Echhh Boliwia….

Droga do La Quiaca z Salty (gdzie porzuciłem swoje kobiety na czas nieokreślony), wlokła się niemiłosiernie do momentu przekroczenia magicznej granicy 2000 m npm.  Wtedy to wjeżdżamy na teren Quebrada de Humahuaca. Przez większość drogi towarzyszą nam tory kolejowe, które sądząc po ich stanie dłuższy czas nie były używane i raczej nic tego stanu nie zmieni. Pozarywane wiadukty, podmyte nasypy a w tle fantastyczne góry, mieniące się dziesiątkami kolorów.
Najciekawsze zaś tereny znajdują się na północ od Humahuaca gdzie spędziliśmy ostatni tydzień. Abra Pampa, Tres Cruces i okolice są niesamowite. Niestety szans na zdjęcia nie było gdyż autobus ostatni raz miał myte szyby jakieś 3 lata wcześniej.

W takich momentach zastanawia się człowiek (znaczy się podmiot liryczny tego wpisu), czy „taka” Boliwia jest w stanie czymś jeszcze zaskoczyć.

No ale zanim mogłem się o tym przekonać, należało pokonać dystans paru kilometrów do granicy z przedmieść La Quiaci – gdyż albowiem miejscowa ludność postanowiła tego właśnie dnia protestować blokując drogę wjazdową do miasta. Obsługa autobusu z wrodzoną sobie beztroską otworzyła drzwi autobusu, polali wrzątek w matejki i zapalili papieroska.

Ponieważ ludziska głupie są to nie wiedziały, że to sygnał by zapomnieć o dalszej jeździe. Obsługa postanowiła więc uświadomić backpackerskich gamoniów (którzy stanowili większość podróżnych) w bardzo prosty sposób – zgasili silnik i wyłączyli klimę. Już po pięciu minutach nikogo nie było w środku. Mieliśmy za to okazję podziwiać grupę osobników Leppero-podobnych, którzy zablokowali drogę i pod rozłożonymi plandekami prowadzili ożywioną dysputę siorbiąc mate.  Wszędzie zaś królowały portrety jedynego słusznego przywódcy i rewolucjonisty Che. Cóż teoretyków było wiele, niestety mało która tych idei działa w praktyce. Wszystko przed narodem argentyńskim 😀

Tak czy inaczej wyposażeni w dobytek udaliśmy się żwawym krokiem w poszukiwaniu granicy. Już na miejscu zaskoczył nas boliwijski pogranicznik, który na pełnym luzie obdarował nas pieczęciami w paszporcie życząc miłego pobytu 🙂

Jak to zwykle bywa wśród backpackerskiej braci rozpętała się dyskusja o wyższości przewodnika Footprint nad biblią LP – gdyż ta ostatnia oszukała swoich wiernych wyznawców – kopiując nieaktualny rozkład pociągów ze strony przewoźnika boliwijskiego. Tym właśnie sposobem w środę pociąg miał być 🙂  W sumie to nawet miałem ochotę nim pojechać, ale jako, że jakieś pięćset osób ostrzegało mnie przed podróżą autobusem to postanowiłem wybrać tą (z punktu widzenia białych twarzy) te alternatywną formę transportu. Różnica w cenie utwierdziła mnie tylko w tym przekonaniu, ponadto pojazd nieszynowy jechał o godzinę krócej.

Jedyne zaś niebezpieczeństwo zaobserwowane po drodze to babcia w meloniku sprzedająca siódmy raz rozmrożono-zamrożone lody prosto z reklamówki.

Wykorzystanie miejsca w autobusie – w porównaniu do południowych sąsiadów – również zdecydowanie bardziej efektywne (i efektowne), gdyż na pełnym luzie jechało nas około 80 osób plus spora ilość drobiu, nie wspominając jakichś dwóch ton kartofli w lukach bagażowych, które nie pozwalały naszemu autobusowi wznieść się w powietrze mimo usilnych starań kierowcy. Jednym słowem – już mi się podoba.

Widoki zaś z każdym kilometrem stawały się coraz ciekawsze…

Echhhh Boliwia….

a, że daleko stąd niemal wszędzie
to mi żona spakowała trochę prowiantu na drogę:

One Response to Echhh Boliwia….

  1. Hubert Muchalski says:

    “[…] gdzie porzuciłem swoje kobiety na czas nieokreślony” – A mi Renata napisała, że wracasz po tygodniu 🙂

    Bardzo lubię posty gdzie równowaga jest przesunięta w stronę rozmyślań podmiotu lirycznego.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *