prawie jak…

Dziś trochę ponarzekamy na NZ. Zacznijmy od Marlborough Sound położonego na północnej części wyspy południowej. Po wylądowaniu tutaj (promem – nie kosmicznym) pojechaliśmy do Abel Tasman. Samego Marlborough widzieliśmy tyle co nic bo było delikatnie mówiąc dżdżyście. Gdy więc w drodze powrotnej dojeżdżaliśmy do Picton mając za oknami piękne bezchmurne niebo i słońce raźnie ogrzewające otaczającą nas rzeczywistość cieszyliśmy się na myśl o kolejnym dniu spędzonym w tym miejscu. Tyle, że kolejny dzień był już zupełnie inny i znów zobaczyliśmy NIC. Za to słońce wyszło jak już staliśmy na pokładzie promu 🙂 Cóż nie tylko Milford Sound jest w NZ miejscem, którego nie udało się doświadczyć.

Drugim miejscem, które (mimo ładnej pogody) nie powaliło nas na kolana była Rotoura. Niby siarką pachnie, niby jakieś gejzerki z ziemi wyskakują ale to wszystko jakieś takie… mało spektakularne. Nie wiemy jak wyglądają tego rodzaju tereny na Islandii (do której mamy najbliżej z Polski) ale po Yellowstone (które też zdecydowanie bardziej dostępne niż NZ) to nie ma tutaj co oglądać. Z czystym sumieniem możemy tą atrakcję odradzić – jako mało wartą (w sensie widokowym – bo ceny za wstęp dla rodziny są jak za roczny karnet na wszystkie parki w US).

Na szczęście prześwietliliśmy w końcu nieszczęsnego „chyba” złamanego palca i okazało się, że wszystko gra. Sama zaś wizyta w szpitalu trochę nam przypominała meksykański styl likwidowania bezrobocia – tyle, że w bardziej luksusowej wersji, ale nie ma co zanudzać. Grunt, że stan zdrowia pacjenta zaczął się dramatycznie poprawiać tuż po usłyszeniu diagnozy 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *