Monthly Archives: December 2010

Tassie

tym razem dawka – dość mocno obrobionych zdjęć z Tasmanii – nie dlatego że taki kreatywny jestem – ale dlatego, że tylko do tego się nadawały te zdjęcia…
Tym razem bez opowiadania o kolesiu, który wiał z Port Arthur przebrany za kangura, jak również o tym, że najmłodszy więzień miał raptem 9 lat. Czasami ciężko jest coś naskrobać….

Teebelebberrer Mennapeboneyer

W ten właśnie łatwy do zapamiętania sposób miejscowi nazywają jedną z rzek na Tasmanii. Ponoć czternastu anglików połamało sobie język z czego ponad połowa na śmierć, dwóch wylądowało w zakładzie zamkniętym po tym jak próbowali wytłumaczyć przez telefon tą nazwę przygłuchej teściowej. Kartograf przygotowujący mapę tego rejonu – zniósł to dzielnie bo był Rosjaninem – i nigdy na trzeźwo za robotę się nie brał.

Mała (jak na australijskie warunki) wyspa – tak naprawdę ma ponad 68tys km2, dysponuje przy tym 2833km linii brzegowej. Cały ten obszar zamieszkują 3 377 859,2 owce (coś chyba pokręcił naczelny statystyk Australii) – czyli jakieś 7 razy tyle ile człekokształtnych. Co więcej Tassie jako stan to 1000 wysepek rozrzuconych w okolicach bliższych i dalszych.
Mimo szczerych chęci nie znaleźliśmy rzeczki o tej nazwie, widzieliśmy raptem parę wysepek z tej imponującej liczby, owiec pewnie tyle samo co homosampiensów – ale wiemy jedno: nigdzie ptaki nie śpiewały tak pięknie jak tutaj. Nigdzie dotąd nie było tak ogromnego morza zieleni we wszystkich możliwych odcieniach, malowniczych plaż i “polskich” klimatów. Niektórzy mówią, że to australijska Nowa Zelandia – nie mamy pojęcia czy jest w tym prawda – jeśli tak to już się cieszymy na myśl o tym co nas tam czeka 🙂

mamy telefon

w Australii
+61 415 576 288

a to wszystko dzięki Maćkowi z Neverendingtrip 🙂

Tasmania – przewodnik inny niż wszystkie

Nim się zagłębię w błyskotliwą i arcyciekawą analizę atrakcji turystycznych Tasmanii dobrze aby czytelnik wprowadził się w odpowiedni nastrój słuchając tego oto przeboju

Aby zwiedzić tą zieloną wyspę położoną na południe od Melbourne konieczny jest pojazd. Oczywiście ze względu na to o czym jest piosenka to pojazd winien posiadać dach, a że Australia to nie Ameryka Południowa to powinien być on wozem za rozsądną cenę. A mimo, że Tassie nie jest ogromne to transport publiczny tutaj nie za bardzo funkcjonuje, co tylko potrzebę tą wzmacnia.

Jak piszą w przewodnikach, wyspa piękna jest – nie warto więc dysponować pojazdem zbyt szybkim – gdyż istnieje ryzyko przeoczenia jakiegoś arcyurokliwego zakątka, bądź zdjęcia jakiegoś torbacza z drogi – wbrew jego i swojej woli. Tym właśnie sposobem zaopatrzyliśmy się w tajną broń japońskich inżynierów (od dawna na emeryturze) Suzuki Swift – rocznik 96 🙂

Lekko nie jest bo samochód ma jedną poważną wadę – ktoś się pomylił i zamontował kierownicę po stronie pasażera 🙁 Chyba spory problem mieli tutaj z tymi samochodami bo jeździ ich więcej na skutek czego aby uratować sytuację, ktoś zmienił reguły “gry” na tutejszych drogach. Każdorazowy wyjazd z miejsca postoju jest opóźniony o czas niezbędny do przesiadki na stronę “wadliwą”.

Do WSZYSTKICH

Pewnie życzeń dostaliście już masę, zdrowia już macie na najbliższe parę lat, pieniędzy chyba też…

My chcielibyśmy WSZYSTKIM życzyć odwagi do tego byście potrafili wybrać jak chcecie patrzeć na życie:

ps.
to działa 🙂

Wyspa Wielkanocna

Było tak:

za siedmioma morzami, za siedmioma górami w tak zamierzchłej przeszłości – gdy jeszcze nie znano telewizji (czarno-białej) – a fejsbuk kojarzył się angolom z obiciem komuś facjaty, na małej oceanicznej wyspie, której nazwy nie pamiętam żyły sobie zwaśnione klany.

Dla ułatwienia nazwijmy ich Kowalskimi i Nowakami. No więc, żyli sobie we względnej zgodzie (dopóty nie byli w zasięgu wzroku), mając w pamięci pewne rozróby z przeszłości (miedza i te sprawy).

Jednym słowem atmosfera była równie gęsta jak niedzielna zupa gotowana przez staruszki z wioski.

Kowalski Janek był królem w swojej wiosce, a Nowak Zdzisiek u siebie. Jak to zwykle bywa każdy z nich miał pociech bez liku, które to wałęsały się po okolicznych dżunglach – dla ułatwienia nazwijmy je lasami Sherwood.

Wyspa Świąteczna

Miało być o tym, jak drogie jest to miejsce i jak się tutaj wykorzystuje turystów (finansowo) itd… Ale jako, że blog powstaje z lekkim poślizgiem to następujące po Wyspie Wielkanocnej miejsca całkowicie zdeklasowały ją pod kątem kosztów. Co prawda jest tutaj drożej niż na stałym lądzie (południowoamerykańskim), ale nie są to jakieś zabójcze kwoty (choć z reguły x2). Co ciekawe w sklepach ceny mają charakter czysto umowny.

W skrócie lokales płaci zupełnie inną stawkę niż gringo – a ten z kolei jest dzielony na wiele różnych podkategorii, których przez cały pobyt nie udało się nam odkryć.
Oczywiście gringo Japończyk (o ile to gringo) płaci najwięcej, podobnie jak każdy niehiszpańskojęzyczny osobnik jaki tu zawitał. Inni uznaniowo, w zależności od widzimisia sprzedającego i kierunku wiatru danym dniu. Tak czy inaczej warto było zapytać parę osób w sklepie (z obsługi) o cenę danego produktu – nigdy nie usłyszeliśmy tej samej ceny 🙂

Za to nic nie stało na przeszkodzie powiedzieć pani w kasie, że na osoba na “warzywnym” mówiła o zupełnie innej kwocie co było zgodne z prawdą i powodowało zaoszczędzenie do 50% ceny.

No ale nie będziemy się rozwodzić w temacie wody za 10 czy 15 złotych czy obiadu za 50 bo nie mniejsze ceny funkcjonują nad polskim morzem w sezonie – czyli są “normalne”.

Wyspa sama w sobie jest niesamowicie malutka. Długość odcinków asfaltowych nie przekracza 60km, a z jednego końca na drugi jest nie więcej niż 25km (z grubsza). Dlatego wszystkie wypożyczalnie dają auto bez limitu kilometrów 🙂

To co rzuca się nam w oczy po wyjechaniu paru kilometrów za miasto to konie. Są ich setki, są wszędzie i mają absolutne pierwszeństwo (tak mniemamy z obserwacji)  na drodze. Nie jeden raz tylko moc naszego pojazdu uratowała nas przed zderzeniem (nie zdążyliśmy się rozpędzić) z jakąś Naszą Szkapą.

Wyspa Magiczna

Nim się zbierzemy za napisanie czegoś ciekawego (może być trudno w naszym wykonaniu) parę zdjęć z Wyspy Wielkanocnej. Parę ciekawszych nieco później…

Jednym zdaniem można ją podsumować tak:

– najbardziej magiczne miejsce na naszej dotychczasowej Drodze…

Marta ma głos

No i skończyła się nasza południowo-amerykańska “krucjata” 4 miesiące starczyło raptem na odwiedzenie czterech krajów – z których w jednym zabawiliśmy nieco dłużej (Argentyna). Ten wydawać by się mogło długi czas – z ledwością starczył na zobaczenie kilku atrakcji i takie zwyczajne “bycie tu”. Ruszamy na Rapa Nui, która to niby też południowo amerykańska – ale mamy swoje zdanie na ten temat, podobnie jak spotkany swego czasu w Nevadzie przemiły Kalifornijczyk, który niemal nas przekonał, że to Mont Blanc a nie Elbrus jest najwyższym szczytem Europy. A obecny stan rzeczy jest tylko i wyłącznie odbiciem ego pana Messnera 🙂
Przez ten czas wiele się zmieniło – a największa odnotowana zmiana to nasza córka. Przyznać musimy, że rośnie nam mistrz ciętej riposty, ściemniacz, kombinator i cwaniak.

Najgorsze jest to, że za nic w świecie nie wiemy skąd jej się to bierze. Ojciec spokojny, matka poukładana…
Staraliśmy się kilka z jej refleksji zanotować – bo pamięć ulotna strasznie w naszym wieku. Mam nadzieję, że po przeczytaniu – nikt już z dzieckiem nie wyjedzie 🙂

mamy więc dwie kategorie – pierwszą z grubsza możemy nazwać złote myśli:

.

główka pracuje:

I on ma taki NACISK na plecach, taki specjalny różowy jak flaming…..i jak go nacisnę – ten nacisk różowy to mi urosną takie skrzydła i będę latała. (rzecz się działa w Buenos Aires gdzie mieszkaliśmy dość wysoko i mieliśmy balkon – więc musiałem z nią negocjować – by pierwszy lot spróbowała robić w pokoju i to w obecności jednego z rodziców)

Salta Ciudad

No i wróciłem, do szczęścia mojego dwuosobowego dzielnie hostele zmieniającego i w kasze dmuchać sobie nie dającego 🙂

i znów można wspólnie kolejką jeździć, widoki podziwiać, kamyki rzucać i bajek słuchać z wielką uwagą 🙂