Kafaszate

było kolejne na naszej liście do odwiedzenia. Jako, że my mocno wzrokowi jesteśmy to wystarczyło zobaczyć parę zdjęć z tych okolic by wiedzieć, że trzeba tu przyjechać.

Standardowo poszukiwania noclegu odbywały się według schematu – część siedzi z tobołami, reszta biega za hostelem. W końcu i tak stanęło na jednym z miejsc do których chcieli nas zaprowadzić naganiacze. No a hostel nie najgorszy, blisko centrum (o co nie trudno w mieście o rozmiarze 10×10 „kwadratów”). I nawet internet „robił” było tylko jedno ale – które wyszło na jaw około godziny 23-ej – kiedy to dydżej odkręcił na maksa w pobliskim lokalu. Jako, że buduje się tu byle jak i byle tanio, to nie ma mowy o jakimkolwiek wyciszeniu, tak więc mimo odległości jednej przecznicy od źródła „umcy-umcy” spaliśmy – a raczej usiłowaliśmy – w dyskotece. Na dodatek w ciągu całej imprezy (ostatnie basowe wstrząsy w okolicy godziny 5.30) około 30 razy puszczany był ten kawałek, a nie było to pierwsze miejsce gdzie ten arcy-artystyczny utwór słyszeliśmy. Tak więc w chwili obecnej jeśli gdzieś usłyszymy go po raz kolejny to właściciel sprzętu na którym będzie on odtwarzany ryzykuje jego utratą i pogryzieniem przez któreś z nas.

Wyspani i wypoczęci mogliśmy udać się na patrol po okolicznych winiarniach celem przeprowadzenia degustacji i konfrontacji z zapamiętanymi smakami win spożywanych uprzednio (target do 10 peso za butle), niestety poza jednym białym nic nam nie przypadło do gustu, zresztą i tak nie mieściły się w naszych widełkach cenowych.


Za to zakupiliśmy kiełbasę z lamy i przez kolejne dni (nie do końca świadomi mocy drzemiącej w tym małym kawałku) oskarżaliśmy się wzajemnie komu śmierdzą tak okrutnie skarpetki. Dopiero jej napoczęcie olśniło nas, na szczęście w smaku zdecydowanie pozytywna w odbiorze 🙂

Zaprawieni zaś zdobyciem szczytu z krzyżem w Tafi del Valle postanowiliśmy poszaleć na rowerach. Wiadoma to rzecz, że jazda takowym sprzętem to bułka z masłem, zwłaszcza dla takich wysportowanych osobników jak my. Asekuracyjnie trasę wybraliśmy lajtową – 7km w jedną stronę, raptem 100m różnicy wysokości…. Jezu dobrze, że żyję – najgorsze 7km w moim życiu. Nie dość, że te cholerne 100m praktycznie nie widoczne gołym okiem – ale wyczuwalne każdym mięśniem moich chudych nóg, To jeszcze trasa składała się z jednej dłuuuuuugiej prostej po średnio twardym szutrze i kilku zakrętów na koniec, zero wiatru, pełne słońce, i zerowa wilgotność powietrza. Synoptyk pomylił się chyba o 20 stopni podając, że tego dnia temp. maks to 25°C.  Na miejscu do którego zmierzaliśmy okazało się że Rio Colorado to płynie tutaj ale tylko od czasu do czasu, a chwilowo to można sobie najwyżej jedną stopę zmoczyć 🙂
Za to w drodze powrotnej ni stąd ni zowąd pojawiło się zachmurzenie, temperatura spadła do obiecywanej, a niewidoczna górka okazała się wystarczająca do tego by na tym odcinku może z dziesięć razy ruszyć nogami.



jednym zdaniem – niewiele to wszystko miało wspólnego z tym czego się spodziewaliśmy, ale…

2 Responses to Kafaszate

  1. Hubert Muchalski says:

    Mój dobry znajomy sprzedał mi swego czasu sposób na pozbycie się piosenki/melodii, która kołacze się w głowie i nie chce odejść. Należy wtedy zacząć śpiewać/nucić “Kung Fu Fighting.” Sposób skuteczny, ale ma swoją cenę – po głowie będzie się kołatać “Kung Fu Fighting”.

  2. […] kilka dni na statku gdzieś pośród chilijskich fiordów, masa autobusowych przejazdów, trochę pedałowania na rowerze, jakieś promy, motorówki i kilometry pieszych […]

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *