West Coast

Nasz sprytny plan przewidywał tą część NZ jako kolejną po Abel Tasman. Trasa wiodła przez góry, górki i pagórki i miała przystanek regeneracyjny na małym polu kempingowym. Co oczywiste ten prowadzony w sercu nowozelandzkiej Wyspy Południowej, przez parę chińczyków przybytek, miał na stanie czeskiego barmana oraz skromną grupę turystów składających się z nas Polaków oraz co łatwe do odgadnięcia, pary z Zimbabwe.
Pewnie niektórych mogliby zdziwić Ci Polacy w tym zestawieniu, ale kto czytał nasze wcześniejsze wpisy wie, że nawet na Alasce skromny buddyjski mnich, jak co roku spędzający tam swoje wakacje natknął się na tych ludzi mówiących szeleszczącym językiem.
Mieliśmy też okazję zdecydowanie bliżej zaprzyjaźnić się z sand flies i uwierzcie, Dziki Komar Alaskański, MCLS z Capitol Reef czy też komar z Tulum to przy nich niewinne muszki owocówki. Jedyny plus to to, że nie atakują obiektów ruchomych :), a że do łazienki była kolejka (co zrozumiałe przy takim obłożeniu placówki wypoczynkowej) to Renata zrobiła jakieś pół dystansu maratońskiego w oczekiwaniu na wejście do środka. Ja mam lepsze metody w takich sytuacjach…

Noc udało się przeżyć i pojechaliśmy zobaczyć kamienne naleśniki.
Niby fajne ale wolę te smażone przez małżonkę.
Udało się nam także zobaczyć piękny zachód słońca, taki śliczny most do donikąd nad turkusową wodą, i ważkę sabotażystkę próbującą most ten rozkręcić. Zresztą zobaczcie sami:

One Response to West Coast

  1. Zośka says:

    Ale fajnie, że wróciliście. Piszcie, piszcie, piszcie !!!!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *