Meksyk

Nie było naszym celem pisanie przewodnika dla innych i spisywanie każdej wydanej złotówki razem z namiarami geograficznymi miejsca gdzie to nastąpiło, raczej chcieliśmy mieć takie swoje miejsce w sieci gdzie będzie można dać znać znajomym i rodzinie, że wszystko w porządku i jesteśmy cali i zdrowi, ewentualnie żeby zasilili nasze konto :D. Wydaje się nam jednak, ze względu na pewnego rodzaju „unikalność” naszego przedsięwzięcia warto napisać kilka słów podsumowania, które rzucą światło na spotkane po drodze realia 🙂 Być może komuś kto wybiera się tutaj z dzieckiem pomoże to w zaplanowaniu swojego pobytu.

No więc po kolei:

Żeby sobie uzmysłowić jakiego rodzaju „podróżnikami” jesteśmy:

absolutnie nie jesteśmy krezusami mogącymi sobie pozwolić na najdroższe hotele, restauracje i przeloty samolotem na odległość 100km, z drugiej strony nie jesteśmy też typem turysty „g….zjada” chwalącego się na forach internetowych, że przeżył w Meksyku za 15 dolarów dziennie i próbującym udowodnić innym, że taki właśnie sposób na zwiedzanie świata jest najlepszy. No i nie jesteśmy all inclusive traveler – ale to chyba już wynika z tego bloga 😀

No i nie jesteśmy też “backpakersami” bo musieliśmy się spakować do walizki :D.

Jeśli mamy coś okazję zobaczyć i warunki* na to pozwalaj to to robimy (pomijam oczywiście kwestie bardzo drogich przedsięwzięć – które odpadają z założenia).

Pewne warunki brzegowe zarówno podczas podróżowania i wyboru lokalizacji muszą być dla nas spełnione.

  • Przejazdy – transport publiczny jest rozwiązany rewelacyjnie, ogromne ilości połączeń autobusowych z każdego miejsca w każde inne  – wszystko oczywiście w przeróżnych standardach dostosowanych do kieszeni podróżnych. Generalnie destynacje na północ od DF (stolica) są tańsze z kilometra niż te na południe, a i standard jest wyższy – tutaj celuje Primera Plus. Miejsca w autobusach klasy pierwszej i deluxe jest tyle, że człowiek dość znormalizowanych rozmiarów (sorry chłopaki poniżej 180cm) ma wystarczającą ilość miejsca na nogi -nawet w sytuacji gdy siedzący przed nim rozłoży fotel maksymalnie. Mimo to podróże całonocne bez osobnego miejsca dla dziecka są wybitnie męczące i odradzamy – raz to przerobiliśmy i żałowaliśmy dwa dni (do czasu aż odespaliśmy).  Z kolei wszystkie przejazdy „lokalne” są śmiesznie tanie ale też wolne i ciasne (z wyjątkiem metra w DF – które jest ciasne i szybkie). Przy przejazdach Jukatan – DF (jakieś 14-18h jazdy) zdecydowanie lepiej skusić się na lot lokalnymi liniami – cena może 15% wyższa – ale przynajmniej jest się 12h do przodu.
  • Noclegi – my osobiście szukaliśmy hosteli – głównie ze względu na możliwość upichcenia sobie czegoś. Naszym celem było również posiadanie pokoju na własność – najlepiej z łazienką. Z pkt. pierwszymi i trzecim bywało różnie za to drugi zawsze dało się spełnić. Większość hosteli z LP jest OK – choć trafiły się rodzynki, które polecamy omijać szerokim łukiem, bo jeśli ktoś robi „łachę” udostępniając kuchnie (mimo zapewnień, że jest ona do dyspozycji) i krzywo patrzy na nas bo jesteśmy z dzieckiem i mamy odmienny rytm dnia od przyjętego przez nich to trudno być zadowolonym – nie pozdrawiamy zatem nadętej pani z Le Gite del Sol w San Cristobal de Las Casas i jej niewiele lepszego małżonka.
  • Timing – generalnie pobyt jedno lub dwudniowy w jednym miejscu to z dwulatkiem pomyłka i mocno męcząca impreza. Oczywiście dziecko może być typem „ślimaka”, któremu wszystko jedno gdzie jest i co mu każą robić – niestety/stety nasz DT do takowych nie należy więc taki błąd popełnić mieliśmy tylko raz i w porę zmieniliśmy decyzję zostając parę dni dłużej. Z naszych obserwacji wynika, że trzy dni to absolutne minimum niezbędne do tego aby wszytko zagrało.
  • Szmery bajery i inne gadżety. Na Jukatanie – moskitiera – TAK,
    śpiworki jedwabne – już miały zostać odesłane do domu – ale są rewelacyjne na plaży – zwłaszcza jeśli piasek jest miałki i wszędziewłażący – nic się do nich nie klei a leży się całkiem przyjemnie- tak więc TAK.
    Lampka czołówka – brana z zupełnie inną myślą – jest kapitalną lampką nocną w pokojach gdzie źródłem światła jest NiechJąŚzlag – jarzeniówka  – czyli TAK.
    Laptop – zaryzykuje stwierdzenie, że to jeden z najlepszych elementów wyposażenia – Krecik receptą na wszystkie nieszczęścia tego świata 😀
    Plecaki z mega wyczesanymi systemami nośnymi – pomyłka – lecą do Polski najbliższym samolotem – a my kontynuujemy podróż z walizką na kółkach. Szukanie czegoś na dole plecaka w nagłej potrzebie skutkuje wyjmowaniem wszystkiego i ponownym układaniem – niestety podróż z dzieckiem obfituje w takie sytuacje. W tym wariancie można dziecko wziąć na ręce i spokojnie ciągnąć za sobą dobytek.
    Nosidełko Deuter Kid Comfort III  – rewelacja – dziecko w nim śpi, ogląda świat ewentualnie głaska tatę po głowie i bawi się maskotką 🙂 Można też po prze-regulowaniu systemu nośnego jechać z dzieckiem na rowerze 🙂  W bezpieczny i stabilny sposób można chodzić po bardzo trudnym terenie bez obaw o małego człowieka. Specjalnie podaje dokładny typ i model ponieważ nie mam doświadczenia z jakimkolwiek innym więc nie chcę wprowadzić w błąd – nasze jest świetne. Ponadto taki fotelik wzbudza sensację pośród okolicznej ludności – do tego stopnia, że robili sobie zdjęcia telefonem 😀
    Nosidełko posłużyło pewnemu osobnikowi jako pierwowzór fotelika rowerowego dla dziecka – nie chcielibyście widzieć tego wynalazku – a już na pewno nie posadzilibyście tam latorośli. Wynalazca był dumny i obiecał, że jak się dzieciakowi będzie podobała jazda to może mu nawet dorobi pasy bezpieczeństwa… (szczęśliwy syn miał skończone 8 miesięcy).
  • Inne rzeczy typu: mleko w proszku (dostępne wszędzie – głównie NAN); pieluchy (wszędzie); owoce w słoiczkach (wszędzie), zupki (trzy na krzyż – a i to ciężko dostępne).
  • Opieka medyczna – mieliśmy to wątpliwe szczęście sprawdzać jej działanie – wątpliwe bo Marta miała infekcję żołądkową, pozytywnie bo szybko sprawnie i prawie za darmo czyli 105 pesos za wizytę lekarską i niezbędne lekarstwa (antybiotyk i przeciwgorączkowy) – czyli jakieś 9 dolarów. To co warte odnotowania to fakt, że punkty medyczne są przy wielu aptekach. Tak więc może się zdarzyć, że lekarza znajdzie się bardzo blisko, bo apteka jest na każdym rogu. Gdyby ktoś potrzebował to dentystów również jest masa i pewnie ceny zbliżone do polskich (domniemanie  :D)
  • No i najważniejsza sprawa – Meksyk to kraj DOBRYCH LUDZI, w większości przypadków można było liczyć na pomoc i uprzejmość z ich strony. Pewnie sensacje wzbudzała sama Marta, która kolorystycznie odbiegała od reszty społeczeństwa. Ponadto super jest znać choć parę słów po hiszpańsku. Nawet jeśli się nie zna to tuż po weryfikacji, że my nie „Gringo” a „Polonia” zaczyna się zupełnie inna rozmowa (z reguły na migi ale z uśmiechem na twarzy). Angielski występuje w przyrodzie, choć rzadko i w przeróżnych wariantach. Generalnie można się dogadać jeśli tylko się chce czasami tylko ręce bardziej bolą.
  • Targować się można na targowiskach – obniżki bywają prawie „arabskie” np. 30% ceny wyjściowej – choć i tak pewnie przepłaciliśmy 🙂
  • Co do bezpieczeństwa to nie udało się dostrzec szwadronów bandytów wynajętych przez bossów karteli narkotykowych, złodziei wyrywających torebki czy aparaty na ulicy turystom. Za to raz lokales powiedział nam, żeby trzymać dziecko przy sobie bo zdarzają się porwania.
  • Najfajniejsze w Meksyku jest zwiedzanie bez mapek, przewodników i innych wskazówek. Trzeba tak po prostu wyjść z hostelu i pójść przed siebie. Wtedy można zobaczyć prawdziwy świat, zdecydowanie ciekawszy niż to co proponuje LP – choć oczywiście są żelazne punkty programu, których nie warto omijać ale też nie ma co za wielu ich ładować do programu wyjazdu.

*warunki – czyli dziecko i cała infrastruktura z nim związana.










Tak więc w Meksyku bardzo nam się podobało i na pewno chcielibyśmy tutaj wrócić. Tyle, że np na Jukatan naszą europejską zimą – a nie w maju tak jak to zrobiliśmy (ilość komarów i wilgotność masakrują).

Aha to, że niektóre zdjęcia przedstawiają coś w większym lub mniejszym stopniu rozkładu wcale nie oznacza, że takie jest wszystko 😀

Co więcej podczas naszego wyjazdu poznaliśmy przesympatyczną rodzinę z rumuńskiego Rasnova, ojciec i córka (lat 15.) której marzeniem jest zdobycie korony świata, oraz korony 7 najwyższych wulkanów świata (z tych został im tylko jeden – bo poznaliśmy ich parę dni po zdobyciu Pico de Orizaba w Meksyku). Co więcej kilka z tej magicznej siódemki już mają za sobą a teraz pewnie przygotowują się do zaatakowania Mt McKinley na Alasce. To się nazywa mieć marzenie – a nie jechać po świecie z walizką na kółkach jak my :D.

Trzymamy kciuki mocno!!!

4 Responses to Meksyk

  1. Hubert says:

    Coraz więcej tekstu. Dla mnie bomba. Gratuluję zdobycia Meksyku i witam w Juesendej.

    Tym postem odpowiedzieliście na wiele nurtujących mnie pytań m. in. jak wygląda codzienność i jak warunki* w tej całej układance się sprawdzają. Cieszę się, że Wam się podobało i czekam na więcej.

    Do zobaczenia wkrótce.

  2. Anna z domu Tarasiewicz says:

    NIE MAM MOCY NAPISAŁAM STRASZNIE DUŻO PIĘKNYCH RZECZY DO WAS I WSZYSTKO SKASOWAŁAM NIE WIEM JAK!!! TO PRZEZ TO WINO KTÓRE NA RELAX SOBIE ZAPODAŁAM OGLĄDAJĄC I CZYTAJĄC WASZE ZAPISKI!! znowu poczekam sobie na wenę….i nawet nie wiem ile tego czekania mam przed sobą!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  3. Mariusz says:

    Anno z domu Tarasiewicz – ze względu na ilość spożytych trunków nawet nie będę się silił na próbę odpisania w ładny sposób 🙂 cóż taki urok US że tu ludzie gościnni jak na Kresach Wschodnich 😀 to i za kołnierz nie wylewają.
    Tak czy inaczej witamy wśród komentatorów 🙂 i prosimy o doping 😀

  4. Tomek says:

    No to chrzest bojowy już za wami, teraz już z górki 🙂

    Byłem ostatnio u was w mieszkaniu, pocztę odebrałem, wody z karnu się napiłem i tak smutno mi się zrobiło :).

    Ja w swój trip startuje za tydzien, może uda mi się was jakoś dorwać. Ale narazie nie znam dnia ani godziny 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *