Monthly Archives: May 2010

Wy to macie fajnie, chłodno…

a my się męczymy w tym upale…
i nawet nie wiecie ile nas to kosztuje…

Palenque

Na początku nie planowaliśmy oglądania tych “kamieni” ale ponieważ taka opcja skracała o 5 godzin czas podróży autobusem na tzw. “jeden raz” to skusiliśmy się. O ile inne atrakcje po drodze jak kaskady i wodospad w dżungli nie zrobiły na nas wrażenia, to miejsce docelowe jak najbardziej.

Do tego jesteśmy wszyscy trochę nerwowi co przypisujemy Malarone (profilaktyka anty-malaryczna), tak więc wesoło nie jest.

Jakby tego było mało podróż busem w którym dostawiono dwa rzędy siedzeń na końcu (w miejscu przestrzeni bagażowej) nie modyfikując nawiewów klimatyzacji (okna nieotwierane), dwadzieścia pięć tysięcy trzysta siedemdziesiąt cztery “topas” i “zona vibration”, a także milion zakrętów i słaba pamięć (nie wzięliśmy Aviomarin) spowodowała, że tylko trzy istoty z rzeczonych miejsc przetrwały podróż nie zmieniając barwy na denaturat-owy (na szczęście wśród szczęśliwców była córka autora bloga i jej fantastyczny ojciec). Co do zakrętów to winny był kierowca – miał bardzo kiepski tor jazdy 😀 Reszta to uroki Meksyku 😀

Po dotarciu na miejsce nasza przepustka => spowodowała uśmiech na twarzy bileterów i mrugnięcie oka żeby wejść z aparatem – na który przez niewiedzę nie kupiliśmy biletu 😀

A same ruiny – no cóż – FANTASTYCZNE miejsce.

San Cristobal de Las Casas

Oj długa droga z Puebla do San Cristobal de Las Casas – około 11h w autobusie robi swoje. Na szczęście musimy obalić mit o arktycznych temperaturach w autobusach dalekobieżnych. Średnia temperatura to 23stopnie czyli całkiem przyjemnie. Wystarczyła bluza z długim rękawem i skarpetki. Choć my to chyba mocno zimnolubni jesteśmy – co może wiele wyjaśniać- ale do tego dojdziemy za parę wpisów 😀

Samo miasteczko bardzo przyjemne, pełno knajpek, Indian i białych turystów – “Dzieci Kwiaty wannabe”.

Przy okazji miasteczko jest fajnym miejscem wypadowym do San Juan Chamula i kanionu Sumidero.

Jest takie miejsce

które nie wiemy czy warto zobaczyć – a już na pewno nie z dzieckiem….

Brud, smród, szwendające się po miasteczku psy (już wiemy skąd bierze się powiedzenie “nienawidzić jak psa”), tabuny próbujących coś sprzedać kobiet i dzieci… a do tego my, turyści z “innego świata”. Pisze się w przewodnikach, że Indianie mieszkający w tym miasteczku i okolicznych wioskach nie są nastawieni przyjaźnie do turystów, cóż też bym nie był gdyby traktowano mnie jak małpę w zoo, na którą patrzą jakieś dziwne istoty z aparatami fotograficznymi przy oku. Ludzie którzy z łażąc z rozdziawioną gębą nie potrafią uszanować czyjejś religii  – tak jak pani z <chyba> NRD, która wlazła w kurę przeznaczoną na ofiarę, a ta gdacząc przeraźliwie mało co nie spłonęła żywcem od rozstawionych świec…

Tak w skrócie i naszym własnym odczuciu wygląda San Juan Chamula. Tak naprawdę trochę żałujemy tego wyjazdu, bo z jednej strony jest to ciekawe przeżycie, jednak z drugiej jakiś niesmak w człowieku pozostaje, że się tak z butami włazi na czyjeś podwórko.

Puebla

Wszystko co dobre niestety szybko się kończy, tak więc trzeba było się spakować do plecaków i znów ruszyć na południe. Tym razem tylko jedna noc w Mexico City i kolejny autobus – tym razem do Puebla.

Przejazd z dworca do centrum nie nastraja zbyt optymistycznie, brudne ulice, rozwalające się samochody przypominają trochę Mexico City (widok często spotykany w bocznych uliczkach w centrum). Na szczęście samo Zocalo to już inny świat. Centrum dużo czystsze niż w MC, ludzie uśmiechnięci, a i turystów typu “biała twarz” bardzo niewielu (podobnie zresztą jak we wszystkich poprzednich miejscach z wyjątkiem SMdA).

Bladość swą zawdzięczamy filtrom UV 50 – bo przecież nie od dziś wiadomo, że urodę mam latynosa 😀 tylko te blokery nie pozwalają ujrzeć mego prawdziwego oblicza 😀

Tym razem oszczędzimy widoku kolejnych katedr i kościołów 🙂 Miasto to kojarzy się nam bowiem z zupełnie innymi rzeczami 😀

Spokojna przystań – amerykańskich emerytów

Jednak zebraliśmy się w sobie i pojechaliśmy do San Miguel de Allende. Według różnych źródeł miasto to stawiane jest na równi z Guanajuato. Nasz ranking jest trochę odmienny 😀 jednym słowem 1:0 dla miasta na G.

Coby nie mówić to miasto również ładne, ale nie z tych w których można się z przyjemnością zgubić w zakamarkach ulic (oczywiście zgubiliśmy się – ale nie było to fajne 😀 ).
Za to policja ma “fajoskie” pojazdy:

Guanajuato – cd.

Jeśli wierzyć jednemu z napotkanych lokalesów pochodzenia US to był kiedyś pomysł aby zbudować w Guanajuato dworzec kolejowy, co więcej pomysł ten zrealizowano – tyle, że jakoś tak nigdy nie udało się zbudować torów kolejowych 😀 Tak więc mają tam swój własny stadion X-lecia 🙂

info

mamy się dobrze choć internet raczej słaby a i sporo musimy się przemieszczać.

Odezwiemy się z San Cristobal.

Place to be

Wiem, że trochę przynudzam z tym miastem, ale naprawdę zrobiło na nas piorunujące wrażenie.

Saturday Night – Guanajuato

Jeszcze będąc w Mexico City spotkaliśmy przemiłych rodaków (POZDRAWIAMY GORĄCO!!!), od jednej z owych obywatelek (był i obywatel 🙂 ) dostaliśmy informacje o sobotnich “zabawach” i dużej ilości muzyki w mieście – zwłaszcza w weekendy. Ponieważ nasz pobyt dość mocno się wydłużył to udało się zahaczyć o jeden z takich korowodów idących przez miasto. Ponieważ my mało gramotni językowo to jedyne co możemy powiedzieć to to, że było kolorowo 🙂 Całość łatwo zlokalizować po ilości decybeli jaka dobywa się z miejsca gdzie ONI są. Warto nadmienić, iż w Meksyku w dobrym guście jest mieć w każdym sklepiku estradowy sprzęt grający, który to przyciąga klientele, a którego niejeden zespół szarpidrutów by się nie powstydził. Tak więc nagłośnienie “imprezy masowej” nie może być słabsze od jakiegoś tam obiektu handlowego :D.
Całość wygląda mniej więcej tak: przez miasto idą grupy tancerzy i innych akrobatów wykonując wszelkiej maści wygibasy i tańce. Obserwując z boku wygląda to trochę jak spotkania raperów w “8 mili” tyle, że tutaj rzecz się dzieje na ulicy a nie na scenie, muzycy grają na bębnach albo innych ustrojstwach i zamiast śpiewać tańczą pomiędzy ludźmi, bądź machają im nad głową batem (prawdziwym).