Monthly Archives: June 2010

Bryce – raz jeszcze

Hoodoos

Jedna rzecz rzuca się w oczy zaraz po wjechaniu do parku – ogromne połacie spalonego lasu. Ogląda się migawki w naszej telewizji z informacjami o pożarach w Arizonie czy Kalifornii (o ile akurat nie zdobędziemy medalu na olimpiadzie – bo wtedy nawet trzęsienie ziemi nie jest godne minuty w wiadomościach 🙁 i siedząc w fotelu ciężko nam sobie wyobrazić o jak ogromnych pożarach się mówi. Dopiero widząc na własne oczy las spalonych drzew dociera do nas jak wielka jest siła żywiołu.

Red Canyon

Jeśli się ktoś wybiera do Bryce to warto zarezerwować sobie godzinkę lub dwie więcej, aby zatrzymać się przy Red Canyon leżące na terenie Dixie National Forest przy jedynej drodze prowadzącej do parku narodowego.

My niestety zrobiliśmy go “po łebkach” i trochę żałujemy. Nawet zdjęcia mam tylko z poprzedniego razu 🙁 Zawsze będzie okazja aby wrócić 🙂 Wrzucam na stronę bo nie najmłodszy już jestem i na pewno zapomnę.

Kapitalny reef

Kolejny park na naszej trasie leży przy niesamowicie pięknej trasie nr12 (jedna ze Scenic Drive w Utah). Droga ta wspina się na wysokość blisko 2800mnpm, a widoki jakie serwuje podróżnym powalają na kolana. No ale nie o tym miało być, a o parku. Kolejny na naszej drodze, który traktowany jest trochę po macoszemu przez turystów (co oczywiście ma swoje plusy).

Dzięki temu, że zainteresowanie nim jest niewielkie to i bliskość przyrody zdecydowanie większa niż w poprzednich miejscach. Na ten przykład przy miejscach “piknikowych” spokojnie pasą się sarny (nazwa robocza bo nie mam pojęcia co to za zwierz), nic sobie nie robiąc z obecności ludzi. Na szczęście Marta zaraz je pogoniła w diabły więc nie przeszkadzały nam w biesiadowaniu. 😀

Turystyka kfalifikowana

Punkt dla Zdechłej Kobyły

Jest sobie taki stanowy park gdzie ponoć znaleziono kiedyś jakiegoś konia, aby to uczcić zrobiono taki właśnie przybytek gdzie wstęp kosztuje 10 dolków. Niejako przy okazji okazało się, że kawałeczek za miejscem gdzie zwierz ten dokonał swego żywota roztacza się niezgorszy widoczek, który trochę zasłaniają jakieś kaniony i rzeka, której zakola nie ustępują tym na moim czole.

Wielki Kanion – w pigułce

Jak już się tak nacieszyliśmy towarzystwem obywateli z poprzedniego wpisu to udaliśmy się do mniej uczęszczanego parku w okolicy Moab. Wybór padł na Canyonlands. Do miejsca tego  prowadzi fantastyczna trasa wśród przeróżnych formacji skalnych. Część z nas nieustanie próbowała oszacować prawdopodobieństwo zerwania się tych kamyczków i przysypania drogi. Nawigator “chlapał” w swojej krowie nic sobie nie robiąc z ewentualnych kataklizmów jakie mogły nas dotknąć na skutek wyników skomplikowanych obliczeń statystycznych.
Po dotarciu na miejsce upewniłem się, że kupiony w Arches “annual pass” rzeczywiście działa i że nie trzeba nic dopłacać 😀
Park rzeczywiście praktycznie pusty, a widoki jakie otaczają człowieka robią piorunujące wrażenie, tym bardziej, że turystów praktycznie nie ma, więc można sobie po-obcować z kamiorami w ciszy i spokoju.
Nawet przez chwilę mi brakowało tabunu japończyków, ale może to i dobrze bo pewnie zaraz by któryś spadł w niczym nie zabezpieczoną przepaść i byłaby afera międzynarodowa.

Uki

Jak sama nazwa wskazuje w parku tym pełno jest uków i innych cudów natury, które kiedyś komuś uk przypominały.

A że naszą bazą było Moab (swoją drogą świetne miejsce wypadowe dla miłośników zdecydowanie bardziej ekstremalnych sportów niż nasze spacerki – przy okazji rośnie nam lista miejsc do odwiedzenia po raz kolejny ale w większej grupie wyposażonej w opiekunki do dzieci 😀 – bądź wysłanie dzieci na Mazury :D) to i owe kamienie w wyżej wspomnianym kształcie odwiedziliśmy.
Przy okazji nasza kolekcja zdjęć jakie będziemy sobie wklejać na NK albo innego FejsZbóka powiększyła się o kilkaset pozycji 🙂

Nareszcie :)

po kilku dniach spędzonych w aucie, bez zbyt wielu wyszukanych rozrywek 🙂 I konieczności wydania paru dolców w Best Buy na samochodowy odtwarzacz DVD oraz zestaw bajek na dłuuuugą drogę (Papaj rządzi), morale załogi spada. Zaczyna się dociekanie czy to cały czas tak będzie? Bo przecież tutaj nic nie ma!!! Sam już powoli zacząłem się zastanawiać czy to co widziałem tutaj parę lat temu rzeczywiście było takie “och” i “ach” jak mam zakodowane w podświadomości.

Dodatkowo zaczynaliśmy od Monument Valley, którego nigdy wcześniej nie widziałem więc nie byłem do końca pewien czy będzie wystarczająco wystarczające na to by reszta powiedziała – Warto było! Przewodniki krzyczą – “świetne”, “jedyne” ale my już znamy takie miejsca 🙁 Np. LA, które miało być takie odjazdowe a jest atrakcją na poziomie Koluszek (i chyba Koluszki mają więcej do zaoferowania).

Drugie pytanie co z Martą? Uwielbia wodę, fontanny, baseny – a tego się tutaj nie uświadczy, tylko piach, skały, skały, skały, piach, skały, skały, skały……

Nawet się rano wybrałem zobaczyć czy Monument jeszcze stoi czy go rozebrali i przenieśli w inne miejsce 🙂
Pomijając widoki to to co najbardziej zaskakuje to amplituda temperatur, w nocy temperatura spada do 10 stopni po to by o 14 była już w okolicy 35 kreski.

Droga

cieszyłem się na myśl o tym, że będzie można pojeździć sobie po bezkresnych terenach środkowych stanów, cieszyłem się też przez pierwsze dwa dni takiej jazdy, jednak trzeciego dnia na myśl o jeździe nie mieliśmy już uśmiechu na twarzy… blisko 3000km w trzy dni to naprawdę sporo godzin spędzonych za kierownicą.
Całe szczęście jazda trzeciego dnia częściowo odbywała się poza hajłejami, co było o tyle fajne, że i widoki fajniejsze a i kierowcy jacyś tacy inni – tzn. jadą jednostajnie 70 mil na godzine – tyle tylko, że jadą tak bez względu na ograniczenia (z reguły 55mph lub 65 mph).
Na autostradach “speed limit”  zależy od stanu i np. na wschodzie z reguły było to 70mph, a już w Nowym Meksyku i Utah 75mph. Czym się kończy przekroczenie na autobanie o 3mile już wiemy, wiemy również, że jadący z przeciwka radiowóz bez problemu jest w stanie przejechać przez rów oddzielający dwa pasy ruchu 😀 Dlatego miłą odmianą była jazda po lokalnych drogach, policji praktycznie nie było, a i świadomość, że łamiemy przepisy jakoś tak poprawia humor (po tym “Warning’u” za 3mph) 🙂
Pilot wyjątkowo zajmował fotel z tyłu – ale nawigacja szła mu całkiem nieźle: