Bjutiful BC

Przekraczając granicę kanadyjską zaroiło się od samochodów z rejestracjami z British Columbii, a na każdej jak byk:

Oczywiście od razu się odpowiednio nastawiliśmy do tych insynuacji 🙂 no bo co nam ktoś będzie mówił co jest ładne a co nie. Tym bardziej, że pierwsze kilometry od przejścia granicznego nie rozpieszczają widokowo.

Niestety po tym co zobaczyliśmy dalej zmuszeni byliśmy przyznać im rację. Oczywiście nie przyszło nam to łatwo – ale jak już wyrobiliśmy sobie opinię to zaczęliśmy się zastanawiać dlaczego wycofali model tablic rejestracyjnych jakie stosowali w czasie olimpiady:

Zarówno Vancouver (najlepsze miasto jakie do tej pory na naszej trasie się pojawiło) jak i jego okolice po prostu powalają z nóg. Do tego stopnia, że nie bardzo ma się ochotę robić zdjęcia i w jakikolwiek inny sposób przerywać „kompemplowanie” wszystkiego co nas otacza.

Jak inaczej określić miasto wokół którego w promieniu nie więcej niż 150 kilometrów można znaleźć niemal wszystko: plaże, stoki narciarskie, górskie jeziora, wyspy, lasy, malownicze szlaki i tym podobne gadżety. Dodając do tego jego kosmopolityczny charakter, klimatyczne zaułki i nowoczesne centrum możemy żałować dlaczego nie mieszkamy właśnie tutaj 🙂

Do tego wszystkie te atrakcje połączone są naprawdę niezłymi drogami (Sea to Sky i jej przedłużenie za Whistler jest kapitalne) z ogromną ilością nieżyciowych ograniczeń prędkości na nich – chyba jakiś nasz rodak z GDDKiA był się przeniósł za Wielką Wodę i tam wciela w życie polski model organizacji ruchu drogowego. Kolejny – tym razem Londyńczyk – nastawiał na każdym skrzyżowaniu znaną i nam z naszych ojczystych chajłeji puszkę z kukułką w środku – która to ptaszyna przesyła do domu śliczne widokówki z naszą facjatą na pierwszym planie. Niestety dziwnym trafem pocztówka ta jest kiepsko wykadrowana i mało jest na niej landszaftu 🙂 i jeszcze trzeba wykupić cały nakład… No cóż „nołbody ys perfekt”

Na koniec ostatnia rzecz – choć na pewno nie najmniej ważna – być może to właśnie pamiętać będziemy najbardziej – to zapach lasu. Ja tam nie wiem jakie fawkulce oni tam rozpylają ale mój nos do tej pory tęskni za tym zapachem. Trochę jak zapach gorących desek w saunie, trochę żywicy, jakieś olejki i inne siuwaksy, które są nie do podrobienia. Mimo upału i komarów żal było wracać do auta.

One Response to Bjutiful BC

  1. Hubert says:

    British Columbia is neither. Just the best place on Earth.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *