Monthly Archives: July 2010

SF

Hajłej numer jeden

Są ponoć takie “must see”, że bez ich zaliczenia wyjazd w dane miejsce jest “nie ważny”. Dla zachodniego wybrzeża Stanów jest to Big Sur i Hajłej 1 poprowadzony tuż nad Pacyfikiem. Droga ta ma jednak kilka drobnych wad 🙂

Po pierwsze, jako typowe “must see” jest oglądane przez wszystkich turystów jacy zjawiają się w okolicy.

Po drugie, jeśli jest się samochodziarzem, dla którego taka podróż nierozerwalnie wiąże się z autem w jakim się ją odbywa, wypadałoby przejechać ją Fordem Mustangiem – najlepiej rocznik 67, ale ponieważ nie jest to prosta sprawa takowego posiąść to przynajmniej w tym nowym – ładnie zresztą nawiązującym do swoich korzeni. Tutaj akurat wypożyczalnie wychodzą na przeciw potrzebom i nowych Mustangów jest na kopy. Stąd też wynika fakt, że na drodze wygląda to tak: Impala, Mustang cabrio, Mustang cabrio, Malibu, dwa Focusy, Harley, Mustang coupe, F150, Fusion (to my :D), Mustang cabrio, dwa Harley’e, Mercury Grand Marquis, Mustang, Mustang, F150, mgła…  Na dodatek podróżują nimi zwykle niemieccy nowożeńcy, ewentualnie dość otyłe pary amerykańskie (zdecydowanie nie NOWOżeńcy, a i nasi rodowici “narodowościowcy” by ich nie polubili). Tak więc po przejechaniu tych stu paru mil nasze marzenie pryska jak bańka mydlana i wolimy tą trasę przejechać choćby Trabantem – ale to chyba jeszcze trudniejsze niż wspomniany ’67 (zdziwić się można – ale poczciwego Trampka widzieliśmy w Bryce!!!!).

Po trzecie z kolei droga jest w bardzo kiepskiej kondycji, w wielu miejscach ziemia osunęła się tak bardzo że zabrała część jezdni. Oczywiście wszystko jest odpowiednio zabezpieczone i roboty trwają – ale skutkuje to sporymi korkami (ruch wahadłowy) oraz brakiem miejsc do zatrzymania się i zrobienia sobie zdjęcia (wiadomo – na fejsbuku dawno się nic nie wklejało).

Po czwarte  (primo zresztą) droga ta jak powszechnie wiadomo ma to do siebie (wykorzystam tutaj retorykę pewnej partii  – od paru dni jeszcze bardziej opozycyjnej), że nie jest łatwo zobaczyć ją w całości w pięknym słońcu – z reguły na części jest zamglona, a pogoda zmienia się bardzo szybko. Tym razem udało się nam zobaczyć spory kawałek – co razem z tym co widziałem parę lat temu daje mi całość 😀

Po piąte jeśli ma się jakieś aspiracje fotograficzne to można zapomnieć, najlepsze zdjęcia już i tak są w internecie i to od dawna…

California dreamin’

Jedziemy, jedziemy, jedziemy, aż z tej drogowej monotonii wyrywa nas uśmiechnięty strażnik w budce (myśleliśmy, że to wjazd na jakąś płatną autostradę), wypytujący nas o owoce jakie wieziemy w aucie… Tuż po tym cena paliwa na stacji uświadamia nam, że już jesteśmy w stanie “bogatych” ludzi. Jak się okazało chwilę później “bogatych” nie tylko materialnie ale i duchowo, tudzież w ilość tatuaży na ich ciele ewentualnie we wszelkie inne doświadczenia życiowe 😀

Zobaczyć Las Vegas i umrzeć

był kiedyś taki “film” – i choć traktował o trochę odmiennej problematyce – to jego tytuł jest jak najbardziej aktualny.
Zobaczyć można – tylko istnieje ryzyko zejścia z przyczyn czysto estetycznych. Więcej tam plastiku niż w fabryce jednorazowych sztućców, trawa piękna nie wymagająca strzyżenia, deski w płotach z wytłoczonym na dole “Made in China” i pseudo bale udające np. falochron wykonane z materiału w którym zrobienie dziury możliwe jest tylko za pomocą wiertarki udarowej. Muszę potwierdzić, że Elvis żyje (ale sporo schudł) i jest na etacie księdza w hotelowej kaplicy. Na ulicach setki obywateli/ek z podkręconymi licznikami, a to by móc zakupić alkohol w sklepie tudzież wejść do klubu, ewentualnie by zrobić wrażenie na obywatelach z tej pierwszej grupy mimo, iż jest się już w wieku poprodukcyjnym. W sumie cel obie strony mają konkretny tylko kręcenie było w różne strony.

Cedar Breaks

Pranie w Laundromatach ma tą zaletę, że można ze współtowarzyszami wymienić doświadczenia turystyczne i dowiedzieć się o ciekawych miejscach jakie nie są zbyt dokładnie opisywane w przewodnikach. Tak więc gdy część z nas oddawała się swojej pasji, mogłem zasięgnąć języka i zmodyfikować trasę przejazdu do następnego miejsca.

Już sama droga (którą można się poruszać tylko przy świetle dziennym!!!) dostarcza niezłych wrażeń, na dodatek droga pnie się na wysokość blisko 3200, nie dziwią więc spore ilości śniegu leżące między drzewami.

Oczywiście nie są to jakieś zabójcze wysokości dla osób, które podróżują po Boliwii czy Nepalu – ale przy naszych dotychczasowych doświadczeniach gdzie Bryce był najwyżej  (2700 m npm) stanowiło to pewną odmianę po dwóch miesiącach letnich temperatur.

Panguitch

Podróżowanie bez biura podróży ma tą zaletę, że można się zatrzymać w każdym dowolnie wybranym miejscu, pominąć jakiś wcześniej planowany punkt programu na korzyść innego. Nikt nam nie mówi, że na kanapkę  mamy maks 20 minut bo zaraz nasz bus odjeżdża, albo że to czy tamto musimy koniecznie zobaczyć bo taki jest program i wszyscy tego oczekują.A już najgorsze jest to, że nie można sobie jak na typowej polskiej wycieczce “zrobić browara” w busie bo jakby szeryf namierzył to cały skład buli po stówie na twarz i nie ma dyskusji. Co gorsza są stany gdzie nawet nie można wieźć zamkniętej butelczyny ultramocnego amerykańskiego browara (3,5%) w kabinie – a tylko w bagażniku, czyli całą przyjemność bycia wiezionym trafia szlag 😀
Można też się wyspać – niemożliwe podczas wyjazdów zorganizowanych do US –  co akurat nie koniecznie jest zaletą (patrz poniżej) 🙂
W Panguitch wylądowaliśmy jako w miejscu, z którego było blisko zarówno do Bryce, Zion jak i do North Rim.

Wielka dziura w Ziemi

Miało być o tym jakimi to offowcami jesteśmy (tja zwiedzając jues end ej) zaglądając w miejsca odwiedzane przez mniej turystów :). Dlatego wybraliśmy Północną Krawędź WIelkiej Dziury znaczy się Kanionu, do której to ponoć dociera zaledwie 10% wszystkich turystów przybywających do GC. Niestety godzinny posuw do przodu na odległości 5 mil trochę zburzył te nasze wyobrażenia. Dziesięć tysięcy Harleyów i dwa razy tyle wypożyczonych Szewroletów czekały w spokoju na swoją kolej, czekaliśmy więc i my 🙁 Jeśli to było te 10% to chyba sprzedam im patent listy kolejkowej na krawędzi południowej – tudzież zatrudni się kilku stójkowych trzymających miejsca dla gawiedzi chętnej zobaczyć kanion.
Na szczęście drugie wrażenie było już zgoła odmienne i choć według geografów nie jest to największa tego rodzaju okoliczność przyrody to wrażenie robi niesamowite.

Majkele w Zion

Zion to taki park do góry nogami – to po czym się chodzi jest zimne jak górski strumyk, zadziera się głowę do góry a nie na dół żeby coś zobaczyć no i nie można robić zdjęć z własnego samochodu – czyli lipa 😀 Na dodatek pogoda się popsuła i było mocno ponad 30 stopni – wcześniejsze miejsca trochę nas rozpieszczały – temperaturami polskiego lata w górach. Na szczęście organizm działał jak pompa ciepła – pompując zimną krew z nóg do góry i dało się przetrwać.