Wieże

są takie miejsca na świecie, które cieszą się szczególną popularnością wśród turystów. Jednym z nich jest Torres del Paine z kultowym masywem o tej samej nazwie. To nad planami tego parku narodowego i szlaków po nim poprowadzonych siedzieli niemal wszyscy pasażerowie naszego promu.
Najdogodniejszą bazą wypadową do tego masywu jest Puerto Natales. Miejscowość rzec można wietrzna (o czym traktowała nasza superprodukcja filmowa) i chyba w żadnej innej nie usłyszycie takich melodii wygrywanych na drutach rozpiętych między słupami, no i w żadnym innym nie wysuszycie prania w pół godziny.

Samo zaś planowanie i szczegółowe analizowanie tego co dziać się będzie podczas parodniowego trekingu nie ma większego sensu – no chyba że opracowujemy akurat plan B, C, D, E na wypadek wichury, deszczu, śnieżycy czy wszystkiego razem. Rzadkością jest ładna pogoda w tym rejonie więc trzeba po prostu przyjąć do wiadomości, że co będzie to będzie i nie ma co się niepotrzebnie stresować. Z drugiej zaś strony fajnie jest mieć wszystkie cztery pory roku jednego dnia.
Ponieważ żeńska część naszego zespołu nieco się wyziębiła podczas naszej przechadzki w okolicy Perito Moreno to postanowiła (część owa) pozostać w domu naszej przesympatycznej gospodyni. Ja zaś jak prawdziwy podróżnik-zdobywca udałem się na jednodniową wycieczkę do parku pod wiele mówiącym tytułem all in one. Nie będziemy tutaj ściemniać o ogromnym wysiłku jaki musiałem w to włożyć – bo tak naprawdę wystarczyło zapłacić agencji parę pesos, a ta zawiozła szanownego mnie na miejsce i powiedziała na co patrzeć 🙂
Już czas temu jakiś przestaliśmy się frustrować, że nie możemy sobie pozwolić na jakieś bardziej zaawansowane formy zwiedzania, ale takie są niestety realia naszej podróży z Martą, nie mamy sumienia targać jej w jakieś rejony będące obarczone zbyt wysokim ryzykiem. Bo choć wypad trekingowy z namiotem może być niesamowitą frajdą dla latorośli – to jednak tylko do czasu pierwszego śniegu…
Tym też sposobem wciąż nam rośnie lista miejsc do ponownego odwiedzenia.
Pogoda dopisała, wiatr zelżał na tyle, że nie trzeba się było pochylać pod kątem 45° do ziemi, nie padało, słońce nie doskwierało za bardzo itd. Czyi jednym słowem rewelacja 🙂
A od przypadkowo (nieco później) spotkanych „zdobywców” z promu dowiedzieliśmy się, że byli dzień wcześniej na takiej samej „wyprawie” i nie widzieli nic…
Myślę, że dla tego co udało mi się zobaczyć naprawdę warte byłoby nawet poniewierania się w błocie i śniegu.
Nie dziwi mnie już teraz ta magnetyczna siła z jaką przyciąga to miejsce wszelkich mochilero.







a to już po powrocie do Puerto Natales (które się popsuło i przestało wiać):

3 Responses to Wieże

  1. Wiola says:

    mam jedno słowo: pięknie!

  2. Piotr says:

    Widoki powalajace! Chyba jedne z lepszych na Waszej wyprawie! 🙂

  3. Mariusz says:

    Piotrek, dobre, aczkolwiek…

    no i nasze wakacje z wyprawą mają tyle wspólnego co salonowy Citroen C4 z tym czym jeździ Loeb 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *