W Pogoni Za Szczęściem
zadbaj za młodu o wspomnienia na starość
zadbaj za młodu o wspomnienia na starość
Jan 19th
No i wyszło co miało wyjść w głosowaniu byliśmy niemal pewni wygranej – ale jako że nie my liczyliśmy głosy to ciężko było zaistnieć w blogosferze
Dziękujemy po stokroć wszystkim, którzy głosowali na nas. Mamy też cichą nadzieję że kasa z akcji poszła na deklarowany cel i że nie okazało się na koniec dnia, że dochód jaki miał zostać przekazany na rehabilitację niepełnosprawnych jest tak niski po odliczeniu kosztów, że nie starczy na przelew…
Najważniejsze, że zajęliśmy bardzo wysoką (w naszej ocenie pozycję), czyli 26 na 187 zgłoszonych blogów (przynajmniej taka była wczoraj wieczorem) – chyba całkiem nieźle?
Pozdrawiamy Wszystkich, którzy wzięli udział w zabawie i mamy nadzieję, że udało się Wam odnaleźć coś interesującego dla siebie pośród wszystkich blogów (nie tylko tych “zakwalifikowanych”)
Jan 13th
na kogo chcemy – o ile to będziemy my
głosowanie właśnie się rozpoczęło i potrwa do 19 stycznia – całość odbywa się SMS-owo i z tego co nam wiadomo jest dostępne tylko dla posiadaczy komórek w Najjaśniejszej Rzeczypospolitej i to przebywających na terenie tegoż kraju.
Tak więc bierzemy telefon i wstukujemy numer 7122 na który to wysyłamy sesemesa o treści D00070 (D zero zero zero siedem zero) – ważne żeby się nie pomylić i przez przypadek nie zagłosować na konkurencję!!! Spełnienie tego obywatelskiego obowiązku kosztuje całą złotówkę i dwadzieścia trzy grosze – cały dochód z SMS przeznaczona jest na turnusy rehabilitacyjne dla niepełnosprawnych.
Żeby nie przeciągać bo przed Wami kupa roboty w szukaniu telefonów znajomych, współpracowników, dzieciaków, rodziców, dziadków i potajemne wysyłanie sesesesesesemessów na nr 7122 o treści D00070 (pamiętajcie tylko jeden SMS z każdego telefonu na każdy blog). Do dzieła
a tak serio – dochód z sms-ów szczytny, przy okazji dobre miejsce gdzie można poszperać pośród przeróżnych blogów w tematyce jaka Was interesuje – no i można głosować na każdy blog raz – więc możecie sprawiedliwie oddać głos na wszystkie sto osiemdziesiąt parę w temacie gdzie i nasz się znajduje.
Dec 26th
Jak to zwykle bywa na koniec podróży (choć nie jesteśmy pewni czy to rzeczywiście jej koniec – czy raczej jeden z jej etapów) wypadałoby jakoś podsumować to co się przez ten cały rok wydarzyło.
O “wyprawie”
Jako, że ze statystyki byłem niezły na uczelni to miałem zamiar jakoś ładnie to wszystko zebrać do kupy i podzielić się z Wami. Nie wiem czy to dlatego, że “niezły” wynikało z ponadprzeciętnych umiejętności zapuszczania żurawia, a może dlatego że suche dane tak naprawdę nic nie znaczą w konfrontacji z dwunastoma miesiącami przez które byliśmy “skazani” na siebie. Zacząłem od zsumowania paczek jakie przyleciały/przypłynęły/przyszły (przynajmniej ta z Australii wyglądała na mocno zmęczoną życiem i podróżą – a czas jaki jej zajęło dotarcie do Polski też to potwierdza) – i co nam wyszło?
1 0 8 (S T O O S I E M) kilogramów.
Wewnątrz jakieś lokalne mapy, przewodniki, pamiątki, ubranka najmłodszej i inne niespodzianki – jakich nie spodziewaliśmy się wewnątrz znaleźć – człowiek zapomniał co wysyłał.
Po podsumowaniu kilometrów przejechanych tylko i wyłącznie samochodami, i to samodzielnie – gdzie wyszła nam cyfra nieco przekraczająca długość równika (dla tych co ściągali na geografii 40 041km) dałem sobie spokój bo zaczęło wychodzić na to, że nic innego nie robiliśmy tylko się przemieszczaliśmy. A przecież do tego powinny dojść 27 lotów dłuższych i krótszych, kilka dni na statku gdzieś pośród chilijskich fiordów, masa autobusowych przejazdów, trochę pedałowania na rowerze, jakieś promy, motorówki i kilometry pieszych wędrówek.

I tak przez rok i jeden dzień – bo tyle dokładnie trwała cała Podróż. Celowo nie używam określenia “wyprawa”czy “ekspedycja”
jak to ma w zwyczaju wiele osób namiętnie prowadzących “lans-blogi”, piszących książki podróżnicze, poradniki na każdą okazję i wypowiadający się przy każdej możliwej okazji na każdy możliwy temat. W sumie to takiej na przykład Pawlikowskiej zostało do napisania tylko “Sam naprawiam Zaporożca” i jeszcze jeden tytuł mi przychodzi do głowy ale go nie wymienię bo być może czytają nieletni…
Generalnie inaczej czyta się literaturę “podróżniczą” po powrocie – nagle się okazuje – że człowiek jednak był na WYPRAWIE i wjechał kamperem z trzylatką na pokładzie tam gdzie PRAWDZIWI PODRÓŻNICY przedzierali się tygodniami przez busz….
Podróżnikami też się nie czujemy pełną gębą – raczej podróżnymi spełniającymi swoje życiowe marzenie
No ale każdy może mieć swoją definicję – ale przecież nie o tym miało być.
Czas
Za nami dwanaście krajów (plus dwa “na szybko”) na czterech kontynentach, w każdym staraliśmy się spędzić nieco więcej czasu niż “standardowy” turysta i choć trochę pobyć w danym miejscu. Rzecz jasna czujemy duży niedosyt – bo nawet będąc miesiąc w jednym miejscu jest ciężko “poczuć” go w pełni.
Z drugiej zaś strony ten rok to w naszym odczuciu…
…za długo.
Tak, tak za długo i to o jakieś 3 miesiące. Oczywiście to nie oznacza, że ostatni kwartał był dla nas męczarnią ale czuliśmy już pewien przesyt tym wszystkim co działo się wokół nas. Patrząc na to z przed ekranu komputera wydawać się może, że nas “pogięło”, i że jesteśmy rozpieszczonymi “dzieciakami”, których nic już nie jest w stanie zadowolić. Otóż, ani nas nie “pogięło”, ani nie jesteśmy “rozpieszczeni” po prostu 9 miesięcy przebywania w miejscach powalających swoją urodą powoduje, że nasze zmysły przestają już reagować nieustannym “ahaniem” i “ohaniem” coraz szerszym otwarciem oczu oraz otworu gębowego. Pewnie stąd wynikało nasze “przesilenie” w Australii – zwłaszcza w Sydney i brak zachwytu Azją. Byciu “dzieciakami” nie zaprzeczymy bo w naszym wieku to raczej komplement i to dużego kalibru
Dlatego uważamy, że dobrze jest sobie zrobić przerwę i dozować radość poznawania nowych miejsc. Może wynika to z faktu, że jak się podróżuje z dzieckiem to nieco inaczej patrzy się na otaczający nas świat, a może my po prostu jesteśmy nieco bardziej “domatorscy” niż nam się wydawało nim wyjechaliśmy. Trudno jest się odnieść do innych podróżujących z dzieckiem/dziećmi – bo tak naprawdę jest ich niewielu – mowa o rocznym “szwędaniu się po świecie”, a pewnie też nie każdy z nich ma takie odczucia jak my -bądź chce się do takowych przyznać.
Bilans
Już po powrocie ktoś zapytał mnie: “Ile straciliście przez ten rok?”, zrobiłem taaaakie oczy - bo jak to “straciliśmy”?
Oczywiście jakieś “straty” były (zaraz o nich będzie), jeśli zaś chodzi o wydatki to o dziwo zmieściliśmy się w budżecie. Co prawda zawierał w sobie 15% kwoty “na wszelki wypadek”, która to oczywiście została w całości skonsumowana, a i to tylko dlatego, że odpuściliśmy dodatkowe 3 tygodnie w Australii na rzecz Malezji, inaczej mogłoby być krucho.
Ile w sumie? Dobry samochód (i to prawie nowy), trudno podawać konkretne kwoty bo każdy podróżuje inaczej i w innym miejscu ma swój “próg bólu”. Jakikolwiek by ten samochód nie był to warto go było poświęcić i przeżyć to co nam było dane przez ten czas.
Wracając jednak do bilansu możemy je zakwalifikować do trzech grup: czas, kasa i zdrowie.
Do pierwszej grupy niewiele możemy zaliczyć – bo czy pobyt w Las Vegas był stratą czasu? Dla mnie był ale wówczas Renata i Marta nie miałyby okazji przekonać się na własnych oczach “jak tam jest”. Czy pobyt w Valparaiso był stratą czasu? Gdy tam byliśmy wydawało się nam, że i owszem – choć tak naprawdę z perspektywy czasu wcale nie było aż tak źle. Czy były miejsca gdzie czuliśmy niedosyt, skąd musieliśmy jechać dalej? Pewnie, że była ich cała masa – to jest jednak rzecz na stałe wpisana w taką formę podróżowania jaką my wybraliśmy- jeśli chce się coś więcej zobaczyć trzeba w końcu ruszyć dalej – inaczej do dziś siedzielibyśmy np. w Guanajuato w Meksyku… Na drugim zaś biegunie w tej kategorii jest ROK spędzony razem – o ile bycie z drugą połówką bywa męczące i żadne opowiadanie bajek o patrzeniu sobie w oczka mnie nie przekona, że można tak rok bez kłótni, nerwów i dąsów bo to NIEMOŻLIWE – absolutnie i bezapelacyjnie – za to rok z dwulatką (właściwie 9 miesięcy bo potem to już była trzylatka) to MISTRZOSTWO ŚWIATA – wart każdych pieniędzy i każdego poświęcenia – to nawet odliczając czas na pobycie samemu (wyjazd do Boliwii) noce i czas zabawy z tym “drugim” rodzicem tak jakby (pracując normalnie) spędzać z dzieciakiem wieczorami i weekendami trzy lata! Tylko który dzieciak jest przez trzy lata dwulatkiem? Zaczyna walić ripostami w najmniej oczekiwanym momencie i jest na ostatniej prostej przed przedszkolnymi znajomościami…
Finansowe straty? Mniej niż zakładaliśmy
ale oczywiście były. Zaczęło się zaraz na początku w Meksyku od zgubionych 50 pesos, potem był rozbity obiektyw w Las Vegas którego agonia trwała około pół roku – był tak naprawdę przyczynkiem do zakupienia obiektywu z prawdziwego zdarzenia i nauczenia się radzenia sobie tylko z szerokim kątem – w tzw. międzyczasie. Potem był skradziony Canon Ixus w Rio – co na tle hostelowych historii zasłyszanych nieco później było niewielką ceną naszej niefrasobliwości. Podobny aparat odkupiliśmy już w Sydney na obłędnej wyprzedaży przed Sylwestrem (do dzisiaj takie wodoodporne Lumixy w Polsce kosztują o 30% więcej).
Później było pasmo sukcesów w walce z kieszonkowcami z Buenos Aires grasującymi w metrze – jeden to chyba nawet stracił żebro próbując robić sztuczny tłum w drzwiach do kolejki – cóż ryzyko ma wpisane w wykonywany zawód. Największa strata przyszła w Salcie w Argentynie gdzie wykiwała nas wypożyczalnia samochodów na dobrze ponad tysiąc dolarów – czyli jednym słowem najdrożej wypożyczone Clio w moim życiu.
No i tyle byłoby strat czysto materialnych w naszej podróży.
Jeśli chodzi o zdrowie to nijak się nie wpisaliśmy w statystykę tych co to ich pogoniło – bo powinniśmy na biegunkę zapaść przynajmniej kilkakrotnie (każdy z nas) – podczas gdy przygoda była tylko jedna i trwała całe trzy dni (Marta). Nie było żadnych innych większych “usterek” – no może jedno przeziębienie (Renata w Puerto Natales) i kilkukrotny katar Marty. I tyle z chorób wszelakich. Oczywiście były też urazy mechaniczne w postaci – jednego prawie złamanego palca w Nowej Zelandii, rozbitego czoła w BA (Marta) i paznokcia, który był zszedł z palucha po Tongariro Crossing w NZ.
WPZS.PL
Nie będziemy ukrywać, że dla nas blog służy do trzech rzeczy (kolejność przypadkowa bądź nie) po pierwsze jest pewnego rodzaju ekshibicjonizmem, no bo jak inaczej nazwać publiczne chwalipięctwo celem wywołania permanentnego skakania gula u niektórych, zwłaszcza rodzinki tej co to na zdjęciu….
Oczywiście to tylko część prawdy, bo jest też druga rzecz czyli próba walki z własną sklerozą i zachowanie pewnych ulotnych wspomnień na przyszłość – najłatwiej jest je gdzieś spisać – a internet ciężko zgubić w porównaniu do takiego np. notesu. Co prawda z tym byciem na bieżąco bywało jak bywało – co nam taki jeden niedawno w komentarzu wypomniał
Bardziej to jednak wynika z powrotu do rzeczywistości i próby nie_ze_świrowania w kraju, za którym tak bardzo tęskniliśmy.
Ale w tym akapicie chodziło bardziej także o tą trzecią część czyli widownie czyli o Was. Być może nie mamy za dużej wiedzy bo nieco zbyt późno zaczęliśmy inwigilację ale to co do tej pory zaobserwowaliśmy daje jakiś tam obraz. Dzięki takiemu np fejsbókowi wiemy jakich kobiet (większość szatynki w wieku….) najwięcej nas polubiło i że na tym portalu społecznościowym liczba “lubiących” dobija powoli do 700. Analizując zaś dane z google analitics wychodzi że 18 tysiaków Unikalnych użytkowników (cokolwiek to oznacza – w końcu każdy z nas jest na swój sposób Unikalny) zajrzało do nas na stronę, która to była odsłaniana grubo ponad 100 tysięcy razy i to z 91 krajów – to nawet zakładając, że sami sobie nabijaliśmy wejścia na stronę tam gdzie nie było to zbyt drogie
pozostaje 80 krajów gdzie tego nie robiliśmy – bo nie było nas tam. Oczywiście przoduje tutaj Polska potem jest “długo_długo_nic” – a następnie UK i depczące jej po piętach US, Australia i Irlandia. Niestety nie wizytowali nas zbyt często mieszkańcy Czarnego Lądu i Grenlandii – może następnym razem – były za to tak egzotyczne miejsca jak Vanuatu czy Wyspy Świętego Wincenta i Grenadyny oraz kraj zwany w GA “not set” – który to zresztą na dość wysokiej 7 pozycji w naszym zestawieniu – może to Marsjanie?
Wszystkim Wam Serdecznie DZIĘKUJEMY!!!
Nie będziemy wchodzić w inne dane bo nie bardzo wiem jak się do nich odnieść (jednym słowem nic z nich nie rozumiem) – jedyne co to dzięki takiemu łapaczowi spamu jaki mamy zainstalowany na “naszym” wordpressie wiemy, że ponad 800 razy w komentarzu miały się pojawić się reklamy viagry i innych ciekawych specyfików – mam nadzieję, że nie macie nam za złe że je “wykosiliśmy” ze strony.
chyba wystarczy tego przydługiego wpisu…. Przy okazji gratulujemy tym co doczytali aż tutaj
…. w kolejnym odcinku napiszemy parę słów jak to jest z dzieciakiem w podróży.
Dec 23rd
Mieliśmy spędzić w Malezji jeszcze dziesięć dni – z czego prawie połowa miała być na rajskiej plaży. Z oczywistych względów plażę odpuściliśmy na rzecz Cameron Highland gdzie zawitaliśmy na kolejnych kilka dni celem złapania oddechu. Znów nam się nie udało “zaliczyć” słynnej trasy przez dżunglę – cóż niestety pogoda była nieubłagana dla naszej potrzeby zwiedzania – za to zbawienna dla żołądków i ciał bo w sumie nie robiliśmy nic innego niż siedzieliśmy w knajpie z krótkimi przerwami, a to na zakup płynu do “puszczacza baniek” Marty, a to na masaż stóp z projekcją konkursu na najśmieszniejsze nakrycie głowy, a to masaż reszty ciała – tudzież palenie pochodni w moim uchu…

Tak czy inaczej gdzieś tam wcześniej dostaliśmy przemiłego maila od dwójki rodaków, którzy mieszkają w Singapurze. Od słowa do słowa ustawiliśmy się na jakieś piwko z zagrychą już w tym maleńkim państwie.
Gnaliśmy jak na skrzydłach pięknymi malezyjskimi szosami, jedynie motodiabły śmigające po poboczu mogły nawiązać walkę z naszym busem:

Był po drodze jakiś postój w KL i jak zwykle znów nic nie wyszło ze zrobienia zdjęcia wieżą Petronas bo lało jak z cebra w czasie gdy nie spaliśmy i nie jedliśmy…
Będąc już na miejscu (S.) zabunkrowaliśmy się w naszej norze o powierzchni 5cm2 – nie dlatego, że była tak przyjemna -ale z powodów czysto ekonomicznych.
W planach był oczywiście szopppppping za ostatnie grosze na koncie (a okazji cenowych TTYYYYYYLLLLLEEEE) i spotkanie z Agatą i Przemkiem, o których już wspominaliśmy. Oczywiście kolejność była odwrotna – ale chciałem trochę dramaturgii zbudować w poście.
Co do naszych przewodników to nie będziemy ich za bardzo chwalić – bo zaraz się zaczną im zwalać tysiące podróżnych na kolację
Swoje wiemy i nigdy – przenigdy nie poznalibyśmy Singapuru z takiej strony z jakiej oni nam go pokazali. Ponadto całość okraszona byłą masą ciekawostek, ploteczek i opowieści, które pewnie dla każdej innej nacji byłyby zupełnie nieinteresujące.
Z grubsza miasto bardzo zyskało w naszych oczach, bo też i nasze oczy dojrzały to czego pewnie czytając LP nigdy by nie doświadczyły.
Kapitalne jadłodajnie, nocne wędrówki tunelami pod miastem, podziwianie panoramy miasta z biura Przemka (wraz ze zwiedzaniem poziomu “entertainment” w tymże biurowcu). Ech, łza się w oku zakręciła. Inny świat jednym słowem, a już wizyta na tarasie widokowym restauracji na dachu (a raczej ogrodzie) hotelu przy Marina Bay był dopełnieniem całokształtu.
Nie będziemy wspominać o laserowych pokazach odbywających się każdego dnia (kilka razy) nad Marina Bay bo jeszcze się Warszawiakom przykro zrobi, że ich cudne fontanny żeby podziwiać trzeba się ustawić w kolejce już parę godzin wcześniej TEGO dnia tygodnie W KTÓRYM się odbywają. Potem z reguły i tak nic nie widać bo przyjeżdża wycieczka koszykarzy z Garwolina i staje dokładnie przed nami… A tu jakiś urzędas sobie wymyślił, żeby było za darmo, dla wszystkich, i kilka razy dziennie bo różnie ludzie czasem dysponują… To trochę jak z pokazem sztucznych ogni w Sydney – chcesz zobaczyć to co najciekawsze/najpiękniejsze i przeżyć atmosferę to idziesz w Sylwestra na pokaz dla rodzin o 21 a później już w domu ze znajomymi bez tłoku i wspomnianych już koszykarzy ( na pewno też tu przyjadą) obejrzeć na ekranie właściwy spektakl nakręcony z 10 różnych miejsc.
Dec 17th
Jak na konserwatywną, radykalną, tradycyjną i Bóg (do wyboru który) raczy wiedzieć jaką część Malezji Kelantan nie zachwycił nas swoim islamskim klimatem – ot nieco szczelniej pozakrywane kobiety i… w sumie tyle – nie było tej niesamowitości porannych śpiewów nawołujących do modlitwy, nie było tej niesamowitości ciszy i spokoju w meczetach było za to całe multum świątyń innego rodzaju. Oczywiście królują tutaj świątynie buddyjskie z motywem przewodnim występującym w przeróżnych pozach, a to siedzącej, a to leżącej, a to stojącej czy też z jakimś smokiem wijącym się po podwórku.
Tak czy inaczej pokrążyliśmy nieco po okolicy – przy okazji pozwalając Marcie popuszczać bańki z kumplem z klasztoru.
komentarze