Monthly Archives: February 2011

Jucyleaks.com

Pisaliśmy już o subkulturze turystów w kamperach Jucy pozdrawiających się na drogach całej Nowej Zelandii, którzy to narzekają na swój pojazd po przybyciu na pole kempingowe. Mieliśmy cichą nadzieję, że wszystkie te marudzenia są głosem rozkapryszonego niemieckiego turysty (jakieś 65% wszystkich spotykanych ludzi tutaj).
Aż tu pewnego dnia zaczęły dochodzić dziwne dźwięki ze strony nadbudówki gdzie mieści się sypialnia Kaowca. Jako, że my na wakacjach jesteśmy to dźwięki te potraktowaliśmy z należytym im szacunkiem – czyli pogłośniliśmy radio.

Niestety źródło dźwięków zlokalizowało się samo podczas pamiętnej ulewy, którą spędziłem na lodowcu. Generalnie wilgotność wewnątrz był identyczna jak i na zewnątrz – bez szans na wysuszenie. Tak więc noc spędziliśmy w pokoju hotelowym i dnia kolejnego podążyliśmy naszym statkiem podwodnym w stronę najbliższego serwisu.
Co zakręt woda zmagazynowana w różnych zakamarkach kampera tryskała to z prawej to z lewej strony. Na szczęście, na zewnątrz przestało padać więc po parunastu kilometrach jak już zapasy H2O się skończyły to ustał i deszcz wewnątrz auta.

Cały dzień sprytny NoWorriesMadeByNewZealand pracował nad doprowadzeniem wozu do stanu używalności. Z uśmiechem oddał nam auto informując, że problem został zafiksowany czy jakoś tak. To jak został on zafiksowany wyszło na jaw już po paru godzinach bo znów zaczęło lać. Dość powiedzieć, że mało nie sfiksowaliśmy od profesjonalnego podejścia do tematu.

Dzięki temu, że oglądało się w młodości tfu w dzieciństwie (młodość to jest teraz i przez najbliższe 30 lat) Maka Gajwera z jego super pomysłami to człowiek nie jest takim bezradnym cielęciem na jakiego wygląda. Szybko więc wystrugaliśmy sobie ze znalezionego nieopodal otoczaka duct tape i pognaliśmy na złamanie karku w poszukiwaniu kawałka daszku nad głową aby ją przykleić gdzie trzeba.

Cesarz

Naoglądaliśmy się przeróżnych lodowców na naszej drodze. Począwszy od alaskańskich, poprzez kanadyjskie i amerykańskie do argentyńskich i czilijskich. Z żadnym jednak nie mieliśmy okazji do wejścia w tak bliską komitywę jak z Franciszkiem Józefem.
Tą przewrotną nazwę nadano lodowcowi w miejscowości, która nie wiedzieć czemu nosi nazwę Franz Josef Glacier Village.
Tanio nie było to przyznać muszę, ale prędko się okazja nie nadarzy by połazić po takiej ilości zamarzniętej wody, co było więc robić. Pogoda dopisała dokładnie tak jak wskazuje na to statystyka dla tego regionu i ilość wody spadająca ten teren rocznie (jakieś 6+ metrów). Jednym słowem lało non stop kolor. Dobrze, że sobie kupiliśmy wodoodporny aparat – bo miałem okazję sobie przez cały dzień dreptania po lodowcu wypominać dlaczego go nie wziąłem ze sobą.

Przechadzka taka odbywa się pod okiem doświadczonego chudego rudzielca o angielskiej urodzie (innych nie widziałem – a było ich na trasie parunastu). Którzy w zdecydowanej większości dopiero jak zaczęło lać jak z cebra włożyli na grzbiet coś na kształt wiatrówki – wcześniej raźnie maszerowali w tiszercie i bezrękawniku.
Ja jako osobnik zdecydowanie zimnolubny czułem komfort termiczny ubrany w dwie pary spodni (jedne goretexowe), taką samą kurtkę (z windstopperem pod spodem) dwoma koszulkami, czapką, rękawiczkami itd. Z drugiej strony wycinanie nowych (tudzież odnawianie starych) schodów w lodowych taflach za pomocą kilofa jaki nieśli ze sobą na pewno pozwala czuć przyjemne „ciepełko”.
Z tego co udało się dowiedzieć to prace mają 5 dni w tygodniu – z czego przez 3 dni nie prowadzą turystów po lodowcu, a biegają z tym kilofkiem po Franciszku i naparzają celem wybudowania prowizorycznych szlaków. Ja osobiście dziękuję za taką robotę.

Nasz rudzielec wyjątkowo energicznie poczynał sobie z kilofem podczas 8 godzinnego „spaceru”. Ja zaś zdołałem się przekonać o tym że nie ma materiałów nieprzemakalnych, za to kapitalnie działają klasyczne wełniane rękawice, które nawet całkowicie przemoczone chronią przed chłodem.

Arthur Pass

Uwaga uwaga!!! WPZS radzi:
to coś „jechane” w jedną mańkę zasadniczo różni się od tego czegoś „jechanego” w mańkę przeciwną – więc jeśli obywatelu masz wybór to wybierz dobrze – bądź jedź w obie strony. Koniec rady.

Tak też i my uczyniliśmy przy okazji poznając się bliżej z takim skrzeczącym cholerstwem zwanym KEA.
Tu mam kolejny apel do społeczeństwa – jeśli jest napisane na tabliczkach – Nie Karm Ptaszyska – to go nie karm. Bo się przyzwyczai i będzie próbował lądować na biednym turyście pragnącym zrobić zdjęcie życia (w tym celu kładąc się na Matce Ziemi) – myśląc, że napis na plecach to coś do żarcia. Skończyć się to może dla niego (turysty znaczy się) – wykonaniem odruchu bezwarunkowego (leżąc nad przepaścią słusznych rozmiarów) polegającym na bliżej nie skoordynowanym podskokowyskoku, zderzeniem łuku brwiowego z dość ciężkim body aparatu i migotaniem przedsionków na myśl o czekającym locie.

Marta ma…. nowe hobby

nowa pasja naszego dziecka objawiła się w całej okazałości. W sumie to była już wcześniej ale nasz serdeczny przyjaciel z Rio pożyczył od nas mały aparat więc nie mogła niewiasta rozwijać tego hobby. W tym momencie mamy już dość zaawansowanego technicznie małolata. Każdorazowo zaczyna się od pytania:
Tata/Mamo jest miejsce na kalcie?
Tato/Mamo jest bateria w moim aparacie?
– Tato/Mamo mam dzisiaj kale?
(to temat na osobny wpis – zatytułowany wymyślne tortury wychowawcze)

jeśli odpowiedź na powyższe wygląda tak:
-tak
-tak
-nie

to następuje stwierdzenie:
– DAJ MI TO!!!

West Coast

Nasz sprytny plan przewidywał tą część NZ jako kolejną po Abel Tasman. Trasa wiodła przez góry, górki i pagórki i miała przystanek regeneracyjny na małym polu kempingowym. Co oczywiste ten prowadzony w sercu nowozelandzkiej Wyspy Południowej, przez parę chińczyków przybytek, miał na stanie czeskiego barmana oraz skromną grupę turystów składających się z nas Polaków oraz co łatwe do odgadnięcia, pary z Zimbabwe.
Pewnie niektórych mogliby zdziwić Ci Polacy w tym zestawieniu, ale kto czytał nasze wcześniejsze wpisy wie, że nawet na Alasce skromny buddyjski mnich, jak co roku spędzający tam swoje wakacje natknął się na tych ludzi mówiących szeleszczącym językiem.
Mieliśmy też okazję zdecydowanie bliżej zaprzyjaźnić się z sand flies i uwierzcie, Dziki Komar Alaskański, MCLS z Capitol Reef czy też komar z Tulum to przy nich niewinne muszki owocówki. Jedyny plus to to, że nie atakują obiektów ruchomych :), a że do łazienki była kolejka (co zrozumiałe przy takim obłożeniu placówki wypoczynkowej) to Renata zrobiła jakieś pół dystansu maratońskiego w oczekiwaniu na wejście do środka. Ja mam lepsze metody w takich sytuacjach…

Noc udało się przeżyć i pojechaliśmy zobaczyć kamienne naleśniki.
Niby fajne ale wolę te smażone przez małżonkę.
Udało się nam także zobaczyć piękny zachód słońca, taki śliczny most do donikąd nad turkusową wodą, i ważkę sabotażystkę próbującą most ten rozkręcić. Zresztą zobaczcie sami:

Północ Południa

Macie szczęście – rzekł spotkany na polu kampingowym brytyjski expat mieszkający od 20 lat w NZ. Wieczorny prom do Picton to kapitalna sprawa – zachód słońca wśród urokliwych zatok tuż przed wejściem do portu w tej miejscowości.
Teoretycznie miał sporo racji, praktyka jednak nie zawsze idzie z nią w parze. Zamiast pięknych widoków była ściana deszczu. Zabrakło więc odwagi do oglądania okoliczności przyrody. Za to dzięki temu zdążyliśmy przejrzeć jakiś przewodnik i mniej więcej nakreślić trasę naszej podróży po Wyspie Południowej. Jakoś tak wyszło że w lewo mamy jechać, może to i dobrze bo przy kierownicy po prawej strony jakoś tak łatwiej.
Wracając do promu to całe szczęście, że tym co nie lubią bujania nie zdążył błędnik sfiksować.

Czego łódka nie dokonała to jazda po krętej drodze w ulewnym deszczu dopełniła – tak więc suma summarum małżonka zielona poszła spać.

Mieliśmy taki sprytny plan, żeby popływać kajakiem po Abel Tasman – ale półgodzinny spektakl z mocarnym chłopem w roli głównej i jego walka z falami by odbić kajakiem od brzegu wystarczyła nam, żeby plany zmienić.
Dobrze, że nie była to jedyna sensowna opcja spędzania czasu (w domyśle wolnego – swoją drogą nie bardzo pamiętamy jak wygląda ten drugi…. jak on się nazywał?