Monthly Archives: May 2010

Guanajuato

Planuje się taki wyjazd przez bardzo długi czas, wertuje przewodniki, książki, gazety, fora internetowe po to by dowiedzieć się jak najwięcej o miejscach, w które się wybiera i gdy jest się już na miejscu to cały plan bierze w łeb. To wcale nie znaczy, że coś się traci, wręcz przeciwnie. Świat jest zbyt duży i ciekawy aby go mogła jedna osoba zobaczyć – nawet podróżując przez całe życie. Nasze plany także okazały się odrobinę na wyrost, za dużo biegania, zmieniania miejsc, zbyt dużo sztywnych planów, które bardziej ograniczają niż pomagają w osiągnięciu celu.

Trochę to dziwnie brzmi zaraz na początku naszej przygody (drugi tydzień – tutaj musiałem sobie pomóc kalendarzem bo już trzeciego dnia straciłem orientacje jaki jest dzień tygodnia :D), ale chyba dobrze, że tak szybko się zreflektowaliśmy (a raczej ja bo reszta wiedziała już wcześniej :D).

Mieliśmy w planie przyjechać do Guanajuato na dwa i pół dnia i w tym czasie zobaczyć również nieopodal położone San Miguel d. Allende. Po przebieżce z plecakami przez całe centrum (pod górkę – na zdjęciach widać) – wszystko dzięki “pomocnemu” panu z informacji turystycznej na dworcu 🙁 plan się zmienił. Zostajemy na 5 dni i pewnie nie uda się nam wybrać do San Miguel :D.

Dzięki tym zmianom DT złapał swój rytm dnia, my zaczęliśmy normalnie się żywić 😀 i tak jakoś przyjemniej się zrobiło 😀

A czy warto było zostać akurat tu?

Dzwonnica

Czy dwulatka może mieć zachcianki “turystyczne”? Nasza najwidoczniej tak bo przez trzy dni z uporem maniaka dopominała się o “wdlapanie” się na wieżę która robi “bim bam”. Na początku myśleliśmy, że to minie ale uparciuch z niej straszny więc nie było mowy.

Wejście na wieżę o tyle ciekawe, iż standardy bezpieczeństwa są tu nieco “inne”, można sobie swobodnie biegać po dachu jednego z najważniejszych zabytków Meksyku i nikt nie robi z tego powodu niepotrzebnego zamieszania. Na dodatek ilość barierek jest ograniczona do niezbędnego minimum 😀 Co akurat w niczym nie przeszkadza bo jak we wszystkim najważniejszy jest zdrowy rozsądek.

Lewa, prawa, lewa, prawa

i tak ze 100 razy…

Zocalo

zoooo

nastała pora reraksu i razem z naszą latoroślą wyskoczyliśmy do miejskiego zoo

miła to odmiana od zatłoczonego centrum – mimo że w niedziele również masa miejscowych idzie do parków i zoo (które jest za darmo – tyle że niektóre ekspozycje są dodatkowo płatne np. płazy, owady, część ptaków itp.) Jest tu i kawałek cienia, i ławeczki dla zmęczonych no i oczywiście milion straganów ze wszystkim 😀

w tym Meksyku to chyba musicie się czuć bezpieczni…

noooo, musimy 😀

terror w metrze

No i było pierwsze migotanie przedsionków dzisiaj…

jedziemy sobie zadowoleni z siebie w metrze (całe 3pesos za wejście na peron), oczywiście gorąco jak w piekle – ale wentylacja robi robotę czyli wytwarza taką wichurę, że łby urywa, na dodatek robi tyle hałasu, że nie ma się siły myśleć o temperaturze. Stoimy sobie bladzi i dumni (zwłaszcza to pierwsze bo mnie to sobie małe Latynosy palcami pokazują =>przystojny znaczy się 🙂 )

a obok stoi jakaś taka niewyraźna kobitka wieku nieokreślonego i majstruje z jakimiś kabelkami w plecaku, myślę sobie pewnie jej jakiś kabelek z walkmana się wypiął, ale nie coś długo to trwa więc zapuszczam żurawia (o co nie trudno bo przy moich 187cm i tak wystaje o pół głowy nad resztę społeczeństwa) i widzę, że ona tam ma jakiś mały akumulator i przy nim te kabelki nawija. Kolejny przebłysk inteligencji wyuczonej na stacjach telewizyjnych i wszystkich odcinkach “Szklanej Pułapki” mówi – na bank terrorystka. Wszystko pasuje, indiańskie rysy (może jakaś zapatyska bojowniczka z Chiapas??), plecak wyładowany jakimś dziwnym towarem w czarnych foliowych torebkach, do tego te kable, drżące dłonie próbujące podłączyć zapalnik….

i nagle jak nie ryknie z plecaka Disco-Mexo, a ona radośnie przekrzykując te decybele z plecaka wymienia cały repertuar jaki ma w sprzedaży i cenę przy, której ruskie ze stadionu X-lecia to zdziercy.

jak tylko przeszła dalej to zaraz pojawił się następny i następny, i jeszcze jeden, i taki z latarkami, i taki z lizakami, i z wymiętolonymi gazetami, i z BógRaczyWedziećCzymJeszcze…

Jet lag

jeśli potrafisz odpowiedzieć na pytanie, w którym okolicznym kościele zegar się późni o minutę,

kto tnie szlifierką kątową o 3.30am

jaki repertuar grają we wszystkich okolicznych dyskotekach <trzy> oraz o której imprezy się kończą,

ile samochodów przejechało pod oknami hostelu,

oraz z kim się ściskał absztyfikant pewnej LatynoPani (to akurat domniemanie bo nie rozumiem nic poza ‘gracias’ – ale tak się darła na biedaka, że powód mógł być tylko jeden :D)

to znaczy, że to masz…


T5

ze względu na zaciszną i świetną komunikacyjnie miejsówkę w Londynie – a właściwie już na Heathrow dość wcześnie byliśmy na terminalu. Ponieważ mało-co nie zepsułem automatu do self check-in to udaliśmy się do przemiłej Pani przy stanowisku A-ileśtam (z tablicy jasno wynikało że lot do Meksyku obsługują stanowiska od B do E 😀

słoń

przy okazji przystanku w Londynie w oczekiwaniu na kolejny lot natknęliśmy się na akcję prowadzoną na rzecz “trębaczy” – które zresztą przypadły Marcie do gustu 🙂