Monthly Archives: October 2010

Puerto Madero

Kończąc naszą przygodę z Buenos nie sposób pominąć miejsc takich jak Puerto Madero z jego pięknym Mostem Kobiet. Dziesiątkami luksusowych knajpek na nadbrzeżu, ciekawą architekturą ładnie łączącą stare post-portowe zabudowania z ich nową biurowo/mieszkalną funkcją. Do tego tu i ówdzie jakieś żółte żelastwo sterczące z ziemi. W sumie był plan aby przyjechać tutaj zjeść słynną “Sandwich de bondiola”  niestety nikt ich jeszcze nie serwował na ulicy – pewnie wczesna wiosna to nie sezon na takie frykasy 🙁 Gnani niepohamowaną chęcią skonsumowania tejże kanapki udaliśmy się dnia kolejnego do jednej z najmniej popularnych dzielnic Bs As  czyli Mataderos. Nie dość, że położona bardzo daleko (blisko godzina jazdy autobusem) to jeszcze kompletnie nie turystyczna. Poza ewidentnymi plusami (brak gringos, ceny dla lokalesów) były też pewne minusy – np. brak oznakowania przystanków autobusowych (z rozkładem jeszcze się nigdzie w Ameryce Południowej nie spotkaliśmy więc nie było to problemem) tak że trochę czasu trwało nim trafiliśmy z powrotem do domu.
No ale już nie przynudzamy:

tak mnie naszło….

Podróż z małym człowiekiem to dość skomplikowana sprawa. No bo jak zapanować nad takim małym obywatelem i na dodatek wytrzymać to nerwowo.
Są różne teorie na temat wychowywania dziecka. Są też przez psychologów opisane i ładnie nazwane różne schematy zachowań małoletniego. Tyle teorii, bo praktyka jest zupełnie do niej nie przystająca.
Żeby podróż taka mogła dojść do skutku, niezbędnym jest odpowiednie zabawienie malucha.  Od razu napiszę, że dodawanie zabawek nie dość, że nieskuteczne to jeszcze uciążliwe bo cały ten kram trzeba nosić ze sobą. W naszej podróży sprawdza się raptem parę maskotek, jeden „demoralizator” zakupiony jeszcze w Stanach i parę dodatków typu książeczki, blok rysunkowy, farbki i kredki.
Szał na te dwie ostatnie pozycje zaczął się zaraz po przybyciu do USA i na chwilę obecną wciąż jest u łask. Co prawda Marta nie jest typem malarza pokojowego tak więc oszczędza ściany za to preferuje rysowanie/malowanie przede wszystkim na swoich kartkach, tudzież uprawianie body painting. Niestety skłonności do tego drugiego rosną z dnia na dzień.
Najbardziej wdzięcznym obiektem do malowania jest oczywiście tata, który przyjmuje wszelkie formy artystycznej ekspresji ze stoickim spokojem. No i właśnie za to zapłacił już parokrotnie – a to dlatego, że farbki zakupione w BsAs okazały się nie do końca zmywalne. Tak więc musiał paradować z pomalowanymi paznokciami u nóg i tego typu historie.
Można też wykorzystywać wspominany wcześniej „demoralizator” – czyli odtwarzacz dvd – na którym do bólu można oglądać nieśmiertelnego Papaya.
Jak jednak wskazuje doświadczenie, najlepsze są zabawki innych dzieci, bądź rzeczy w niczym zabawek nie przypominające 🙂
Tutaj królują kwiatuszki i listki – i nie ważne jakiej są wielkości, grunt to dzierżyć je w dłoni z dumą i należytym szacunkiem.
Niestety maluchowi ciężko pojąć, że taki kwiatuszek ma bardzo krótki żywot, stąd pretensje że zwiądł. Stara się też taki mały człowiek zgromadzić odpowiednio imponującą kolekcję (najlepiej imponujących) liści – ale to chyba temat na osobny wpis 🙂
Inną rzeczą mogącą zabawić nasze dziecko są zwierzęta. Tutaj rozmiar nie ma znaczenia 🙂 Pobobają się krowy, konie, słonie, żyrafy oraz mrówki, gąsienice i pająki. Jest to o tyle niebezpieczne, że mały człowiek nie postrzega tego wszystkiego jako potencjalne niebezpieczeństwo a jako zabawkę.

No i oczywiście gwóźdź programu a raczej kamień programu to kawałek czegoś ciężkiego, najlepiej w ilościach hurtowych i już perfekcyjnie jak występuje nad jakimś zbiornikiem wodnym (kałuża łapie się do tego kryterium). Można podnosić  i rzucać w otchłań. Jeśli rozmiar wyklucza możliwości fizycznego dźwignięcia przez małoletnią – do akcji włączany jest ojciec. Niestety po dwóch wrzuconych wspólnie kamieniach latorośl bez wahania wskazuje na najbliżej położony głaz (tak na oko 5 ton waży to co wystaje nad ziemię) i prosi o pomoc…..

W modzie są też karuzele, place zabaw (o tym już było) no i nasze buty….

Cataractas

Próbowaliśmy sobie wyobrazić to wcześniej: jakaś dzika dżungla, jakieś motylki latające wokół, jakieś rzeczki toczące swe wody przez ten sielski krajobraz, a na końcu miało być wielkie WOW i wodospady, które przyćmiewają wszystkie inne tego typu atrakcje na świecie.
No i się zdziwiliśmy, bo motyli jak na lekarstwo 🙂 dżungla jakaś taka cicha (nie to co w Palenque), co do reszty to i owszem rzeczki sobie płyną przez tą wspaniałą krainę i jako że teren trochę pofałdowany, a woda pod górę ma ciężko to i spada czasami w dół… i tak około 270 razy bo tyle pojedynczych wodospadów składa się na ten cud natury.
Zgodnie z wytycznymi zaczęliśmy od strony brazylijskiej – jako tej budującej napięcie 🙂 No i je zbudowaliśmy bo wodospady niczego sobie. Nie bylibyśmy sobą gdyby wszystko odbyło się bez przeszkód. Najpierw autobus. Wiadomo. Polak nie frajer nie będzie płacił za coś prawie trzy razy tyle co osobnik “lokalny” no więc pojechaliśmy jak “lokalesi” z przesiadką w bliżej nie określonym miejscu. Już stojąc w miejscu z grubsza przypominającym przystanek musieliśmy się odganiać namolne zaloty pewnego taksówkarza czującego łatwy łup w postaci dwóch i pół gringo. Jako, że rzecz miejsce miała w niedziele, kiedy to transport jest nieco rzadszy, to upatrywaliśmy na horyzoncie naszego autobusu (taksówkarz zapewniał, że nie przyjedzie). Kiedy już jego sylwetka zamajaczyła w oddali, zgodnie z prawem Murphego rozległ się przemiły głosik naszej pociechy wyrażającej swoją potrzebę zasiądnięcia  na swoim wspaniałym tronie. Seria pytań pomocniczych, która z reguły wystarczała do “odroczenia” potrzeby o jakieś pół godziny niestety nie podziałała w tej sytuacji. Wiadomo, że dziecka się w takich sytuacjach nie stresuje więc podziękowaliśmy kierowcy i czekaliśmy na kolejny (no i ledwie zdążyliśmy – bo posiedzenie było wyjątkowo długie).

Jak już sobie wodospady zobaczyliśmy – nie będziemy opisywać co widzieliśmy bo tego się nie da opisać, to rozpoczęliśmy drogę powrotną. No i się zaczęły przygody. Bo po pierwsze dziwnym zbiegiem okoliczności zawędrowaliśmy na przejście graniczne – które okazało się tylko przejściem drogowym. Niby była możliwość „wbicia” się w któryś z oczekujących autobusów (oczywiście po odstaniu „swojego” w kolejce – nie małej bo autobusów było około 6 po około 40 osób w każdym). Do tego jeden stemplujący po stronie brazylijskiej – więc zapowiadało się stania co najmniej godzina. Na szczęście Polak potrafi – więc wskoczyliśmy do jakiejś przejeżdżającej taksówki (argentyńskiej) i tym samym ominęliśmy całą kolejkę.
O stronie Argentyńskiej widzianej dnia kolejnego nie będziemy tym bardziej pisać bo ona po prostu

M A S A K R U J E. Mimo iż pogoda była mocno średnia to i tak wrażenie piorunujące!

falcon, ford falcon

Podróżując po świecie ludzie zwracają uwagę na przeróżne rzeczy. Jeden na smak kawy, kolejny na ulicznych grajków, jeszcze inny na urodę mieszkańców danego kraju – czy cenę piwa w hostelowej lodówce 🙂 Ja znów nie mogę przejść obojętnie obok takiego przyrządu, który w teorii służyć miał do przemieszczania się z punktu A do punktu B. W kolebce tej “prawdziwej” motoryzacji można było się napatrzeć i nasłuchać przeróżnych wynalazków sprzed kilku dekad. W sumie lądując w Ameryce Południowej nie obiecywałem sobie zbyt wiele (no może poza Colonią, która to uchodzi za Havannę południa), ale mimo wszystko chyba nie jest tak źle 🙂

Argentyna potęgą motoryzacyjną zdecydowanie nie jest. To fakt niezaprzeczalny, na ulicach króluje samochodowy chłam francusko i włosko pochodny, który na potrzeby tutejszego rynku jest jeszcze dodatkowo “wykastrowany” z wszelkich elementów mogących podnieść ich cenę. Bo ta, jak mniemamy na podstawie cen motocykli – również jest z kosmosu. Na szczęście ulice Buenos i innych miast nie są, aż tak nudne i nijakie dla kogoś kto lubi pojazdy z duszą.

Dużo starych fiacików 500 i 1500, volkswagenów 412, peugeotów 504 itd. Pośród nich zdarzają się też takie perełki jak IKE/Renault Torino czy Ford Falcon.

Ten ostatni występuje w ilościach wręcz hurtowych i to w każdym możliwym stanie skupienia 🙂 Od uwalnianego w sposób ciągły nawozu bogatego w żelazo i oleje mineralne po starannie wypielęgnowane cacuszka – dzielnie walczące z dziurawymi drogami Bs As – skrzypiąc przy tym dostojnie i wydając z siebie całkiem przyjemny charczący dźwięk. Są pickupy,  sedany i kombi – a wszystkie z nieśmiertelnym przetłoczeniem na boku auta.

a ja zamiast pisać o zadkach Brazylijek czy Argentynek….. echhhh chyba się starzeję 😀

Wywiad w drodze – czyli MDM

Dziś kolejny podróżujący sprzedaje nam swój sposób na życie 🙂 Podobnie jak my uznali, że dziecko to nie jest choroba roznoszona drogą płciową – a pełnoprawny członek załogi, z którym wiele można.

Zapraszamy do lektury tego co piszą Maksiu 🙂 Dorota i Maniek:

1. Trzy kraje bez których nie wyobrażasz sobie podróżowania

Po pierwsze doświadczenie, które mamy jest bardzo niewielkie. Kilka krótkich wypadow (Karaiby, Cape Verde itp) oraz nasze 112 dni podróży po Azji Południowo Wschodniej to równocześnie dużo i mało… zależy jak na to spojrzeć.
Na pewno nie wyobrażamy sobie podróżowania bez Indonezji. Na Sumatrze byliśmy tylko chwilę, pod sam koniec, lecz zostaliśmy zaczarowani. Wspaniali ludzie, otwarci, uśmiechnięci, zawsze pomocni, tacy bezinteresowni. Mieliśmy ledwie ponad tydzień na zwiedzenie północy Sumatry. Niesamowite miejsce, pozostał ogromny niedosyt. Na pewno tam wrócimy, niekoniecznie na Sumatrę, ale na pewno do Indonezji.
Drugi kraj to Tajlandia. Wystarczy wybrać się tam gdzie nie ma faranga a można doświadczyć dużo więcej. Nie zamknę tego w słowach. Ten kraj trzeba poczuć. Ja za każdym razem, gdy słucham tajskiej muzyki mam łzy w oczach…

Na koloniach

Jak sobie urozmaicić wakacje? Iść do szkoły! Tak można by w skrócie opisać naszą przygodę z nauką hiszpańskiego 🙂
Wybraliśmy Buenos jako ciekawe miasto na południowej półkuli, to czy wybór był trafny czy nie pozostaje kwestią drugoplanową.
Najważniejsze zaś jest fakt powrotu do szkoły (i to na poziom podstawówki) osoby w leciwym wieku i jego młodziutkiej małżonki, która przy każdorazowym podawaniu naszego wieku zwiększa różnicę o kolejny rok.
Ile można wiedzy posiąść (lub też przypomnieć sobie) w krótkim okresie czasu? Oj dużo! I o dziwo np. słówek języka hiszpańskiego naprawdę niewiele. Za to:
– zapuszczać żurawia do szanownej małżonki w czasie odpytywania na lekcji,
– spisywać pracę domową na 5 minut przed lekcją,
– wymyślać kolejną wymówkę dlaczego czegoś nie zrobiłem,
– dokuczać koleżance z ławki w czasie lekcji,
– dowcipkować z nauczycielką
itd itp,
Jednym słowem – człowiek nigdy się nie zmieni 🙂

No i jeszcze jedna ważna rzecz, jak się chodziło do szkoły to w wakacje rodzice krzewiąc w nas potrzebę podróżowania wysyłali swoje pociechy na kolonie. Oczywiście robili to tylko i wyłącznie dla nas bo na pewno nie chodziło im o odrobinę świętego spokoju 🙂 Tym razem jako, że Mama i Tatko daleko to kolonie zorganizowaliśmy sobie sami. A że w okolicy było miejsce o swojsko brzmiącej nazwie to się długo nie zastanawialiśmy. Kolejne 4 pieczątki w paszporcie i jednodniowy wypad do Colonia del Sacramento w Urugwaju za nami. Warto było, tym bardziej, że byliśmy tam poza sezonem czy weekendowym najazdem Hunów znaczy się Portenos.

organizacyjnie

Ponieważ docierają do nas sygnały co do funkcjonalności strony to kilka informacji dla tych, którym nie udało się pewnych rzeczy znaleźć:

W “widgecie” – czy jak to się powinno nazywać -po prawej stronie na górze są 4 zakładki – które pozwalają dotrzeć w miarę szybko do kategorii (podział głownie wg. krajów), tagów, archiwum, oraz najczęściej komentowanych postów.

Dodaliśmy także  widgeta z ostatnimi komentarzami – poniżej FB.

kalendarz oraz kategorie dostępne są również na dole strony – ale komu by się chciało przewijać tak daleko 🙂

Będziemy chcieli sukcesywnie dodawać linka do pokazu slajdów (pod jednym ze zdjęć) – (tekst o stanach już ma go pod zdjęciem z motelu) – często będzie tam więcej zdjęć z danego miejsca (a czasami mniej :))

Jeśli ktoś ma jakieś inne sugestie to jesteśmy otwarci.

nasza usa

Co prawda od “jakiegoś” czasu jesteśmy już w tej “innej” Ameryce ale pozwoliłem sobie zebrać parę swoich przemyśleń w temacie tego kraju 🙂

Wielu ludzi wyraża swoją opinie na jego temat, co smutne zdecydowana większość z nich wysuwa pewne wnioski na podstawie bliżej nie określonych przesądów i podań ludowych krążących po naszym fantastycznym kraju.

No więc po pierwsze – formalności:

Pierwszy mit starannie pielęgnowany przez niektórych to poniżająca rozmowa z konsulem. Ja rozumiem że Kazik zapodał niezły kawałek w jednej ze swoich formacji muzycznych <El Dupa> gdzie o tym wspominał, tyle, że rzeczywistość wygląda zgoła odmiennie. Nie ma kolejek, chamstwa, i innych zachowań, które demonizuje się tu i ówdzie. Jest za to kulturalna rozmowa o umówionej godzinie, a największą przykrością (jak dla mnie) jest konieczność zapłacenia opłaty wizowej i wszelkich “hidden cost” 😀 Owszem są ludzie, którzy wizy nie dostają, ale z moich obserwacji wynika, że jest to z reguły typ: “turysta na Greenpoincie”.

Jest taka rzecz

która zawsze będzie nam się kojarzyła z Argentyną. Nie trudno się domyśleć, że chodzi o mate. Jakieś x lat temu mnisi przebywający tu na misji odkryli energetyzującą moc tego napitku…..
Trochę czasu trwało nim się napój ten rozpowszechnił. Ale jak już się to stało, to mate pije się wszędzie. Żeby nie być outsiderem w tym kraju i my udaliśmy się na nauki do pewnej pani (nasza nauczycielka hiszpańskiego – polecamy).
W skrócie napiszemy, że parę litrów tej mocnej herbaty z petami (tak smakuje jak się ją pierwszy raz próbuje) wypiliśmy 🙂 I co gorsza ją polubiliśmy. Po powrocie do Polski będziemy prawie jak Cejrowski – siorbiąc ją przy każdej okazji.

Teraz My – wywiad w drodze

1. Trzy kraje bez których nie wyobrażacie sobie podróżowania.

Po pierwsze Polska – bo od tego kraju zaczynaliśmy. Do dziś pamiętam swoje “członkostwo” w klubie PTTK szkoły podstawowej nr 43 w Sosnowcu, rajdy terenowe po Jurze i Beskidach. Co prawda członkostwo zakończyło się wyrzuceniem mojej skromnej osoby z hukiem 🙂 zupełnie niesłusznie zresztą – ale i tak nie zabili mojej potrzeby “szwendania” się. Późniejsze, już samodzielnie organizowane wypady w Tatry, Beskidy, Sudety czy na Mazury.

Po drugie – Stany Zjednoczone – za “enjoy the ride”, ogromne przestrzenie “niczego”, które się do tego świetnie nadają, za wprost kosmiczne parki narodowe południowego zachodu i most Golden Gate – gdzie utwierdziłem się w przekonaniu, że chcieć to móc.

No i po trzecie Meksyk – za chaos stolicy, za uśmiechy ludzi, za klimatyczne uliczki Guanajuato no i za to że nauczył nas pokory do siebie i drogi jaką mieliśmy przed sobą.

2. Co jest dla Was najważniejsze w podróżowaniu?

Wolność wyboru, poczucie decydowania o tym co robimy i kiedy. Za możliwość bycia razem (co czasem nie jest łatwe) i patrzenia na to samo na swój sposób. I to wszystko mimo narzuconej marszruty przez bilet RTW – co też daje pewien komfort – tym bardziej, że nasza podróż z wielu względów nie może być “neverending”.


3. Jak długo się przygotowywaliście przed wyprawa?

Mentalnie – pewnie całe dorosłe życie. Jak sięgam pamięcią to już w podstawówce po przeczytaniu niemal wszystkiego co napisał Szklarski i May miałem wytyczoną trasę na mapie (która zresztą wisiała na ścianie zamiast plakatu Modern Talking).

Technicznie jakiś rok. Wydawać się może, że to długo – ale jak się ma wyjechać  w trójkę na dodatek z dzieckiem to i koszty przedsięwzięcia są wyższe, więc dochodzi okres zintensyfikowanego oszczędzania (nie mamy wpisane w dowodzie zawód: “syn/córka”). Do tego szczepienia – tutaj też trzeba