Buja – wersja Mariusza

dzień pierwszy:
no niezła łajba, może nie największa ale na pierwszy rzut oka nawet mało zardzewiała.
Marta jak zwykle się błyskawicznie zaadoptowała, jeszcze nie ruszyliśmy, a już śpiewa w jadalni:)
No i te łóżka piętrowe, od razu zaczęła się na nie wspinać. Dobrze, że mam refleks bo inaczej już parę razy byłoby twarde lądowanie.
No i ruszyliśmy – tylko 3 godziny po czasie, ale co tam, na wakacjach jesteśmy.
dzień drugi:
nad ranem coś tam bujało, ale do zaakceptowania, Renia zielona.
Ale widoki….
przy obiedzie ostrzegali, że będzie bujało całą noc – jak to mówią ołpen ołszyn czy jakoś tak. Renata na samą myśl znów zmieniła kolor.
wieczór, tabletka na wszelki wypadek, nie wiem czy działa czy nie, ale jakiś dziwnie ściśnięty żołądek mam, no to trach jeszcze jedną na wszelki wypadek 🙂
noc: trach – ktoś zgasił światło

dzień trzeci:
rano:
Renia mnie budzi, nic nie buja i małżonka ma znów kolor standardowy.
Trochę kiepskie widoki bo coś pada i wieje, nie bardzo jest jak wyjść na zewnątrz.
południe:  rozchmurzyło się i od razu szczenka opada. Co jak co ale krajobraz jest pierwsza klasa. Na dodatek „zajeżdżamy” do miasteczka, które dało nazwę naszemu promowi – Puerto Eden. I jedno mogę napisać – jeśli w Edenie tak piździ to ja dziękuję 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *