:

- po malezyjskim żarciu czuliśmy się lepiej (i schudliśmy parę kilogramów)

- po paru dniach jeżdżenia po Warszawie stwierdziliśmy, że jednak “chaos” komunikacyjny Rio czy KL był dużo fajniejszy

- a co do reszty naszego pięknego bytu w tej ziemniaczanej krainie to stojący w stolicy pomnik mówi wszystko:

Za parę dni będzie rok odkąd wróciliśmy. Sporo się w tym czasie wydarzyło – tyle że głównie rzeczy przyziemnych i takich zwyczajnych, ot kogoś zwolniono korespondencyjnie (szukacie może projektanta wnętrz?), ktoś zmienił przedszkole (powód zataimy bo to mało poprawne politycznie w naszym grajdole), a wszyscy razem próbujemy jakoś skończyć rzecz tak przyziemną jak budowa domku na wsi. O podróżowaniu nikt nie zapomniał bo raz, że tego nie chciał, a dwa że tego się nie da zapomnieć. Cały zaś czas wracają nasze myśli do przeróżnych miejsc, sytuacji z roku “wpzs” jak go umownie nazwaliśmy.

Jeszcze w Australii zaczęliśmy się zastanawiać co zapamiętaliśmy z naszego wyjazdu i próbując odpowiedzieć sobie na to pytanie skonstruowaliśmy listę przeróżnych NAJ, które zostaną nam w głowie na zawsze.

Dla większości czytelników będzie to nic nie warta lista – dla nas zaś esencja całego wyjazdu.

Nie ma żadnych kategorii i kolejność całkowicie dowolna.

Najmilsze pobudki – pianie kogutów u sąsiadów w Guanajuato, oraz poranne lekcje capoheira w Rio de Janeiro, gdzie brzdękanie na Berimbau wprowadzało nas w nowy dzień,
Najczęściej śmiejący się ludzie to mieszkańcy Fiji,
Największa porcja pozytywnej energii przekazanej w maksymalnie krótkim czasie – spotkanie Bogusi w Hobart na Tasmanii,
Najpiękniej śpiewające ptaki – gdzieś w lasach na południu Tasmanii,
Najbardziej niesamowite uczucie – stąpanie po niebie – Lake Ballard w zachodniej Australii,
Najbardziej niesamowite rozgwieżdżone niebo – Południowa Dakota w Stanach i australijski outback (w tym drugim widok ogranicza moskitiera),
Najdłuższy (i najpiękniejszy) „pokaz” błyskawic – Południowa Dakota (tuż po tym rozgwieżdżonym niebie),
Najwspanialszy dźwięk – odpalany zimny Harley Davidson i parę pierwszych sekund jego pracy,
Najgłośniejsze zwierzę – cykady w Salcie – myśleliśmy że to nalot Messerschmittów,
Najlepsze śniadania – poranne medialunas z pobliskiej piekarni w Buenos Aires,
Najsłodszy wieczorny rytuał – apple pie z lodami waniliowymi – Południowa Karolina,
Najbardziej zaskakująca rzecz jaką udało się kupić po drodze – Musztarda Chrzanowa Kamis w Chicago i Kamyczki w NY,
Najpiękniejszy zapach – las w okolicy Vancouver,
Najlepsza ryby – Alaska, Puerto Montt w Chile i cevichi z Rapa Nui,
Najlepszy stek – trudna decyzja – ex equo USA i argentyńskie bife de lomo,
Najbardziej magiczne muzeum – Alta Montana na rynku w Salcie – niby nic ale….
Miłość od pierwszego wejrzenia – Boliwia,
Najsmaczniejsze piwo – taki dom na przedmieściu Chicago,
Najlepszy bigos – Sydney,
Artystyczne objawienie – sztuka Aborygenów,
Najbardziej „awansujące” miejsce gdzie byliśmy Alaska – z każdym dniem kochamy ją coraz bardziej,
Najlepsza stacja radiowa – 92.3 FM na 90 Miles Beach na północnym krańcu Nowej Zelandii – Dyrektorze Muzyczny tej stacji – jesteś Mistrzem Świata!

… a teraz trzeba wrócić do normalnego życia…

czasami pomęczymy Was jakimiś wspominkowymi zdjęciami z tego czy innego wyjazdu no i postaramy się wcielić w życie, któryś z pomysłów jaki narodził się nam w głowach…

Na razie zapraszamy do przekartkowania pierwszego z naszych albumów popełnionych w afekcie całkiem niedawno:

Dwa plus jeden

Chyba tylko ja jeden wiem, jak ciężko jest się zebrać w sobie, żeby coś skrobnąć na bloga. Nawet fakt, że obiecałem we wcześniejszym wpisie (kiedy to było?) nie pomaga.

Fakt, życie w podróży jest zdecydowanie prostsze. Mimo, że wówczas wydawało się nam sporym wysiłkiem napisanie czegoś, to teraz, z perspektywy “etatowca”, który to teoretycznie ma czasu w bród jest to jeszcze trudniejsze. Zgodnie z obietnicą parę naszych przemyśleń w temacie podróżniczo-młodzieżowym. Trochę spóźnione bo na naszym ulubionym Peronie4 już poszło.

Czy Wasze dziecko też bardzo “lubi” słowo zaraz? Nasze uwielbia…. Ciekawe, kto je tego nauczył?

Wracamy z pracy, w kiepskim nastroju, kran cieknie, sąsiad robi parapetówkę (5 raz w tym tygodniu), samochód nam ktoś zarysował, żona obrażona, a córka od progu woła Tato! pobaw się ze mną! Mogę bajkę? Poczytaj mi książeczkę! No i odruchowo odpowiadamy ulubione słowo na zet.

Pewnie są gdzieś rodzice idealni, multi-funkcyjni, hiper kreatywni, których nic nie rusza i na wszystko mają Czas. Cóż  my niestety do nich nie należymy. Trochę trwało nim znaleźliśmy swoją receptę na powyższe, a wszystkich zainteresowanych ostrzegamy iż jest ona uzależniająca.

Po kolei (Peron 4 prosił o wrzucenie wątku kolejowego):

To właśnie Czas był najważniejszym powodem naszego wyjazdu. Poznanie, Przygoda – wszytko to mieliśmy z tyłu głowy i budowało to całą naszą podróż – ale to o Czas chodziło przede wszystkim.

Czas spędzony razem, Czas chwilami trudny (nigdy tego nie ukrywaliśmy), Czas poświęcony przede wszystkim tej Najważniejszej osobie jaką z reguły jest nasz dzieciak.  Z zakazem używania słów zaraz, poczekaj i za chwilkę i to przez cały ROK.

Teraz tylko do tych patetycznie wytłuszczonych słów powyżej wystarczy dodać dziarską dwulatkę i mamy…. Przede wszystkim kupę stresu, z jego kulminacją w wieczór poprzedzający opuszczenie domowych pieleszy.

Na szczęście każdy kolejny dzień tylko utwierdza nas w przekonaniu, że nie było sensu się denerwować – ale spróbujcie to sobie wytłumaczyć dzień przed wylotem…

Jest za to kilka innych spraw jakie trzeba spiąć przed wyjazdem.  Tylko jak ogarnąć coś, co wydaje się niewykonalne? No i co dalej jak już ruszymy w drogę?

.

Po pierwsze trzeba mieć jakiś Plan, trzeba wiedzieć czego się chce. Zrozumiałe, że musi on uwzględniać potrzeby całego składu, tym samym musi być realistyczny i bezpieczny. To ostatnie słowo dla nas było kluczem do wyboru trasy i zakresu przygotowań. Jasnym jest, że dwulatka raczej nie sprecyzuje co chciałaby zobaczyć “na wakacjach”, za to my możemy i musimy zrobić to tak aby temu maluchowi nie zaszkodzić.

Robimy więc mapkę miejsc jakie chcemy odwiedzić, sprawdzamy wszelkie zagrożenia czyhające tam na nas, nanosimy na to mapę pogody w tych miejscach, statystyczne koszty życia i (jeśli mamy taką potrzebę) poziom lansu wynikający z pobytu to tu to tam.

Następnie następuje najtrudniejszy etap całego planowania – wykreślanie wymarzonych miejsc z listy…

Kompromis nie jest niestety najprzyjemniejszą rzeczą z jaką przychodzi nam się zmierzyć, no bo jak zrezygnować z Peru (słaba opieka zdrowotna – w naszej ocenie), Boliwii (wysokość), krajów Ameryki Środkowej (strefa malaryczna), Amazonii (trudne do zdefiniowania spektrum zagrożeń)? Oczywiście dla każdego te zagrożenia są zupełnie inne i być może takie np. widmo choroby wysokościowej Wam nie straszne – ale szczerze odradzam, dzieciaki słabo się aklimatyzują (dużo woniej niż dorośli), na malarię teoretycznie jest profilaktyka – ale takie Malarone  – nie jest obojętne i np. Marta źle się po nim czuła, była nerwowa, senna, nadpobudliwa itd.

Bądźcie jednak spokojni, ile byście tych miejsc nie wykreślili to i tak na ŚWIECIE zostanie jeszcze tysiące takich, które wpiszą się w Plan…

Aby sobie wszystko to w jakiś sposób właściwie wartościować, polecamy konsultację z kimś kto zjadł na tym przysłowiowe zęby. W kwestiach medycznych trafiliśmy na kapitalnego fachowca jeśli chodzi o medycynę podróży i choroby tropikalne i to dzięki niemu dopięliśmy Plan. Nie polecam polegania na lekarzach w Stacji Epidemiologiczno-Sanitarnej w stolicy naszej cudownej – bo jeszcze traficie na pewną panią doktor tejże placówki, która roztaczała przed nami wizję katastrofy zdrowotnej, na sam dźwięk słów Ameryka Południowa (bez podawania nazw krajów).

Plan musi też być odzwierciedleniem naszych możliwości finansowych -ale  to już kwestia bardzo indywidualna.

Po drugie trzeba się jakoś spakować… Temat rzeka. Każdy szanujący się backpackers wie, że żeby backpackersem być, trzeba mieć backpack. Urządzenie to ma sporo zalet, ale też trzy wady: pierwszą “koszule sie mientolą”, druga, sposób dostępu do zasobów plecaka jest nieco skomplikowany, a podróżując z dzieckiem zawsze potrzebujemy coś z jego dna… trzecią zaś wadą jest fakt posiadania tylko jednej pary pleców przez osobnika zwanego rodzicem, a tym samym możliwości nasze jako tragarza są ograniczone. Jeśli na dodatek dysponujemy potomkiem w wieku ruchliwym, acz krótko dystansowym – wypadałoby jakoś i osobnika tego przemieszczać. Są szkoły wózkowe (wymagają nawierzchni z dziurami mniejszymi niż kółka pojazdu) i szkoła nosidełkowa (nie jest wymagana nawierzchnia). wyboru właściwej dokonać możemy na etapie planowania. Jeśli więc wybraliście nosidło (polecamy) to przydałby się Wam tragarz (a najlepiej dwóch).  W sumie, można spakować mniej rzeczy – ktoś powie – w sumie – odpowiem – nie bardzo to sobie wyobrażam. A tym bardziej nie wyobrażam sobie przekonanie osoby wyjeżdżającej pierwszy raz z dzieckiem na dłużej – żeby ograniczyła ilość bagażu.

Wracając do zawartości naszych plecaków/walizek, po trzy t-shiry dla rodziców, po parze spodni i spodenek, kąpielówki, kurtce ortalionowej, jakimś leciutkim polarku, butach na zmianę i klapkach parę gatek i skarpetek – wszytko do prania w systemie “cotrzydni” i mamy cordurowy garb zapełniony, w drugim zestaw dla juniora – niestety ilość “zmian” większa bo i kreatywność zdecydowanie na wysokim poziomie, jakieś pieluchy, coś do jedzenia “w razie gdyby”, jakaś grzałka, jakiś kubek, jakieś ręczniki tetrowe (zwane też pieluszką) – te ostatnie biją na głowę “fancy” ręczniki ze sklepów wysokogórskich – zarówno chłonnością, szybkością schnięcia, masą własną – tyle że ciężej nimi jakieś szkło zabezpieczyć przed urazem. Do plecaka trzeba też wrzucić jakieś podstawowe kosmetyki (do wyboru krem na noc, na dzień, peelingi dla pań, panów, papiloty, lokówka, suszarka, prostownica do włosów i te sprawy – ewentualnie tylko mydło w płynie dla niemowląt i taki sam krem – wszyscy się umyją i nikomu nie zaszkodzi), specjalny zestaw lekarstw (tutaj trochę przesadziliśmy – ale był komfort psychiczny). Trzeba też zabrać centrum multimedialne (laptop), narzędzia do walki ze sklerozą (aparat, obiektywy, kamerę, kasety), do tego jakieś dyski zewnętrzne (archiwizacja wspomnień), tysiąc pięćset ładowarek, przejściówek, lampek czołówek, giepeesa (to akurat hobby). I wychodzi jak nic, że tego nocnika to już za cholerę nie upchniemy…

Wyjeżdżaliśmy z Polski z dwoma plecakami 15 i 20kg + puste nosidło + podręczny bagaż w formie plecaka fotograficznego (ten pewnie ważył ze 12kg) i po Meksyku, ciągłym pakowaniu, rozpakowywaniu, przepakowywaniu, dopakowywaniu, wypakowywaniu mieliśmy serdecznie dość…

A wiedząc, że od Stanów przybędzie nam jeszcze fotelik samochodowy… Nie wspominając nocnika, który musieliśmy kupić nim opuściliśmy stary kontynent.

Suma summarum stanęło w końcu na zamianie plecaków na walizki na kółkach do tego najtańszy wózek z Walmart’a jako środek transportu (Marty lub fotelika). Tak więc większość rzeczy do dużej walizki, reszta do tej mniejszej, nosidło na jedne plecy, plecak foto na drugie, dziecko do wyboru (plecy ojca tudzież pojazd pchany wart całe $19), fotelik na mniejszą walizkę do ciągnięcia. Z takim to właśnie taborem kolorowym (walizki czerwone, fotelik w krowę) przyszło nam podróżować. Z perspektywy czasu mimo,że parę gratów można uznać za zbędne to pewnie i tak zostałyby zastąpione czymś innym… Jako, że przez rok skład grupy ewoluował jeśli chodzi o własne potrzeby to nosidło poleciało do kraju pod koniec, a przygoda z wykoszonymi kółkami w walizce spowodowała, że i wózek swój ostatni etap życia spędził jako podwozie do walizki.

Na pocieszenie dodam, że ani fotelik, ani nosidełko, ani wózek nie są liczone do puli bagażu jaki się nadaje do samolotu :) Nawet w tanich liniach w Meksyku czy w Australii. I co jeszcze ważniejsze nosidełko ma całkiem sporą pojemność.

Po trzecie trzeba się po drodze zaprowiantować, zapieluchować, nawodnić itd. Możecie być spokojni, prawie wszędzie jest prawie wszystko (i to taniej niż w Polsce, i prawie nie robi aż tak dużej różnicy) – może z wyjątkiem soku jabłkowego w Brazylii – którego tam w czystej postaci nie znaleźliśmy (tylko taki z soją – co kto lubi).

Czasem wybór nieco mniejszy, czasem nieco większy – ale pieluchy czy jakieś podstawowe produkty były zawsze i  absolutnie wszędzie.

Fakt, że z jedzeniem bywa różnie, bo choć smacznie dla dorosłych to dla maluchów często zbyt pikantnie, zbyt mocno przyprawione itd. Inna rzecz to to, że motelowo/hostelowo/kampingowe życie w obu Amerykach czy na Antypodach zdecydowanie sprawę ułatwia (wszędzie praktycznie były w pełni wyposażone kuchnie, lub stanowiska do gotowania, podgrzewania). Można więc było juniorce ugotować pomidorową czy inny wynalazek.

Problemem była Azja, gdzie zwyczaj gotowania w hostelach/hotelach jest zdecydowanie mniej rozpowszechniony, a malezyjskie noł spajsy maj frend kończyło się paroma browarami celem ugaszenia ognia jaki buchał z otworu gębowego. Trochę czasu trwało nim znaleźliśmy “nasze” potrawy zjadliwe dla Marty – zawsze awaryjnie można iść do jakiegoś makdonalda czy pizzerii – ale kto jedzie do Azji, żeby wizytować przybytki wuja Ronalda?

po czwarte – dziecko to bilet do lepszego, ciekawszego świata. Ciekawego dla nas, ciekawego dla nich. Biała, blond dziewuszka uśmiechnięta od ucha do ucha jest zjawiskiem w oczach Meksykanów, Argentyńczyków czy Chiijczyków*. Wzbudza zainteresowanie, otwiera serca i drzwi do świata miejscowych. Nie to żebyśmy to bezczelnie wykorzystywali, ale fakt pozostaje faktem – naprawdę dzieciak na pokładzie zmienia wszystko. Zmienia nasz stosunek do otaczającego nas świata, zmienia stosunek tego świata do nas. Mimo, że podróżowanie z dziećmi jest coraz popularniejsze to wciąż jest to margines całego “plecakowania/walizkowania”. Podróżując z maluchem, musimy przestać myśleć po fakcie (spanie, jedzenie), zacząć przewidywać, częściej się zatrzymywać, starać patrzeć na świat z poziomu 100cm nad poziomem gruntu. Musimy zweryfikować plany poznawcze – bo na pewno nie uda nam się odwiedzić takiej ilości miejsc “must see” jak podróżując samemu. Z drugiej zaś strony paradoksalnie dzięki temu możemy zobaczyć więcej i to w miejscach teoretycznie kompletnie nieciekawych (w LP ich na pewno nie znajdziecie). Musimy mieć czas dla siebie, na odpoczynek, na obejrzenie mrówek, na bębnienie patykiem po drzewach, na taplanie się z kolegą w fontannie, na puszczanie baniek.

Minusy? Nie zrobicie super zdjęć, bo jak będzie super światło to wy będziecie akurat karmić dziecko, oglądać bajkę, kolorować książeczkę, szukać noclegu albo robić coś Bardzo Ważnego (spać). Nie zaliczycie też kolejnej setki punktów z jednej, z książek, z serii “1000 miejsc do obejrzenia przed śmiercią”. Nie powłóczycie się po nocnych klubach. Nie zyskacie też sympatii swoich znajomych, którzy zawsze tłumaczyli się, że z dzieciakiem to najwyżej do Łeby albo Krościenka można pojechać…

Ale czy coś przez to tracimy? NIC! Absolutnie nic! Mimo, że zatrzymać musimy się w miejscu teoretycznie nieciekawym to po bliższym poznaniu ludzi i otoczenia – okazuje się, że jest ono równie fascynujące jak te opisane na pierwszych stronach przewodników. Widzimy coś, obok czego przebieglibyśmy w drodze na dworzec, stajemy się normalnymi ludźmi, normalną rodziną i tak jesteśmy postrzegani. W takie np. Ameryce Łacińskiej przestajemy być klasyfikowani do kategorii “gringo”  – a to już jest COŚ.

*Z tym byciem “zjawiskiem” spotkaliśmy się też w Azji – ale miało to już zupełnie inne następstwa (i dla nich i dla nas). Każdy chciał Martę dotykać, ona się bała, ojciec choć cierpliwy i tak w końcu chciał komuś przylać bo się z łapskami do dziecka pchał przez stół w restauracji… Trzeba się po prostu przyzwyczaić – ja nie dałem rady przez miesiąc…

po piąte – awaria – nierozerwalnie związana z dzieckiem – bez względu na długość i szerokość geograficzną. Stłuczone kolana, obdarte łokcie, zasmarkany nos, podbite oko (ups… pomyliłem z rodzinną dyskusją) – to codzienność w domu – dlaczego więc miałoby być inaczej w podróży? Chorób wszelakich nie wspominam bo nam praktycznie żadna się nie przytrafiła, za to urazów mechanicznych mieliśmy “w normie” jak przystało na obywatelkę w trzecim roku swojego życia.  Jasne, że była seria szczepień przed wyjazdem, w kieszeni mieliśmy ubezpieczenie na wszelki wypadek (najbardziej obawialiśmy się USA gdzie za mały zabieg operacyjny można zapłacić kilkadziesiąt tysięcy dolarów) i ubezpieczenie to – ani razu nie zostało użyte i co najważniejsze przy następnym wyjeździe wykupilibyśmy je jeszcze raz. Może podróżując bez córki byśmy to rozważyli – ale w takiej konfiguracji jak my to robiliśmy -nigdy.

po szóste – co nierozerwalnie wiąże się ze wspomnianym na początku Czasem – jesteśmy razem. I nie jest to bycie “weekendowe”, nie jest to wykradanie godziny przed snem – kiedy wracamy z pracy a maluch jeszcze jest “na chodzie”. Spędzając z dzieciakiem 24h na dobę mamy niesamowitą sposobność uczestniczenia w niemal każdej chwili rozwoju naszego malucha, okazje do nauczania go świata w najlepszy znany nam sposób…

To bycie razem to poważna sprawa, którą należy sobie dobrze przemyśleć przed wyjazdem, po fakcie reklamacji nie przyjmuje się… Tylko czasem ciężko wytłumaczyć – dlaczego tata musi iść do pracy i dlaczego nie jedziemy sobie naszym domkiem na kółkach…

ps

Ponoć z drugim dzieckiem jest łatwiej bo już się człowiek dużo mniej przejmuje :)