Monthly Archives: August 2010

Nasza Alaska

Pisaliśmy już w podsumowaniu Alaski, że mimo iż pięknym jest miejscem to nie do końca pokryła się z naszymi oczekiwaniami =>zbudowanymi na podstawie opinii ludzi, którzy tam byli.

Nie będziemy wnikać w to czy mieli oni więcej szczęścia od nas, czy też po prostu kupę kasy i czasu żeby zdążyć ją wydać w trakcie czekania na ładny widok 🙂 A że zaciągnęliśmy języka u miejscowych to jak nam ktoś powie, „Alaska zimą to jest to” to mu podamy adres najbliższego szpitala psychiatrycznego gdzie takie zmiany osobowości się leczy – co prawda nie jest to tanie ale ponoć spory procent pacjentów z tego wychodzi.

Wracając do sedna sprawy czyli do „naszej Alaski”, założenie było takie 3 miesiące na USA i spróbujemy „testowo” coś zobaczyć w Kanadzie – aby mieć wskazówkę na przyszłość czy warto czy też nie. Ttego „testowo” wyszło nam nieco ponad tydzień – co wystarczyło raptem na zobaczenie BC i paru miejsc w Albercie. Jednym z nich był park narodowy Jasper.

Co tu dużo pisać właśnie tak sobie wyobrażaliśmy lato na Alasce 😀 Ciepło – ale nie gorąco, krystalicznie czyste powietrze, masa lodowców, ogromna ilość zieleni i zwierząt wszelkiej maści – w tym Dziki Komar Kanadyjski, którego ukąszenia na szczęście swędziały tylko dwa dni 😀

Na początku wypatrywaliśmy zwierząt z boku drogi – złaknieni takich widoków – jednak po przejechaniu raptem paru kilometrów daliśmy sobie spokój bo trzeba było tak uważać, żeby przez przypadek żadnego z nich nie potrącić na szosie 🙂

Bjutiful BC

Przekraczając granicę kanadyjską zaroiło się od samochodów z rejestracjami z British Columbii, a na każdej jak byk:

bejbuś on board cz.2

Miejsce: auto gdzieś na autostradzie w Texasie (jedziemy przepisowo bo “Warning” w portfelu), co chwilę znaki o zakazie zatrzymywania się…

nagle z tyłu:

DT> AAAAA KUPKĘ…….. AAAALBOOOOO SIUSIIUUUUUU!!!!

T> dobrze Kochanie, wytrzymasz jeszcze chwilkę?  tutaj jest zakaz zatrzymywania się ale zaraz jest stacja więc staniemy

DT> tak

M> Ale na pewno wytrzymasz? jak już nie możesz to staniemy tutaj

DT> wytrzymam 😀

parę chwil później zatrzymujemy się na stacji

Miasto na V.

Wymyślają sobie ludzie przeróżne rankingi, konkursy z nagrodami i bez (właściwie operator koszący za SMSy zawsze wygrywa), np. cud świata XXI wieku, czy też najlepsze Place to Live. W takim właśnie rankingu, pierwsze miejsce zdobyło Vancouver, taka tam sobie mieścina gdzieś w zachodniej Kanadzie. Za namową pewnej zaprzyjaźnionej osoby postanowiliśmy odwiedzić to miasto i zweryfikować wartość przyznanego tytułu. Rzecz jasna parę dni w mieście nie daje nawet szans na poznanie czy nadaje się ono do życia czy też nie, ale co nam szkodzi powymądrzać się trochę.
No cóż miasto jak miasto, porozrzucane po wzgórzach, poprzecinane jakimiś zatokami nad którymi są mosty i mostki. Generalnie nic specjalnego, wszędzie zielono, pełno ścieżek rowerowych, jakaś komunikacja miejska (która na dodatek jeździ sprawnie i szybko – ponoć zostało to po olimpiadzie) ponoć nawet tramwaj jest wodny – ale tego już nie udało się sprawdzić. Ulice jakieś takie, takie europejskie bo i stoliki powystawiane na ulice – coby kawkę spożyć niespiesznie, a i zabudowa przypominająca tą na Starym Kontynencie. Przez chwilę to się, aż za bardzo swojsko poczuliśmy z tymi klimatami. Nie będę pisał, że kobiety atrakcyjne bo jeszcze żona przeczyta i będzie bura. Za to mogę z pełnym przekonaniem napisać, że na samochodach się znają – zagęszczenie wszelkiej maści pojazdów – nazwijmy je – nietuzinkowych – bardzo duże i dotąd nie spotykane na naszej trasie, no i chyba wydział komunikacji jakiś przychylny mają bo rejestruje im samochody z kierownicą po „japońskiej” stronie.
Tak czy inaczej widać poniżej, że lipa.

ciąg dalszy miasta na S.

Żeby nie być gołosłownym to krótka relacja z obserwacji jak dzieci się bawią w Children’s Museum – oczywiście należy zaznaczyć, iż moja obecność na niektórych zdjęciach jest uzasadniona – gdyż musiałem latorośli wyjaśnić – jak to “robi” 😀 Absolutnie nie czerpałem, żadnej przyjemności z puszczania piłeczek ping-pongowych w przezroczystych kanałach, nie interesowały mnie również ustrojstwa zbudowane z sieci rur z wodą i dziesiątkami przycisków do uruchamiania poszczególnych pomp. Samodzielne budowanie z rurek torów dla ww piłeczek również było do bani 🙂 I nie mam pojęcia co te dzieciaki w tym widzą 🙂 Jaką przyjemność mają np. z przebrania się w kompletny mini-strój strażaka, bycia kierowcą autobusu i samodzielnie go zatankować,  ewentualnie zwiedzania chińskiej dzielnicy, czy też np. sklepu z materiałami budowlanymi – gdzie nie ma rzeczy typu ” NIE DOTYKAJ, ILE RAZY MAM CIĘ PROSIĆ”. Były też inne sklepy, szlak górski z kamieniami pod którymi można było zobaczyć co czycha na nieboraka wtykającego nos w nie swoje sprawy, jakieś krzywe zwierciadła,  mnóstwo zajęć plastycznych dla dzieciaków, domki z postaciami z bajek itd itp. Tak jakby nie można sobie było najnormalniej w świecie powisieć na trzepaku, zapalić z kumplami papieroska w bramie czy pobawić się w doktora 🙂

Olimpic N.P.

Tym razem bez rozpisywania się – ot jednodniowa wycieczka trójki zaspanych podróżników – ciężko się było przestawić po alaskańskich białych nocach to i czasu było niewiele….

z plusów – zdążyliśmy przed ogromną chmurą jak nadleciała znad Pacyfiku i to na wysokości metra nad powierzchnią wody (swoją drogą niesamowity widok),

przetestowaliśmy nowy samochód – wygodniejszy od Forda, mniej pali od Dodga i ma centralny zamek na pilota :D- największa wada, że jest srebrny:)

Marta przegoniła tysiąc mew z plaży, a halibut w słodkim sosie – palce lizać 😀

z minusów nie wiedzieć czemu na plaży tyle drewna na opał, że się przejść nie da ….

miasto na S.


Gromadząc informacje na temat różnych miejsc w stanach często spotykaliśmy się z opinią, że Seattle “to jest to” – tudzież “tam ciągle leje”.