Monthly Archives: November 2010

Humahuaca

Namówieni przez naszą nauczycielkę hiszpańskiego postanowiliśmy nie poprzestawać na Cafayate i okolicach ale także zawędrować nieco dalej na północ kraju. Tym właśnie sposobem Humahuaca stała się naszym domem i bazą wypadową na blisko tydzień.
Tradycyjnie już zaciągnęliśmy języka wśród miejscowych aby dowiedzieć się co gdzie i jak (z przewodnika nie dało rady skorzystać gdyż go spieniężyliśmy z zyskiem).
Zgodnie informowano nas o cyklicznym widowisku odbywającym się na głównym placu miasteczka, które to jest „must see” tego miejsca. Tak więc zameldowaliśmy się w miejscu akcji parę minut wcześniej – zajmując strategiczną pozycję na murku.
Z zaciekawieniem obserwowaliśmy gęstniejący tłum turystów na rynku. Większość wyposażona w aparaty fotograficzne tudzież w pociechy plątające się pomiędzy nogami.
Godzina zero nadchodziła nieubłaganie a plac wypełniony był niemal w stu procentach.
Gdy zegar zaczął wybijać południe oczy wszystkich zgromadzonych skierowały się na wieżę. Napięcie rosło z każdą sekundą, nagle jedne z drzwiczek na wieży zaczęły się powoli otwierać. Tłum jęknął z zachwytu. Spektakl trwał. Drzwi otwierały się i nadchodził kulminacyjny moment tego widowiska. Z zza drzwi zaczął wyłaniać się….
El Robot – westchnął ktoś z namaszczeniem.
Błysnęły flashe w aparatach. Zgromadzeni rodzice podnieśli swoje latorośle, aby również mogły zobaczyć to wiekopomne wydarzenie.

Nagle „DUP” El Robot wlazł do dziury a wrota zamknęły się.
Owacje na stojąco pożegnały Go i niemal w tym samym momencie tłum zaczął się dematerializować jeszcze szybciej niż się tu pojawił.

W tym właśnie momencie para amerykańskich turystów wkroczyła na rynek i widząc tłum go upuszczający zapytała jedną z kobiet co się tutaj działo. Usłyszeli historię o niemal mistycznym przeżyciu jakiego kobieta owa doświadczyła parę minut wcześniej. Z wypiekami na twarzy zgodnie krzyknęil:
– przyjedziemy jutro!
nie wytrzymałem – spadłem z murku na ziemię.

Cachi

OeS

Żeby nie było chcieliśmy dobrze, zapytaliśmy o wycieczkę do Cachi, wynegocjowaliśmy cenę i nawet ją zaliczkowaliśmy – niestety wyszło jak wyszło i niski sezon spowodował jej odwołanie. Jako, że parcie na to miejsce mielimy całkiem spore to popełniliśmy wypożyczenie pojazdu mechanicznego pewnej francuskiej firmy. Nie od dziś wiadomo, że wozy tego typu wjadą wszędzie i pojadą z każdą możliwą do wyobrażenia prędkością (podobnie jak służbówki przedstawicieli handlowych) – tak więc nawet ta trasa nie stanowi dla nich przeszkody. Na trasie tej jest mniej więcej 200km czysto szutrowej drogi – z czego zdecydowana większość dość kiepskiej jakości. Całość pnie się na wysokość 3400m npm, a jej pokonanie zajmuje dobre 12 godzin (z postojami). Co prawda znów bujało komuś…  🙂 Tak czy inaczej dla mnie to najfajniejsza droga z wszystkich dotychczas przejechanych – no ale akurat ja jestem osobą dla której droga staje się celem samym w sobie…

Utah?

Szczerze mówiąc, okolice Cafayate (te widoczne z dachu hostelu), nie powalają na kolana. Są jakieś tam winnice, górki na horyzoncie, ale wszystko to jakieś takie mało spektakularne.
Zaskoczenie przychodzi parę kilometrów na północ od miasta. A imię jego Quebrada de las Cochas. Pierwsze skojarzenia (drugie, trzecie, czwarte i kolejne zresztą też 🙂 ) prowadzą do naszego ulubionego stanu w “lepszym świecie”.

Kafaszate

było kolejne na naszej liście do odwiedzenia. Jako, że my mocno wzrokowi jesteśmy to wystarczyło zobaczyć parę zdjęć z tych okolic by wiedzieć, że trzeba tu przyjechać.

Standardowo poszukiwania noclegu odbywały się według schematu – część siedzi z tobołami, reszta biega za hostelem. W końcu i tak stanęło na jednym z miejsc do których chcieli nas zaprowadzić naganiacze. No a hostel nie najgorszy, blisko centrum (o co nie trudno w mieście o rozmiarze 10×10 „kwadratów”). I nawet internet „robił” było tylko jedno ale – które wyszło na jaw około godziny 23-ej – kiedy to dydżej odkręcił na maksa w pobliskim lokalu. Jako, że buduje się tu byle jak i byle tanio, to nie ma mowy o jakimkolwiek wyciszeniu, tak więc mimo odległości jednej przecznicy od źródła „umcy-umcy” spaliśmy – a raczej usiłowaliśmy – w dyskotece. Na dodatek w ciągu całej imprezy (ostatnie basowe wstrząsy w okolicy godziny 5.30) około 30 razy puszczany był ten kawałek, a nie było to pierwsze miejsce gdzie ten arcy-artystyczny utwór słyszeliśmy. Tak więc w chwili obecnej jeśli gdzieś usłyszymy go po raz kolejny to właściciel sprzętu na którym będzie on odtwarzany ryzykuje jego utratą i pogryzieniem przez któreś z nas.

Wyspani i wypoczęci mogliśmy udać się na patrol po okolicznych winiarniach celem przeprowadzenia degustacji i konfrontacji z zapamiętanymi smakami win spożywanych uprzednio (target do 10 peso za butle), niestety poza jednym białym nic nam nie przypadło do gustu, zresztą i tak nie mieściły się w naszych widełkach cenowych.

Tafi del Valle

nocny autobus – to nie brzmi zbyt dobrze w większości przypadków. Jednak w Argentynie to określenie nabiera innego znaczenia. Duży, trzy osiowy autobus, dwa piętra a na nich całe 25 miejsc dla podróżnych. Każde rozkładane do poziomu, kocyk, poduszka i przygaszone światło. Wcześniej oczywiście kolacja z przystawką, czerwonym winem i deserem. Śniadanie co prawda już bezalkoholowe ale też zdecydowanie na plus w stosunku do naszych hostelowych posiłków.
Samo miejsce leżące raczej dla osobników o przynajmniej 5 cm krótszych ode mnie – ale po godzinnej walce udało się znaleźć miejsce do spania.

Welcome back

Nie wiedzieć czemu miło nam się zrobiło na sercu na samą myśl, że wracamy do Argentyny. Chyba ten twórczy nieład po tej stronie Andów bardziej nam przypadł do gustu.
No i mamy przejściówkę do gniazdka 🙂
Co prawda Chile nie chciało się nas pozbyć bo najpierw godzinny rajd autobusem pod nieco zakorkowaną górę, tylko po to by tam okazało się, że na przejściu parę aut już jest.
Kierowca dał nam czas wolny i poprosił by za jakieś dwie – trzy godziny zacząć się powoli zbierać do autobusu. Mając tyle czasu nawet półtora godzinne oczekiwanie na kanapkę nie robiło wrażenia. Gdy więc po trzech godzinach wróciliśmy okazało się, że już niebawem (za godzinę) wjedziemy na terminal.

Santiago & Valparaiso

Nie bardzo wiem co napisać, bo tak naprawdę, żadne z tych miejsc nas niczym nie urzekło. Może to wynika z ogromnego wrażenia jakie wywarła na nas południowa część tego kraju, a może po prostu “odzwyczajenia” się od tej masy ludzkiej pędzącej przed siebie. Tak czy inaczej z ulgą wyjechaliśmy w stronę Mendozy aby dojechać na północ Argentyny.

Poczucie straconego czasu

Kovalski i spółka

Mimo, że nie jesteśmy wielkimi fanami zwierzyny wszelakiej (no chyba, że pod postacią asado) to poświęciliśmy się i zakupiliśmy ekscytującą wycieczkę do miejsca gdzie ponoć sporo ptactwa jest. A, że ptactwo to mało mobilne w przestrzeni powietrznej to i ogląda się je spacerujące po ziemi. Niby chodziło o nieloty, które to powinny dostać Oscara za rolę drugoplanową w Madagaskarze, ale pierwsze na jakie trafiliśmy to bratankowie słynnego Pędziwiatra, który też zasłużony dla kinematografii.
Już spotkani w busie Anglicy, kojarzeni z promu, przyznali, że to ich trzecie podejście do oglądania pingwinów i jak do tej pory widzieli je tylko w telewizorze. Nowa Zelandia dwukrotnie ich rozczarowała pod tym względem, teraz była kolej na Chile, a jako że dalej jechali do Ushuaia to mieli jeszcze plan awaryjny. My nie dość, że takowego nie posiadaliśmy, to jeszcze Marta miała obiecaną konfrontację swojego pingwina z „lokalesami”. Jak ważne to było wiedzą tylko Ci który próbowali kiedyś tłumaczyć dwu_i_pół_latce dlaczego nie ma tego co obiecali i że niepotrzebnie czuje się oszukana…
Co prawda Spryciula miała też zwierza rezerwowego do porównania, ale trochę słabo „konwiniował” kolorystycznie.