Monthly Archives: September 2010

Welcome in South America


No i dojechali do stolicy tego pięknego kraju, gdzie woda w klozecie kręci się nie w tą mańkę co po “właściwej” stronie świata, w obcisłych gatkach na plaży facet nie jest uważany za zboka, a ludzie używają szeleszczącej mowy (dzięki temu, że jesteśmy Polakami znamy tak potrzebne słowa :)), no i taki już urok portugalskiego, że żadne z nas go nie rozumie – ni w ząb 🙂

Południe

Właściwie z czysto kronikarskiego obowiązku wypada również odnotować dwa dni spędzone w Miami i okolicach gdzie to zatrzymaliśmy się tuż przed Rio, no i mega relaksujący okres tuż przed Florydą to znaczy w Południowej Karolinie. W sumie ten stan omijany jest szerokim łukiem przez większe rzesze turystów, a tak naprawdę ma ciekawe miejsca do zaoferowania. Jednym z nich jest Charleston oraz okoliczne pozostałości po plantacjach bawełny – pamiętają one czasy sprzed “Przeminęło z wiatrem”. Miasto bardzo przyjemne w odbiorze i warte spędzenia w nim trochę czasu.

Ford Museum

Czasami człowiek za dużo sobie wyobraża i w konfrontacji z realiami czuje się trochę oszukany. Nadłożyliśmy drogi z Chicago do NY po to by zobaczyć to jedna z najciekawszych motoryzacyjnych atrakcji Stanów. I dla mnie jako „nie do końca laika” w tych sprawach miał być opad szczeny – tyle że na „miał” być się skończyło. Sama ekspozycja interesująca bo i maszyn do wytwarzania energii elektrycznej cala masa, i samoloty z rożnych epok, ba, nawet pociągi były. Tylko do cholery czemu tych samochodów tak mało??? Gdzie stare GT, gdzie rodzina Mustangów, Thunderbirdów, Torino i innych wozów made by Ford? A gdzie jego fantastyczne niszowe marki takie jak Edsel? No i gdzie do cholery tak ważny w dziejach tego przemysłu rozdział Muscle i Pony Cars?

W sumie to chyba najgorzej wydana dotąd kasa na naszej trasie.
Na dodatek noc spędzona na przedmieściu Detroit, w hinduskim motelu gdzie oprócz nas zatrzymały się tylko dwa inne samochody… Brrrr.

Japko cz2 i 3 :) i czwarta ostatnia na doczepkę

Coby nie zanudzać kolejnymi odsłonami miasta, którego przecież nie lubimy:)

Tak więc wrzucamy razem resztę zdjęć z pobytu:
cz2.

Japko

Streszczając to co myślimy o tym mieście: nie lubie, nie lubie, nie lubie.

O tak po prostu za nic się nie mogę przekonać do tego miasta. Potwornie zakorkowane, znalezienie miejsca do zaparkowania (które kosztuje krocie za godzinę – jedna kroć = dycha) graniczy z cudem. Tłum ludzi jest wprost nie do opisania. Łażą i łażą zamiast posiedzieć w domu przed telewizorem. Na dodatek obowiązują zupełnie odmienne przepisy ruchu drogowego niż w innych miejscach w stanach -więc trzeba się przestawić z PrzechodniaSpacerowicza na PrzechodniaPróbującegoPrzeżyć.  Kondycja dróg przypomina tą z warszawskiego Śródmieścia – jednym słowem mogliśmy się poczuć jak w domu. Do tego wszystkiego smród, brud, żebracy i reklamy świetlne.
Pewnie w całym tym szaleństwie jest metoda jednak przeciskając się ulicami Manhattanu z dzieciakiem ciężko nam było ją odnaleźć.

Zapewne są dzielnice spokojniejsze i bardziej klimatyczne – jednak mając tylko 4 dni pozostaliśmy przy Manhattanie i Brooklynie, które tylko „wyrywkowo” zobaczyliśmy. A to co widzieliśmy pozwala nam autorytatywnie stwierdzić – Masz małe dziecko? Kochasz je? Nie jedź!
„Spacerując” po NY nietrudno zauważyć ogromny miks kulturowy, wszystkie rasy w jednym miejscu, wszystkie religie w najróżniejszych odcieniach, które bez większych zgrzytów współżyją ze sobą. Tak to przynajmniej wygląda na pierwszy rzut oka. Wstyd się przyznać ale wciąż mamy odruch Polaka poza granicami kraju – to znaczy łepetyna nam się kręci wokół tułowia. Walczymy z tym i jest coraz lepiej choć łapiemy się na tym.

Jako, że jeździć się nie da – znaczy z samą jazdą nie jest najgorzej – tyle, że dobrze by było się zatrzymać u celu – a to nie jest możliwe z powodów opisanych w akapicie pierwszym – to jako środek transportu wybieraliśmy metro. Szybkie sprawne i równie syfiaste jak to w Paryżu 🙂 Co prawda w stolicy Francji byłem już ładnych parę lat temu ale wówczas wrażenie robiło przygnębiające. Londyńskie, meksykańskie, wiedeńskie czy berlińskie o warszawskim nie wspomnę biją na głowę pod względem czystości zarówno nowojorskie jak i to wcześniej wspomniane. Metro mocno zagmatwane bo i mapek niewiele, i oznaczenia raczej kiepskie, na dodatek zdarzyło się nam że “nie stanął” na naszej stacji – choć to może i dobrze bo była okazja zobaczyć coś spontanicznie 😀

Przy okazji podróży metrem podpatrzyliśmy i oferujemy się pomysł ten sprzedać dalej, najlepszy (bo najtańszy) sposób błyskawicznego zwiększenia linii metra w naszej stolicy. Wystarczy puścić po tych samych torach 3 linie:
A – turystyczną – staje wszędzie jak i ta dotychczasowa
B – ekspresową – 4 przystanki na całej trasie
C lub imienia jakiegoś radnego, który będzie umiał tak zachachmęcić, że linia B stanie obok bloku w którym okazyjnie kupił parę mieszkań na wynajem 😀

Dwa w jednym

Do drugiej stolicy Polski dojechaliśmy dość późno, co zresztą nie wynikało z naszych błędnych kalkulacji (do tej pory na całodziennych trasach myliliśmy się o maks 15 minut), a z natężenia ruchu w sobotnie popołudnie. Korki były niesamowite (drogowcy wykorzystywali ostatnie dni wakacji) więc jazda wydłużyła się o dobrą godzinę – co nie jest bez znaczenia jeśli jedzie się na wymarzoną polską kolację do przyjaciół. Na szczęście gospodarze cierpliwi i nie zamknęli nam bufetu przed nosem 🙂 Ehhh jak dobrze było znów poczuć „nasze” smaki. Od czasów Nashville (muzyczne miasto kotleta schabowego) nie było okazji zjeść czegoś typowego dla naszego ziemniaczanego królestwa. Po drodze kilkakrotnie robiliśmy przymiarki ale w części miast gdzie coś z polską kuchnią teoretycznie istnieje to funkcjonuje z podobną częstotliwością jak pracuje pewien Inspektor Nadzoru Budowlanego na Dolnym Śląsku (dwa dni w tygodniu od 7 do 730). A że nie udawało się nam wpasować w kalendarz polskich garkuchni to i musieliśmy obejść się smakiem. Przy okazji jeśli ktoś chciałby zjeść kolację w polskiej knajpie w Portland to niech tam jedzie w weekend – informacja na stronie internetowej o rzekomym codziennym biesiadowaniu jest nieaktualna – inni przynajmniej pisali kiedy otwarte…
Po podrażnieniu kubków smakowych różnymi przysmakami, uspokojeniu się po obejrzeniu transmisji z obrony/ataku/przeniesienia/odsłonięcia/zasłonięcia krzyża i innych tablic w polskiej TV oraz spożyciu trudnej do zdefiniowania ilości zabronionych dla młodzieży trunków, mogliśmy się udać na spoczynek przed pracowitym kolejnym dniem…
No więc jak i drugiego dnia pojedliśmy i popiliśmy co rusz spoglądając na niesamowite zwroty akcji pod PP to ustaliliśmy, że być może dnia kolejnego ruszymy zobaczyć miasto 😀
Potrzebne nam było takie nieróbstwo bo dzień przed przyjazdem szukając noclegu wjechaliśmy nieopatrzenie na teren jakichś wyścigów motorowych – co wiązało się z tysiącami Harleyów – nie tyle na drogach co pod motelami w których i my szukaliśmy noclegu. No i tak się nieszczęśliwie złożyło, że poszukiwania trwały jakieś 5 godzin – podczas których przejechaliśmy kolejne 250 mil w stronę Chicago. Nierówna walka zakończyła się o 3 nad ranem – na szczęście sukcesem – a nie zaśnięciem za kierownicą…
Wracając do Chicago to centrum robi niesamowite wrażenie. Niestety już nie tak kompaktowe jak nasi ulubieńcy z zachodniego wybrzeża – ale mimo wszystko bardzo pozytywne w odbiorze.  Pełno mostów poprzerzucanych nad kanałami, trudny do opisania miks starych poprzemysłowych tworów z nowoczesnymi biurowcami. Na okrasę tego wszystkiego naziemna kolejka jaką pamiętaliśmy z filmów, parki i fontanny. Do tego potworny upał i ogromna wilgotność – to dla tych co myślą, że my tu lekko mamy 🙂
Bez większych problemów udało się nam dostać na 103 piętro już nie Sears Tower – choć w dalszym ciągu najwyższego budynku w Stanach, skąd widok może i nie najgorszy ale brakowało nam jakiejś fajnej ośnieżonej góry na horyzoncie – no i prośba do nowego właściciela aby jednak czasami myć szyby – bo to ponoć „deck” widokowy – a przez niektóre to trzeba było się domyśleć co widać. Furorę robiły całkowicie przeszklone balkoniki z pięknymi widokami pod stopami. Nie wiedzieć czemu wielu tam przebywających uciekało w popłochu jak zacząłem sobie podskakiwać na tej tafli szklanej. Cóż podłoga wytrzymała a rodzina będzie musiała żyć z tego co sami zarobimy bo odszkodowania nie będzie…

ta taaammm!!! TamTaram

Mamy kolejne przesłuchanie w drodze – tym razem Maugośka i Tomek

1. Trzy kraje bez ktorych nie wyobrazasz sobie podrozowania.

polska, polska i… polska. bo gdyby jej nie bylo, nie byloby skad wyjechac. a cala reszta krajow…po drodze zdarzaja sie perelki takie jak patagonia. ale to chile czy argentyna? i to i to. albo wyspa penang w malezji, czy chaco w paragwaju, albo buenos… kazdego z miejsc, szkoda by nam bylo nie zobaczyc, ale tez zadne nie krzyknelo do nas – to ja! gdyby tak bylo, to stamtad bysmy teraz pisali. a my wciaz w drodze…