Welcome in South America


No i dojechali do stolicy tego pięknego kraju, gdzie woda w klozecie kręci się nie w tą mańkę co po “właściwej” stronie świata, w obcisłych gatkach na plaży facet nie jest uważany za zboka, a ludzie używają szeleszczącej mowy (dzięki temu, że jesteśmy Polakami znamy tak potrzebne słowa :)), no i taki już urok portugalskiego, że żadne z nas go nie rozumie – ni w ząb 🙂

Co zrobić znów ręce bolały od tłumaczenia – ale i tak udawało się załapać o co chodzi.

Generalnie już od początku szło nam “nie bardzo”, bo i pomyliłem datę rezerwacji hostelu i zdarł z nas taksówkarz w drodze z lotniska, a i generalnie ceny jak w Paryżu co nas bardzo niemiło zaskoczyło 🙁 Cóż, chcieliśmy Rio to teraz trzeba się z niego cieszyć i akceptować takie jakie jest.

Największym zaskoczeniem na plus była pogoda – koniec zimy w Brazylii to jest to co nam się bardzo podobało. Ciepło na tyle by było przyjemnie nie zaś tak żeby z przerażeniem w oczach szukać schronienia w klimatyzowanym lokalu. Po prostu takie przyjemne polskie lato (nie tegoroczne) 🙂

Jako że strasznymi snobami jesteśmy to nasza full wypas miejscówka była w samym centrum Copacabany (dobry adres to jest to) 😀 Zaraz udaliśmy się na plażę celem zaprezentowania swojej mega opalenizny z Miami Beach jednak trochę ciężko było o (jak myśleliśmy) spokojny spacer po plaży bo wyległo na nią tysiące morsów (no bo jak inaczej nazwać ludzi kąpiących się w morzu pod koniec zimy).

Trochę zaniepokoił nas pewien jegomość, który był do nas podszedł na plaży i łamaną angielszczyzną powiedział aby pod żadnym pozorem nie przychodzić na plażę po zmroku, trochę nas to zdziwiło bo godzina była raptem siedemnasta. Prawie wszystko wyjaśniło się już parę minut później gdy nastały tzw. egipskie ciemności , a ludzie zaczęli znikać jak kamfora – cóż taki urok zmiany półkuli i pory roku – na Alasce można było czytać gazetę o północy, tutaj zaś należało się ewakuować aby nie sprawdzać powodów dobrych rad przekazanych przez gościa z plaży.

Co więcej nasz przewodnik (to coś do czytania) okazał się mało wart w kwestii Brazylii więc dnia kolejnego musieliśmy się zdać na własnego nosa. Dlatego też udaliśmy się do centrum – bo jak enigmatycznie podał nasz “guide” tam jest największa koncentracja zabytków i ciekawostek. Pewnie i jest tyle, że sześć i pół miliona Brazylijczków akurat tego dnia postanowiło odwiedzić to miejsce. Tak więc przebicie się przez dziki tłum – w dosłownym tego słowa znaczeniu było nie lada wyzwaniem. Stan chodników trudny do zakwalifikowania nawet według naszych ojczystych standardów  – nie pozwalał na przemieszczanie się naszym bajeranckim wózkiem z WalMartu za parę dolków (tańszych nie było) bo wyrwy w nawierzchni spokojnie mieściły w sobie całe kółka. Na dodatek obywatele tego słonecznego kraju pędząc przed siebie nie zważają na żadne przeszkody co skutkuje tym że bardzo często wchodzą na tzw. tor kolizyjny z naszą grupką. Jako że nic nie wskazywało na to aby mieli zamiar w jakikolwiek sposób ustąpić pierwszeństwa Matce Polce to i nasze poruszanie się było bardzo frustrujące. Na dodatek juniorka zasnęła snem sprawiedliwego olewając tym samym nasze problemy.

Nim to jednak nastąpiło udało nam się odwiedzić (właściwie przypadkiem – to znaczy szukając ulic o mniejszym zagęszczeniu dusz per metr kwadratowy) bibliotekę publiczną. Ponoć założyli ją Portugalczycy, później zaś upchano tylko więcej książek na półkach, które tam stoją do dziś. Co nas najbardziej zadziwiło aby wejść wystarczyło się wpisać do ogromnej książki u portiera i już można było robić co się chce. Tak naprawdę wewnątrz nie było nikogo z obsługi, a wszystkie te opasłe tomiska (sporo ponad dwustuletnich) nie były niczym zabezpieczone i na wyciągnięcie ręki.  Przez tą Hamerykę odzwyczailiśmy się od tego luźnego podejścia do rzeczy zabytkowych.


Inna rzecz jaka zwróciła naszą uwagę to wszechobecne kraty, portierzy, drut kolczasty i inne wynalazki. Co prawda już w Meksyku były tysiące kłódek i ciężkie rolety w witrynach jednak tutaj wygląda to zdecydowanie bardziej “serio”. Praktycznie do każdej kamienicy prowadzi droga przez podwójną kratę, którą to steruję Pan Ochroniarz, gdzie się da na murach porozciągany drut kolczasty i kawałki szkła wtopione w beton. Cóż w myśl zasady “Obywatelu broń się sam”, każdy robi co może żeby mu się dobytek nie skurczył zbyt szybko.


Jako, że determinacji nam nie brakowało to udało nam się mimo tych przeciwności przedostać do Tram Terminal skąd to odjeżdżał prehistoryczny otwarty tramwaj. Ponoć jest jak w Lizbonie – jako, że nigdy tam nie byliśmy to trudno nam to zweryfikować. W każdym razie było:
a) tanio
b) klimatycznie bo skrzypiał i trząsł się niemiłosiernie tenże środek transportu nie rokując na bezawaryjne dotarcie do celu (o powrocie nie wspomnę)
c) wesoło bo dość szybko zrobiła się kumpelska atmosfera w tramwaju
no i najważniejsze dojechaliśmy w miejsce gdzie nie było śladu po tych wszystkich ludziach z centrum. Wręcz ulice były opustoszałe, a ci mijani na ulicy uśmiechali się przyjaźnie nie sugerując szybkiego powrotu do miejsca strzeżonego (najlepiej przez jakichś Marines).
Jednym słowem byliśmy w Santa Teresa, to ponoć dzielnica przyciągająca miejscową bohemę. Malowniczo położona na wzgórzu pełna zaułków, graffiti i knajpek z rewelacyjnymi sandwichami – no i oczywiście z napitkiem zwanym Caipirinha, który to posiadał odpowiednią moc urzędową. Jednym słowem jakoś tak zaczęło nam się to Rio podobać 😀








8 Responses to Welcome in South America

  1. Mariusz says:

    Hi Ian,

    nice to see you here and congratulations 🙂
    When do you start with “us”? Nov?

  2. magda says:

    Piszcie często z Am Płd! Wieści z tego kontynentu czytam z podwójną uwogą i chęcią!

    P.s. Wiem, że geogragfia w szkole już dawno się skończyła, ale tylko może wspomnę, że Rio nie jest stolicą Brazylii 😉

  3. Mariusz says:

    usp, ale plama – na swoje usprawiedliwienie mogę napisać, że zmęczony byłem 🙂 Wiadomo, że stolice to sobie wybudowali “parę lat temu” w szczerym polu.
    przyjmijmy, że jest kulturalną stolicą tego kraju 🙂

  4. scatts says:

    Mariusz & Renata,

    Hi there, finally I tracked you down!!

    Great to see you have got this trip blogged and I now have an awful lot of reading to do to catch up. Looks fantastic and I’m sure you’re having loads of fun.

    We won the Citi contract by the way, so look forward to working with you when you get back – assuming you bother coming back! 🙂

    Stay safe!

    Ian

  5. Pavel says:

    no wlasnie mnie od czasu lekcji geografii w 5 klasie najbardziej fascynuje perspektywa tej wody co splywa odwrotnie. Jak bede lecial nad rownikiem to bede chyba sprawdzal co 10 minut czy to juz 😉

  6. Mariusz says:

    W samolocie może być ciężko 🙂

  7. scatts says:

    October 18 and November 30.

    Po polsku może być bo Google translation jest do dupy!

  8. Mariusz says:

    No jest 🙂 zresztą Twój polski jest wystarczają o dobry:)
    Jednym słowem zaczynacie już 🙂 Powodzenia!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *