tak mnie naszło….

Podróż z małym człowiekiem to dość skomplikowana sprawa. No bo jak zapanować nad takim małym obywatelem i na dodatek wytrzymać to nerwowo.
Są różne teorie na temat wychowywania dziecka. Są też przez psychologów opisane i ładnie nazwane różne schematy zachowań małoletniego. Tyle teorii, bo praktyka jest zupełnie do niej nie przystająca.
Żeby podróż taka mogła dojść do skutku, niezbędnym jest odpowiednie zabawienie malucha.  Od razu napiszę, że dodawanie zabawek nie dość, że nieskuteczne to jeszcze uciążliwe bo cały ten kram trzeba nosić ze sobą. W naszej podróży sprawdza się raptem parę maskotek, jeden „demoralizator” zakupiony jeszcze w Stanach i parę dodatków typu książeczki, blok rysunkowy, farbki i kredki.
Szał na te dwie ostatnie pozycje zaczął się zaraz po przybyciu do USA i na chwilę obecną wciąż jest u łask. Co prawda Marta nie jest typem malarza pokojowego tak więc oszczędza ściany za to preferuje rysowanie/malowanie przede wszystkim na swoich kartkach, tudzież uprawianie body painting. Niestety skłonności do tego drugiego rosną z dnia na dzień.
Najbardziej wdzięcznym obiektem do malowania jest oczywiście tata, który przyjmuje wszelkie formy artystycznej ekspresji ze stoickim spokojem. No i właśnie za to zapłacił już parokrotnie – a to dlatego, że farbki zakupione w BsAs okazały się nie do końca zmywalne. Tak więc musiał paradować z pomalowanymi paznokciami u nóg i tego typu historie.
Można też wykorzystywać wspominany wcześniej „demoralizator” – czyli odtwarzacz dvd – na którym do bólu można oglądać nieśmiertelnego Papaya.
Jak jednak wskazuje doświadczenie, najlepsze są zabawki innych dzieci, bądź rzeczy w niczym zabawek nie przypominające 🙂
Tutaj królują kwiatuszki i listki – i nie ważne jakiej są wielkości, grunt to dzierżyć je w dłoni z dumą i należytym szacunkiem.
Niestety maluchowi ciężko pojąć, że taki kwiatuszek ma bardzo krótki żywot, stąd pretensje że zwiądł. Stara się też taki mały człowiek zgromadzić odpowiednio imponującą kolekcję (najlepiej imponujących) liści – ale to chyba temat na osobny wpis 🙂
Inną rzeczą mogącą zabawić nasze dziecko są zwierzęta. Tutaj rozmiar nie ma znaczenia 🙂 Pobobają się krowy, konie, słonie, żyrafy oraz mrówki, gąsienice i pająki. Jest to o tyle niebezpieczne, że mały człowiek nie postrzega tego wszystkiego jako potencjalne niebezpieczeństwo a jako zabawkę.

No i oczywiście gwóźdź programu a raczej kamień programu to kawałek czegoś ciężkiego, najlepiej w ilościach hurtowych i już perfekcyjnie jak występuje nad jakimś zbiornikiem wodnym (kałuża łapie się do tego kryterium). Można podnosić  i rzucać w otchłań. Jeśli rozmiar wyklucza możliwości fizycznego dźwignięcia przez małoletnią – do akcji włączany jest ojciec. Niestety po dwóch wrzuconych wspólnie kamieniach latorośl bez wahania wskazuje na najbliżej położony głaz (tak na oko 5 ton waży to co wystaje nad ziemię) i prosi o pomoc…..

W modzie są też karuzele, place zabaw (o tym już było) no i nasze buty….













jednym słowem na zdjęciach wygląda to LUX – polecam jednak wszystkim zapoznanie się z dwoma obco brzmiącymi terminami:
Terrible two,
¿Por qué etapa
😀

2 Responses to tak mnie naszło….

  1. Agnieszka says:

    …tak…przeuroczy jest ten Wasz maluch !!!!!! Wiem, że Marta skradła serce dziadkom i pewnie 1000-com napotkanych w Waszej podróży ludziom; nie omieszkała oczarować także mamy Humberta 🙂
    Buziaki dla księżniczki i jej rodziców

  2. Mariusz says:

    No właśnie tutaj wykorzystujemy Angelę i zostajemy nie na jedną a trzy noce 🙂 Ale przy okazji uda się zobaczyć Torres del Paine.
    Fantastyczna kobieta – a jak gotuje 😀

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *