Mój dom to te sza…. kolorowe ulice

Co o tym myślisz? – zapytał Mario tuż po tym jak odstawił swoją szklaneczkę piwa na plastikowy stolik w “osiedlowym” barze.
Hmm – odpowiedział siedzący na przeciwko białas – trochę mi się rozjaśniło, choć w dalszym ciągu trudne to do ogarnięcia… – jeszcze raz próbował sobie poukładać w głowie to wszystko. Nie było to łatwe – znał tylko “normalne” życie w Europie, a to tutaj ciężko było do niego porównać.
Zadziwiająca była wiedza tego dwudziestolatka. Doskonale wiedział, że jest potomkiem niewolników przywiezionych tutaj z Mozambiku. Nawet na temat tego kraju wiedział całkiem sporo, mimo, iż tu w faveli nie było łatwo o takie informacje.
Jedno piwo wcześniej spotkali się na “przedpolu” Rocinha – największej faveli w Rio de Janeiro. To tutaj umówił ich człowiek z agencji oferującej wycieczki do dzielnic biedy. Zapewniał, że to żadne ekstremum i tak naprawdę jest bezpieczniejsze niż kręcenie się po Copacabana po zmroku.
To, czy tak jest rzeczywiście, miało się okazać już za parę chwil…
Gringo, jak mówił na niego przewodnik słuchał uważnie wszystkiego co ten mówił o tym miejscu. W sumie te same informacje znalazłby w internecie ale będąc tutaj, to wszystko miało zupełnie inny wymiar.

rodzice Mario przyjechali tutaj z Olindy (gdzie też mieszkali w faveli) w latach siedemdziesiątych. Tak jak to tutaj bywa – ściągnęli ich do tego “lepszego” świata – ziomale z rodziny. Dali dach nad głową i później sprzedali podłogę pod ich własne mieszkanie. Dokładnie tak się to tutaj odbywa do dziś. Jeden buduje “dom”, później ciężko pracuje by ściągnąć familię. Gdy ta przyjeżdża gości ich u siebie i pomaga znaleźć pracę. Wszystko musi być tak zorganizowane żeby się pomieścić na tych dwudziestu-paru metrach kwadratowych w 10 osób – więc praca zmianowa jest musem. Jeden wstaje, kolejny się kładzie i tak, aż do momentu gdy można sobie pozwolić na budowę kolejnego piętra. Co ciekawe najwyższe budynki mają ponad 10 kondygnacji, jest to trudne do wyobrażenia dla kogoś kto wychował się w Europie – skrępowanej milionem przepisów regulujących życie – oczywiście budowane są one bez jakichkolwiek obliczeń, nadzorów i pozwoleń. Ponoć nie zdarzyło się jeszcze aby taki budynek się zawalił. Zresztą biały trochę inaczej sobie wyobrażał te budynki – w tej faveli były one murowane z solidną betonową konstrukcją, która spajała całość. To że każde okno było inne, miało w tej kwestii najmniejsze znaczenie. Mario twierdził, że we wszystkich, w których był wyglądało to podobnie – tyle, że nie był we wszystkich – a jest ich ponad 700 w samym Rio. Ponoć 20% mieszkańców tego miasta mieszka właśnie w nich. Dane te są jednak trudne do zweryfikowania bo każdego dnia przyjeżdżają pełne autobusy z północy. Chłopak śmiał się, że gdy w 2000r z dumą miasto ogłosiło, że zna liczebność Rocinhy szacując ją na 90 tyś osób, wiadomo było, że samych zarejestrowanych liczników elektrycznych w tej “dzielni” było kilkanaście tysięcy.
chodźmy! – z rozmyślań wyrwał go głos chłopaka – pokażę Ci moje miasto!
wchodzili pod górę jedyną asfaltową drogą prowadzącą przez favele. Była niesamowicie ruchliwa, dosłownie co parę sekund przejeżdżał motocykl z kierowcą w odblaskowej kamizelce MotoTaxi. Do tego masa busów, busików i sfatygowanych garbusów pnących się pod górę lub zjeżdżających na dół. Pasażerami motocykli byli przeróżni ludzie, a to kobieta z klatką pełną kur, a to koleś w garniturze, to znów trzyosobowa rodzina, a wszystko to gnało na złamanie karku w tumanach kurzu i przy wszechobecnym odgłosie klaksonów.
– tylko 2 reale z każdego miejsca w każde – bylebyś się nie ruszał poza favelę – rzucił Mario celem wyjaśnienia, tuż po tym dodał
– schowaj aparat,           spokojnie,          nie nerwowo – nikt nie chce Ci go rąbnąć po prostu żołnierze nie lubią być fotografowani.
– Żołnierze? – Nie widzę tutaj żadnego wojska?
– Bo to nie wojsko – to ludzie barona narkotykowego. To oni tutaj stanowią prawo, bo policja nie ma wstępu za bramę faveli. Zresztą kto z nich ryzykował by wejście na teren świetnie uzbrojonych ludzi i to w mieście, które mimo pozornego chaosu jest świetnie zorganizowane. Zbudowane jest tak by zapewnić, tym którzy tego potrzebują, odpowiednią widoczność i drogę ucieczki.
Widzą Cię od samego początku jak tu wszedłeś. Jesteś ze mną więc nikt Cię nie ruszy, zresztą Baron dba o to by był tu porządek. On pilnuje go tutaj, a policja w zamian za jego nie udzielanie się na mieście nie ingeruje w to co się dzieje w faveli. Baron ma narkotyki, które właśnie tutaj można kupić – stąd cowieczorne pielgrzymki ludzi z lepszych dzielnic.
– I jeden człowiek to wszystko ogarnia?
– zapytał biały
tak, jasna sprawa, że nie jest sam ale to ON ma władzę i masę ludzi na podorędziu, począwszy od zaufanych menadżerów, poprzez dilerów, żołnierzy, aż po łoczmenów odpowiadających za to by wiedział wszystko. Każdy z tych ostatnich zamiast broni ma przy sobie race świetlne – dzięki nim szybko może poinformować o transporcie koki z Boliwii (biała), marihuany z Peru (zielona) czy o nalocie antynarkotykowców (czerwona).
– a czy ON mieszka tutaj czy ma jakiś super penthouse z widokiem na całe Rio?
– Mieszka tutaj, nikt nie wie gdzie ale na pewno tutaj – inaczej straciłby szacunek swoich ludzi,
– Cześć Diego
– rzucił do chłopaka w bramie, który miał przewieszone Uzi na piersi – ten odpowiedział z uśmiechem i cofnął się w cień….
a Ty? nie chcesz pracować dla Niego? – zapytał biały
hmmm, – uśmiechnął się chłopak – wiesz praca w hotelu – mimo, iż słabo płatna daje dużo większe szanse na dożycie 30ki :), no dobra wracajmy – podprowadzę Cię na dół.
Szli w milczeniu mijając tłumy ludzi przelewające się ulicą. Gdy dotarli na dół przed bramą do faveli stało zaparkowane Porsche Cayenne Turbo S,
to ze szkoły – powiedział Mario widząc pytający wzrok gringo,
– tu na przeciwko jest najlepsza szkoła amerykańska w mieście – czesne kosztuje trzy tysiące…. dolarów miesięcznie – dodał gdy biały usiadł w taksówce.
powodzenia rzucił na odchodne i rozpłynął się w tłumie

Taksówka wolno toczyła się w korku zmierzając do centrum, biały wpatrzony w kolorowe domki ściśnięte na wzgórzu wciąż nie do końca wierzył w to wszystko.
Kątem oka dostrzegł dym z zielonej flary ponad dachami….










10 Responses to Mój dom to te sza…. kolorowe ulice

  1. PedroA says:

    No rozwaliło mnie to na łopaty.
    Cała Wasza wyprawa jest kosmiczna.
    Trzymam za Was kciuki cały czas.

    Pozdrowionka

  2. Agnieszka says:

    Taaaaaak, znam tego typu opowieści ale tylko z opowieści i filmów …i nie sądzę bym kiedykolwiek chciała je poznać osobiście!

    Ściskam mocno 🙂

  3. Syn says:

    Moglbys przywiezc co nieco dla mnie z tej podrozy 😉 Moze byc z boliwijskiego badz to peruwiankiego transportu 😛

  4. Mariusz says:

    Synu, zdecyduj się 🙂

  5. Marek says:

    Witajcie!! Jak to dobrze, ze nie jestesmy osamotnieni w swoim szalenstwie podrozy z dziecmi;) Szerokiej drogi!! Pozdrawiamy:)

  6. Mariusz says:

    Hola,
    oj tam od razu z grubej rury 🙂 szaleństwo to jest w tym momencie gdzieś w okolicach Pałacu Prezydenckiego 🙂

    Robisz to co kochasz z tymi, których kochasz – ale Wy to wiecie Marek:)

  7. marek says:

    No moze troche przesadzilem, ale wiadomo o co chodzi:)) I pozwolilem sobie zalinkowac do Was u siebie, pozdrawiam:)

  8. Mariusz says:

    dzięki, planujecie coś?

  9. Syn says:

    W takim razie decyduje sie na ten boliwijski transport 😉

  10. Mariusz says:

    poszedł – jako “dary dla obrońców krzyża” to wyklucza oclenie 😀

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *