Na Salar – dzień czwarty – ostatni

Salar o wschodzie… wrażenie piorunujące – choć z drugiej strony muszę napisać coś mało popularnego,

mimo, iż miejsce to jest niesamowite to nie rzuciło mnie na kolana całkowicie i bez reszty. Nie to żeby mu cokolwiek brakowało, ale cała ta droga tutaj, te pokonane wcześniej 700 kilometrów, kurzu, wybojów i nieustannego wpatrywania się w okno i co zakręt robienia „wow” – bo nie sposób nie zachwycać się wszystkim co nas otaczało, dymiący wulkan, laguny pełne tysięcy flamingów, pustynie, skały, opuszczone miasteczka były niesamowite i w pewien sposób podniosły poprzeczkę oczekiwań w odniesieniu do Salaru*.

Absolutnie nie ma mowy o jakimkolwiek zawodzie z tego tytułu – miejsce jest jednym z moich ulubionych – gdzie można się poczuć jak mrówka (nie wiem dlaczego ale właśnie te przytłaczające swoim ogromem są dla mnie najciekawsze).

Choć najlepsza jest zawsze DROGA











*Chyba zbyt dużo, zbyt dobrych zdjęć z tego miejsca widziałem wcześniej 🙂

*Istnieje ryzyko, że 4 dni z Sabriną i Boys, Boys, Boys – zmieniły postrzeganie świata 🙂

3 Responses to Na Salar – dzień czwarty – ostatni

  1. Hubert Muchalski says:

    Tak samo jak drugi kawałek czekolady nie smakuje tak dobrze jak pierwszy. Powinieneś był założyć opaskę na oczy podczas drogi, to może wtedy byłoby lepiej. Ważne, że nasyciłeś się tym co najważniejsze – DROGĄ.

    Pozdrowienia z Music City.

  2. monsun says:

    Wszystkie Twoje zdjecia z Salar (z tego i wczesniejszych postow) naprawde sa fantastyczne! Wczesniej Boliwia jakos mnie specjalnie nie pociagala, ale teraz juz wiem, ze dla samego Salar warto ja odwiedzic.

  3. Mariusz says:

    Monsun Twoje ostatnie zdjecia z SF sa kapitalne!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *