Monthly Archives: August 2010

dyskusje

Banff, godzina 23.30. ciemno w pokoju – od jakichś 10 minut wydaje się że wszyscy śpią,

nagle cichy głosik:

Mamusiu, Mamusiu….

– tak?

co robisz?

– śpię….

krótka przerwa

Mamusiu, Mamusiu….

– hmmm?

a ja?

.

Dakota

Po kapitalnej trasie przez Montanę przyszedł czas na Południową Dakotę. Jako, że tym razem podróżowaliśmy autostradą to i widoki mało ciekawe (ładnych parę mil strasznej nudy), na szczęście rozbawił nas typowo amerykański pomysł na robienie biznesu – tzn setki tablic reklamowych obwieszczających wszem i wobec, że za mil iXs  mamy szansę na darmową wodę z lodem, ewentualnie (już nie darmowe) inne ajs krimy. Pomysł ten jak się mogliśmy przekonać okazał się bardzo skuteczny bo właściciel ma teraz centrum handlowe zajmujące połowę „downtown” i pełny parking samochodów ludzi, którzy przyjechali na „wodę z lodem”.

Kolejny do tablicy – Szymon

Tym razem autor jednego z moich ulubionych blogów Szymon

1. Trzy kraje bez których nie wyobrażasz sobie podróżowania?

Polska, bo od tego się zaczęło. A szczególnie polskie góry. Beskidy, Bieszczady, Karkonosze. Przemierzone od schroniska do schroniska, z plecakiem na plecach i ze Stachurą i SDMem na uszach. Manowce, wrzosowiska, lasy. Piwko na szczycie, nieziemskie widoki na świat i zaduma.

Iran, za to niesamowite uczucie, gdy w 2005 roku przekroczyłem sam granicę z Turcją i… musiałem sobie poradzić. Za niespotykaną nigdzie indziej życzliwość ludzi, którzy zapraszają cię na obiad, herbatę, wożą samochodami, płacą za bilety. Za fajkę wodną na dachu w ciepłą noc pod rozgwieżdżonym niebem. Za spanie na dziedzińcu meczetu i uspakajający gest strażnika “tak możesz tu być, nic ci tu nie grozi”, gdy jego obecność wyrwała mnie ze snu.

wakacje – czyli wszystko przez nich

Nie trudno zauważyć, że zaniedbaliśmy się nieco z blogiem 🙂 Jutro wylatujemy do Rio, tymczasem odpoczywamy od podstępnego słońca na Florydzie (od dzisiaj możecie mnie zwać red-neck).

Na nasze usprawiedliwienie możemy napisać, że to nie nasza wina 🙂 Wszystko przez “cholerną” polską gościnność od Illinois po Południową Karolinę. To dzięki Wam wszystkim mogliśmy złapać oddech, podleczyć odsiedziny na zadkach od jeżdżenia po Stanach i podkarmić tasiemca prawdziwym polskim jedzeniem (oj brakuje tego) i co najważniejsze nacieszyć się doborowym towarzystwem!!

Ynterwju czyli Wywiad w Drodze

Kilku naszych wirtualnych mentorów – których to blogi ostro wertowaliśmy jeszcze przed wyjazdem z Polski wpadło na pomysł przeprowadzenia serii wywiadów z ludźmi, których “nosi”.Pytań jest dwanaście i każdy odpowiada na nie sam 🙂 Nie wolno ściągać 😀 Kierownikiem całego zamieszania zwanego “wywiad w drodze” jest Filip.

Jako, że i my raczej mało stacjonarni i podróż przedkładamy nad resztę aspektów życia codziennego to postanowiliśmy się do tej zabawy przyłączyć. Czytającym pozwoli to zapoznać się też z mniej ekstremalną formą podróżowania po świecie 😀 Nasza/nasze odpowiedzi zapewne już z Buenos Aires czyli za jakieś trzy tygodnie (może więcej).

Montana

tak po prostu…

Jeden z miliona

takim właśnie ułamkiem wszystkich odwiedzających Yellowstone była nasza wesoła kompania. Nie wróżyło to dobrze dla naszej wycieczki po doświadczeniach z Glacier…

Nie mogło nas jednak zabraknąć w najstarszym parku narodowym Stanów, na dodatek uwiecznionego w „2012” jako miejsce gdzie się zaczyna duże „coś”. Podekscytowani dojechaliśmy do wjazdu i trochę obraz całoci zburzyła odpowiedź rangera na bramce pytanego czy jest dzisiaj w parku Miś Yogi, że on nie wie kto to i żeby może zapytać przy Old Faithful 😀

Na pewno nie można powiedzieć, że pachnie tu jak w Kanadzie 🙂 Zapach siarki i innych bulgoczących substancji roznosi się po okolicy. Za to księżycowe widoki temu towarzyszące warte są każdej ceny 🙂

FWP Biała Ryba

Radość ogromna jakiej dostąpiliśmy po przekroczeniu granicy kanadyjsko-amerykańskiej (zapomnieliśmy o czymś przy wyjeździe – taka mała biała karteczka, stemplowana przez immigration officera przy wjeździe – ponoć jak się jej nie odda przekraczając granicę to już nie wpuszczą) ustąpiła niestety sporemu zdziwieniu gdy rozpoczęliśmy poszukiwania noclegu w jednej z miejscowości (wydawać się może) położonej w rozsądnej odległości od bram parku (na tyle rozsądnej żeby zostało w kieszeni na obiad 🙂 )

Dostępność miejsc była znikoma, a ceny okazywały się na tyle zaporowe, że zaczęliśmy szukać w coraz bardziej podejrzanych miejscach. Jednym z nich okazał się wręcz niesamowity pod względem klimatu obiekt wypoczynkowy. Już oglądając go z zewnątrz nasze skojarzenia powędrowały w lata 80te, kiedy to dzięki obywatelskiej postawie rodziców w służbie budowy Państwa Socjalistycznego mieliśmy szansę bywać nad naszym pięknym Bałtykiem. Były to czasy gdy na wybrzeżu królowały kwatery prywatne, pola namiotowe oraz sieć ekskluzywnych ośrodków Funduszu Wczasów Pracowniczych ponadto lato było latem – ale tego nie będziemy pisać aby nie drażnić rodaków. W czasach tych zamierzchłych pomieszkiwało się na terenie ośrodka w tak zwanych domkach kempingowych – obecnie należałoby użyć określenia „bungalow” (sama nazwa powoduje wzrost ceny o 20%). Tak więc szczęśliwi z posiadania miejscówki w domku kempingowym jak żywo przypominającym te z Rewala wkroczyliśmy na salony…

Prawie Wild West

Jadąc na spotkanie przedstawiciela imperialistycznego mocarstwa (czyt. amerykańskiego pogranicznika) mijaliśmy po drodze całkiem spore młyńskie koło, które już dawno zmieniło przeznaczenie będąc teraz magnesem. No a magnes jak to magnes od razu przyciągnął osobnika wyczulonego na takie atrakcje – czyli DT.
Po zajechaniu na miejsce okazało się, że mamy do czynienia z czymś na kształt skansenu demonstrującego wygląd pionierskiego miasteczka.
Jeszcze w Polsce nie przepadałem za atrakcjami tego typu, jakoś nigdy klimaty starych łowickich czy góralskich chałup mnie nie interesowały, tutaj jednak było inaczej. Pewnie wynika to z młodzieńczego zamiłowania do prozy Karola Maya czy filmów typu „3.10 do Jumy”. Tak czy inaczej niesamowite jest znaleźć się w takim miejscu gdzie wszystko jest odtworzone z ogromną pieczołowitością, co więcej część ekspozycji była żywa – np. warsztaty kowala i hydraulików, szkoła, piekarnia itd. Cóż, miała być atrakcja dla Marty a okazało się, że to atrakcja dla mnie – choć wszyscy się dobrze bawiliśmy wałęsając się po miasteczku pionierów.
Zabrakło mi w tym miejscu dwóch przybytków: prawdziwego biura szeryfa z kilkoma celami (co prawda była tego namiastka w Goverment Office) oraz klimatycznego saloonu z „pięterkiem”. Cóż pewnie takie rzeczy to tylko w filmach….

Brat biźniak

Posiadanie bliźniaka na pewno niesie za sobą wiele korzyści (można na ten przykład zagarać wspólnie w „O dwóch takich co ukradli księżyc” albo być innym bratem Mroczkem czy jak mu tam). Szczęście jego posiadania nie ominęło także parku narodowego Jasper, od południa bowiem graniczy on z p.n.Banff.

Podział pewnie bardziej historyczny (Banff jest bodajże najstarszym kanadyjskim przybytkiem tego typu) niż geograficzny bo oba oferują bardzo podobne krajobrazy i przyrodę. Na dodatek łączy je Icefileds Parkway „najbardziej widokowa trasa na świecie” jak określają ją w przewodniku. Przyznać musimy, że tych „najbardziej na świecie” to już przejechaliśmy kilka i nam mocno spowszedniały. Cała trasa to ponad dwieście kilometrów – co niewątpliwie powoduje, iż jest ona jedną z nadłuższych tego typu atrakcji. Podróż normalnym tempem i zatrzymywanie się w co ciekawszych miejscach zajmuje około 6-8 godzin. My zmieściliśmy się w tym krótszym czasie ale tylko dlatego, że się „trochę” zepsuła pogoda.

Jest ponoć takie porzekadło (dotyczące obu parków): „Jeśli nie podoba Ci się pogoda jaką zastałeś poczekaj kwadrans”. Tak więc burza jak gwałtownie przyszła tak gwałtownie się skończyła, przy okazji zostawiając po sobie basen w miejscu parkingu w naszym hotelu:)

Oczywiście sama trasa to tylko jedna z atrakcji parku, pewnie dla części najważniejszym miejscem jest hotel Banff Spring Hotel lub Chateau Lake Louise, ten drugi moloch stoi nad jeziorem o podobnej nazwie.. Ponieważ średnio nas interesowała „czysta” noc w tym hotelu i to w pokoju bez widoku – bo też w tym z view za przysłowiowy milion dolarów kosztowała „czysta” ale na twarz (oczywiście bez śniadania – bo im lepszy hotel tym mniejsza szansa na śniadanie po tej stronie oceanu).

Niesamowite wrażenie robi turkusowy kolor wody w rzekach i zbiornikach wodnych*
Nie udało się nam znaleźć w internecie czym oni ją farbują – ale jak tylko się to uda to wrzucę info 😀