Tasmania – przewodnik inny niż wszystkie

Nim się zagłębię w błyskotliwą i arcyciekawą analizę atrakcji turystycznych Tasmanii dobrze aby czytelnik wprowadził się w odpowiedni nastrój słuchając tego oto przeboju

Aby zwiedzić tą zieloną wyspę położoną na południe od Melbourne konieczny jest pojazd. Oczywiście ze względu na to o czym jest piosenka to pojazd winien posiadać dach, a że Australia to nie Ameryka Południowa to powinien być on wozem za rozsądną cenę. A mimo, że Tassie nie jest ogromne to transport publiczny tutaj nie za bardzo funkcjonuje, co tylko potrzebę tą wzmacnia.

Jak piszą w przewodnikach, wyspa piękna jest – nie warto więc dysponować pojazdem zbyt szybkim – gdyż istnieje ryzyko przeoczenia jakiegoś arcyurokliwego zakątka, bądź zdjęcia jakiegoś torbacza z drogi – wbrew jego i swojej woli. Tym właśnie sposobem zaopatrzyliśmy się w tajną broń japońskich inżynierów (od dawna na emeryturze) Suzuki Swift – rocznik 96 🙂

Lekko nie jest bo samochód ma jedną poważną wadę – ktoś się pomylił i zamontował kierownicę po stronie pasażera 🙁 Chyba spory problem mieli tutaj z tymi samochodami bo jeździ ich więcej na skutek czego aby uratować sytuację, ktoś zmienił reguły “gry” na tutejszych drogach. Każdorazowy wyjazd z miejsca postoju jest opóźniony o czas niezbędny do przesiadki na stronę “wadliwą”.





No więc jak już ruszymy z miejsca to oczom naszym ukazuje się całe bogactwo tej wyspy – czyli dużo zielonego oraz sweterki i steki żrejące to zielone co kawałek.


Jednak prawdziwy skarb – można zobaczyć kawałeczek dalej (mogę sprzedać koordoynaty GPS). Pewnie i Wasza babcia dostała mandat za uprawę tego ziela – zmieniającego życie (raz na zawsze):

Kolejną atrakcją wyspy jest las deszczowy – czyli w sumie każdy jeden tutaj bo pada wciąż, z ewentualnymi przerwami na papierosa, podczas których efektownie paruje asfalt tu i ówdzie.

Jedzie się przez taki las a tu nagle się okazuje, że hodowana latami w domu paprotka – tak naprawdę jest drzewem, a skaczący na tylnych łapach sierściuch – największym zagrożeniem.
Jak już cało i zdrowo, przez las się przetoczymy – na większych podjazdach wrzucając dwójkę – docieramy do najbardziej kontrowersyjnej atrakcji tej części Oz. Do tamy na rzece Gordon. Ktoś kiedyś wymyślił sobie że można spożytkować ogromną ilość wody jaka jest na Tasmanii do produkcji energii elektrycznej. Jak sobie wymyślił tak też zrobił – znaczy zaczął robić – bo dość szybko ekoterroryści – tfu przejęzyczyłem się – zieloni zaczęli protestować. Jak to bywa przy takich protestach, ktoś dostał w dziub, ktoś inny złapał jakieś “zawiasy”, jeszcze ktoś inny stracił robotę – bo finalnie prace wstrzymano. Jak już wszyscy koloru uspokajającego myśleli, że dopięli swego pracę wznowiono. Rodacy na budowę weszli, ekolodzy zaś wyszli na drogi- by tym razem w sposób wyważony i nieagresywny pokazać swoje racje. Pomysł pewnie by się udał – gdyby nie to, że naprędce zmienione prawo pozwalało eliminować drogą policyjną – także tych spokojnie protestujących. W czasie jak Ci siedzieli, prace nabrały tempa i dzisiaj mamy do czynienia z największym w Australii zbiornikiem słodkiej wody.

Podsumowując – jest ładnie, ziemia kupiona – będziem słać paczki z makowcem 🙂

One Response to Tasmania – przewodnik inny niż wszystkie

  1. Renata says:

    chyba w doniczce :))

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *