Monthly Archives: March 2011

Central Otago

Dziś parę zdjęć z dawnego epicentrum gorączki złota – obecnie sennego i malowniczego Otago. Nie będziemy się zbytnio rozpisywać – bo chyba ktoś z nas złamał palca u nogi i nie pozwala go sobie dać nastawić/amputować – na skutek czego jest nieznośny. A ja zamiast móc zrobić dobry uczynek wciąż dostaję po głowie.

Zamek! – Hurra!

Nasza córka jest królewną – o czym już gdzieś wspominaliśmy. Gdy więc nieopatrznie wypowiedziałem słowa:
–  oooo zamek!?!
przejeżdżając obok zjazdu na tą atrakcję na półwyspie Otago reakcja była natychmiastowa.
– ja chcę!!!

Nie będziemy ukrywać, że nie dla miast przyjechaliśmy na Nową Zelandię, tym bardziej i nie dla zamków. Ale trochę nas ciekawość w tą stronę ciągnęła – no bo jak to tak zamek na Antypodach. A i zdanie najmłodszego uczestnika naszych wakacji nie było bez znaczenia.

Pierwotny plan zakładał odwiedzenie koloni albatrosów i pingwinów żółtookich czy jakoś tak – ale nie mieliśmy odpowiednio ogromnej lunety aby, któreś z tych zwierząt dostrzec.

A że półwysep malowniczy i widoki co zakręt ciekawsze to pojechaliśmy zobaczyć to cudo.
No cóż…. Królewna Marta powitana została z należnymi jej honorami. Zamek sam nie jest jakimś cudem architektury, a już zamkiem na pewno nie (przynajmniej nie o takim zamku myśleliśmy). Całość wygląda na zgrabny letni domek magnackiej rodziny z XIX wieku. Na nas wrażenie zrobiła ciasnota tam panująca i ogród, który był dość interesujący.
Najciekawsza zaś była historia jego właściciela. Kasę zrobił, kasę stracił ale jedną rzeczą zaimponował, swą męską przebiegłością. Żon miał bez liku, dzieci zresztą też nie mało – ale tak sobie sprytnie kombinował żeby drugą połówkę według specjalnego klucza dobierać. A kluczem tym była teściowa. Znana jest stara maksyma, że lepszy stary wróg bo znany niż nowy, po którym nie wiadomo czego można się spodziewać. Tak więc brał sobie za żony siostry i dopiero gdy się „mamuśka” zabrała zaczął szukać szczęścia w nieco dalszych rejonach.
Dla nas miejsce to (w sumie odwiedzone przez przypadek) było o tyle zaskakujące, że spotkaliśmy tam…. kolegę z pracy. Wiedziałem, że świat jest mały – ale że aż tak…

Zakrzywienie czasoprzestrzeni

Zefirek wiejący na południu przypominał nam Puerto Natales z tą jedną różnicą że zdecydowanie bardziej deszczowo było przy tym „dmuchaniu”.
Podróżowanie kamperem – dotąd przyjemne i bezstresowe* – zaczęło przejawiać oznaki walki o przetrwanie w tych warunkach. Podmuchy przestawiały nas to o metr w jedną to w drugą stronę na drodze, a potężny silnik kampera wył na najwyższych obrotach próbując wdrapać się pod najmniejszą górkę – jeśli tylko było pod wiatr – a dziwnym trafem niemal zawsze tak było. Gdy zaś jechaliśmy w dół to wiaterek decydował, żeby nam pomóc co nieco w tym – tak więc hamulce niemal się paliły. Już mieliśmy sobie dać na luz i przeczekać kiedy na horyzoncie zamajaczył nam wyładowany sakwami rowerzysta. Sprytny cyklista walczył z wiatrem jak lew podjeżdżając zygzakiem pod najmniejszą nawet górkę.
Dobre serce polskiego turysty kazało nam zatrzymać się i zapytać czy go gdzieś nie podholować – zgodnie z oczekiwaniem ten honorowy obywatel Republiki Federalnej Niemiec odmówił i „pognał” przed siebie. Wiadomym było, że skoro germański cyklista jedzie to i my jechać musimy. Rzecz ta działa się rano przed Invercagill – a już wieczorem w tejże miejscowości ujrzeliśmy ambitnego jak kończył swą 10 kilometrową krucjatę. Ależ mi go żal był, niby Niemiec – ale zawsze to chłop…

Żeby nikt nie pomyślał, że my również tylko 10 kilometrów pokonaliśmy autem walcząc z wiatrem to dotarliśmy w międzyczasie do miejscowości Bluff – gdzie udało się nam odkryć przedziwną rzecz. Mianowicie kilometr mierzony z południa na północ nie jest równy kilometrowi mierzonemu w stronę przeciwną. Co więcej z naszych obliczeń wynika, że 1km SN jest równy jednemu milionowi trzydziestu sześciu tysiącom czterystu dwóm milimetrom i pięćdziesięciu siedmiu setnym w kierunku przeciwnym.

Milford Sound

o miejscu tym większość naszych znajomych mówiła wręcz z religijnym namaszczeniem. Jakie to piękne miejsce, jak niesamowity jest widok tych wszystkich fiordów, lasu deszczowego i mnóstwa wodospadów. W sumie z tych wszystkich atrakcji widzieliśmy tylko te wodospady – a raczej jeden wielki, który był wszędzie.
Byliśmy zdeterminowani aby poczekać na lepszą pogodę niestety prognozy na następne dni były tak bezlitosne że daliśmy sobie spokój.
Pozostanie nam tylko oglądanie kartek i zdjęć innych…

miało być tak

MadafakaBumBumBum

… spotkać tytułowego M.
Tak naprawdę imię miał zupełnie inne – ale chyba jego rodzice do dziś plują sobie w brodę, że nazwali go w tak trywialny sposób – nijak nie pasujący do jego temperamentu – że nawet nie ma sensu go przytaczać.
Jak sam mówi, robota „daje radę” i nie zamierza szukać niczego na boku. Trudno się dziwić, dostaje dwa sześciocylindrowe silniki Buicka, każdy ze sprężarką, razem produkują jakieś 600KM, które napędzają odrzutowe turbiny podpięte do płaskodennej łodzi.
Jedynym jego zadaniem jest wywołanie reakcji wśród swoich pasażerów, No a to raczej nie jest trudne jak się ma nie więcej jak metr wody pod sobą, z h2o sterczą głazy wielkości wieżowca, a chabety pochodzące z amerykanckich silników robią co mogą, żeby prędkość nie spadała poniżej 50km/h. Przytaczając inne dane statystyczne – na minutę monstra te przepompowywują 48 000 litrów wody i spalają jakieś 3,5l wysokooktanowej benzyny. Ten drugi wynik przebija nawet fiaty panda przedstawicieli handlowych pędzących gierkówką z prędkościami dalekimi od zdrowego rozsądku.
Miałem szczęście jeździć szybkimi autami w warunkach „dalekich od ruchu drogowego” ale podróż JetBoat po Shootover River to tak niesamowite przeżycie, że przez cały dzień miałem uśmiech na twarzy. Ponoć nawet Elka z banknotów była to zobaczyć ale speniała w ostatnim momencie – nie wiem ile w tym prawdy – ale jeśli tak to niech żałuje.
To było te 30 minut, dla których prędzej czy później przyjechałbym do Nowej Zelandii.

Queenstown – czyli prawie jak Bariloche

Witamy po przerwie. I przede wszystkim dziękujemy (wersja dla głęboko wierzących Bóg Zapłać) Wszystkim za pamięć, maile i wszelkiej maści zaczepki służące potwierdzeniu, że wszystko z nami OK.
Przepraszamy za ogromne opóźnienie w aktualizacji bloga ale tak się złożyło, że uszkodzony komputer spowodował tak duże nagromadzenie zdjęć do przygotowania, że na samą myśl o tej robocie ogarniała nas niemoc twórcza. Nie pomagały w tym też ceny dostępu do internetu w Nowej Zelandii i Australii (ta druga przebija pod tym względem nawet Tahiti). Teoretycznie są jakieś free hot spoty – ale z reguły w tych darmowych nasza domena jest untrusted – więc nie mamy możliwości jakiegokolwiek „zaktualizowania się”. Biblioteki działają tylko w pewnych godzinach, a my jesteśmy na wakacjach – więc jedziemy tam gdzie nas coś interesuje, a nie tam gdzie można się podłączyć – Tak więc dotychczas najtańsza forma komunikacji ze światem (Skype) stała się mało konkurencyjna w stosunku do miejscowego telefonu czy nawet roamingu na polskiej komórce 🙁

Wracając do tematu – dojechaliśmy do Queenstown i z daleka wydało nam się bardzo podobne do Bariloche (w którym jesteśmy zakochani) jednak w tym wypadku słowo „prawie” robi bardzo dużą różnicę. Niekoniecznie chodzi o „lepsze – gorsze” ale o nieco inne odczucia.
Jest po prostu inne – a chyba jedyne w czym przypomina swojego argentyńskiego odpowiednika to „miejscówka”. Oba położone nad górskim jeziorem (to nowozelandzkie ma zdecydowanie bardziej intensywny kolor), otoczone górami, lasami, wzgórzami i wyposażone w tysiące miejsc gdzie można nacieszyć wzrok tymi widokami. Pisaliśmy już na takim czymś jak FB że widoki warte są milion dolarów – niestety działki, które to zapewniają kosztują zdecydowanie więcej.