T5

ze względu na zaciszną i świetną komunikacyjnie miejsówkę w Londynie – a właściwie już na Heathrow dość wcześnie byliśmy na terminalu. Ponieważ mało-co nie zepsułem automatu do self check-in to udaliśmy się do przemiłej Pani przy stanowisku A-ileśtam (z tablicy jasno wynikało że lot do Meksyku obsługują stanowiska od B do E 😀

I tutaj spotkała nas miła niespodzianka – wspomniana już Pani zaproponowała nam miejsca w środkowym rzędzie (4 fotele) tak aby mieć dwa skrajne fotele i jeden z tych po środku. Jak powiedziała „nie ma bata żeby wam kogoś dosadzili” – tyle przynajmniej zrozumiałem ze swoją znajomością języka Szekspira – i tak też się stało. Całe dwanaście godzin dyndania w powietrzu mieliśmy naprawdę niezłe warunki, a najmłodszy uczestnik wyprawy miał prawdziwe business class bo spał w poprzek przez ponad 7h, nonszalancko zarzucając nogi to na jedno to na drugie z rodziców.

Człowiek niebywały “w  Świecie” to i sobie parę zdjęć na terminalu zrobił – jakby kto wątpił, że byliśmy w Londku Zdrój 🙂

Oczywiście była też chwila grozy, bo nagle zniknęła nam dziedziczka z pola widzenia – na szczęście znalazła się tam gdzie powinna czyli…


BA ma w zwyczaju obdarowywanie maluchów prezentami więc dostała komplet kredek, jakieś kolorowanki i naklejki – którymi to stuningowała swój wypasiony nocnik zakupiony w Londynie (dzięki słownikowi obrazkowemu – bo jak matkę kocham nie mam pojęcia jak się takie oto ustrojstwo po angielsku nazywa).
BA swój cel osiągnęło Marta zajmowała się prezentem przez całe 20 minut a następnie w ramach rewanżu próbowała upolować tymi kredkami tylko pasażerów najbliżej siedzących 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *