Monthly Archives: May 2011

Pięć tysięcy trzysta pięćdziesiąt

Australia jest krajem wielkich przestrzeni – to nie podlega żadnej dyskusji. Jest krajem ogromnych pustkowi gdzie po horyzont nie ma na czym “zawiesić oka”. Jest też krajem, który tną ze znaczną prędkością ogromne ciężarówki. Jako, że ich rozmiar daleki jest od naszego “zdroworozsądkowego” wyobrażenia – to nazwano je Road Train. I ta nazwa naprawdę jest adekwatna do wielkości tych kolosów. Naoglądaliśmy się wielkich ciężarówek w USA, ale przy australijskich “tirach” – to jak “resoraki”. Przy długości dopuszczalnej (w Zachodniej Australii) 53 i pół metra i masie sięgającej 200 ton – jakakolwiek konfrontacja nie jest wskazana.
Niezmiernie rzadko podróżują one z dozwoloną prędkością – co wcale nie oznacza, że są zawalidrogami, wprost przeciwnie to chyba jedne z najszybszych pojazdów poruszających się po drogach outbacku.

W sytuacji takiej jak nasza – wyprzedzanie nie wchodziło w grę, i pewnie nawet po dodaniu kolejnych stu koni mechanicznych mielibyśmy z tym problem. Zdecydowanie bezpieczniej było zjechać nieco na bok jezdni by mogli w spokoju pędzić przed siebie. Raz nawet się zdziwiliśmy bo kierowca takiego zagadał nas na stacji paliw słowami:
– hej stary, skąd jesteście – bo na pewno nie z Niemiec? …..
To fakt – jadący z prędkością patrolową turyści – są największym utrapieniem dla pociągów drogowych. W sumie trudno się dziwić, rozpędzenie takiego zestawu mimo sześciuset konnego silnika trwa ładnych parę minut. A awaryjne hamowanie 200 ton nie należy do bezpiecznych manewrów.
Jako, że wszyscy nas ostrzegali przed zwierzętami na drodze to i o to zapytaliśmy – jak to jest i na ile przestrogi są realne. Gość z rozbrajającą miną powiedział, że kangur to żadne zagrożenie, nieco gorzej jest z krową lub ich stadem na drodze…
– a jak się cofa takim zestawem? – nie cofa się
– a ile czasu trwa sprawdzenie ciśnienia w kołach (86 sztuk) ? – nie wkurzaj mnie 🙂

Stąpając po niebie…

Po co my tu przyjechaliśmy? …. a zobaczyć sztukę.
To sztuka z rodzaju tych, których ja osobiście nie pojmuję i niewiele wskazuje na to bym ją kiedykolwiek pojął. Jakiś artysta był zeskanował zaawansowaną techniką kompjuterową 51 mieszkańców Menzies (całkiem duży odsetek ludności w tej miejscowości – która niespełna wiek temu liczyła ich ponad 10 tysięcy) następnie obrobił komputerowo ich sylwetki i jakimś sprytnym sposobem wykonał ich figury. Następnie zaś poustawiał je na sporym obszarze jeziora Ballard.
Największą zaś zaletą tej sztuki było jej położenie, zlokalizowana mniej więcej po drodze, a dojazd prowadził szutrową drogą długości ponad 50km. Po raz kolejny już zaobserwowaliśmy pewną prawidłowość – w miejscach takich – których teoretycznie odwiedzać nie wolno, najwięcej jest tych którzy postępują wbrew zapisom umowy najmu auta. W sumie na tym to polega – firmy wiedzą, że i tak pojedziesz „unsealed road”, a ty musisz robić tak żeby nikt Ci tego nie udowodnił 🙂 Sprawa jest prosta – turysta ma uciechę, że zrobił coś wbrew umowie, firma jest zadowolona bo turysta jechał po tej drodze z duszą na ramieniu nie szarżując na dodatek oddaje umyte auto.

Nas dwa razy przekonywać nie trzeba – w końcu nie od parady ma się polskie obywatelstwo.

Droga nauczyła nas jednego – nie włączać obiegu zamkniętego w aucie podczas jazdy po un-sealed road. Na początku przeczyło to mojej logice – ale jednak mieli racje ci co takiej właśnie treści naklejkę na szybie przykleili.
Tak naprawdę drogi bite w Australii są bardzo dobre – z wyjątkiem pory deszczowej kiedy to „rozjeżdżają się”. W suchszej części roku jedyną niedogodnością jest pewien afrykański wynalazek dość często spotykany także na polskich drogach. Na szczęście występuje on tylko miejscami, a nie jest normą na drogach po których jeździliśmy.

Dłuuuuuga Droga


różne mamy metody doboru „interesujących miejsc” do naszej trasy. Coś czytamy w przewodniku (przy okazji „redaktorzy” z LP raczej wiedzą o swoim kraju nie grzeszą – a w innych jest jeszcze gorzej), coś próbujemy wyszukać w internecie (co nie jest łatwe w Australii), rozmawiamy z ludźmi (tu trzeba uważać bo dla rodowitego Australijczyka prawie wszystko jest cool), przeglądamy ofertę tego czym się promują okolice itd. wszystko to próbujemy wpisać we wcześniej z grubsza nakreśloną trasę.

Takie miejsca ważne są dla nas nie tylko ze względu na swoją „atrakcyjność” ale przede wszystkim ze względu na odległości. Od miasta do miasta jedzie się czasami dwa dni (średnio „dynamicznym” kamperem) – trzeba więc sobie nieco urozmaicić ten wszechobecny busz. Kiedyś ktoś nam powiedział, że Patagonia to ogromne przestrzenie niczego – może i racja ale było to najpiękniejsze NIC jakie widzieliśmy – a buszowi niestety trochę do niej brakuje. Nie chodzi tylko o widoki, ale także o temperatury i tysiące much oblepiające nas przy każdorazowym wyjściu z auta. Myśleliśmy w Uluru, że gorzej być nie może, ale się pomyliliśmy.

Dla odmiany las

Oglądać lasy w Australii to jak jeździć na narty z Włoch do Polski. Ale, że nam akurat tam się otworzył cud przewodnik to pojechaliśmy zobaczyć. Cóż żeby nie było całkowicie druzgocząco to możemy napisać, że las jest wysoki 🙂 A to jak bardzo wysoki miałem okazję sam się przekonać włażąc na jedno z drzew. Nie to żebym był gibki jak orangutan, bo „schody” były więc w miarę kulturalnie można było się wdrapać, by zobaczyć widok z góry. Samo drzewo miało 60m wysokości czyli pięter…. hmmm chyba całkiem sporo. A, że trochę wiało to się kołysało (z każdym metrem coraz bardziej).

Zapowiedź – WA

Ha, znów się udało Jej Królewską Mość zachęcić do zajęcia miejsca pośrodku. Rzut oka za okno i …. chyba może być ciekawie.

Niewidzialna granica

Wiele się o nich tutaj mówi, w zależności od tego kto słucha to ton wypowiedzi jest odpowiednio dobierany.  Naszymi oczami:

Jest piękny świat ludzi którzy żyją sobie w takim jakby inkubatorze. Kapitalnie im się powodzi, nie znają pojęcia kryzys czy bezrobocie. Na kolejne sto lat mają zapewniony dobrobyt – wynikający z życia na ogromnym magazynie złóż mineralnych. A że popyt na nie jest ogromny (zwłaszcza w Chinach) to nie ma tak naprawdę opcji krachu.

Pewnie stąd wynikały problemy moich „Przypadków” spotkanych w Boliwii, że żyjąc w tak cieplarnianych warunkach trudno jest wyobrazić sobie, że gdzie indziej jest inaczej/gorzej/bardziej niebezpiecznie.

Całego tego lepszego świata jest również i ciemniejsza strona. Okryta całunem politycznego milczenia, czasami cichego przyzwolenia, a czasem po prostu nakryta jakąś czapką niewidką.
Ten świat jak łatwo się domyślić to świat autochtonów. Wiadomo, że biały wie lepiej –  w sumie to zawsze wiedział. Wiedział lepiej od Majów, od Inków, od Indian w Ameryce Północnej dlaczego więc miałby nie wiedzieć lepiej od Aborygenów. Goniły dzikusy po buszu świecąc pośladkami to im polali gorzoły i się „dogadali”.

Królewski Kanion : WPZS => 1:0

To co nas zaskoczyło po widokach jakie oglądaliśmy z samolotu to to, że z bliska outback jest zielony, nawet bardzo zielony. Znaleźć tu można wszelkie odcienie tego koloru, od soczystej wiosennej po spaloną słońcem i przykrytą warstwą pomarańczowego kurzu.
Źródło tej soczystej poznaliśmy próbując pospacerować po Kings Canyon – gdzie parogodzinny deszcz uniemożliwił nam bliższe zapoznanie się z nim, a podatność okolicznych dróg na tzw. “flash flooding” zmuszając do powrotu do Ayers Rock.

The Olgas

Wszyscy o Uluru słyszeli, wszyscy o Uluru wiedzą, ale tuż obok jest coś równie pięknego, a to coś nazywa się Kata Tjuta. A że my mało wylewni to poprzestaniemy na tym…

Wunderbau

Hmmmmmmm – powiedział Sztefen do swojej Helgi
Das ist wundabau
Ja sztimt – wyszeptała z namaszczeniem jego wybranka serca
Iś niśt wiedziałem że das Skała jest taka hmmmmm
– wundabau – wyszeptał znów Sztefen

widzę tu nur cwaj waden – powiedział z wrodzoną manierą w głosie
– zu fil tych cholernych francuzów
co się dziwisz – zaskrzeczała Helga – nie mają do nas daleko

– tylko warum te brudasy w rozklekotanych kamperach muszą zawsze parkować koło nas?
– My przynajmniej codziennie korzystamy z toalety
ah Sztefen – jesteś taki mądry – pomysł z podjeżdżaniem na pola kampingowe już po godzinach urzędowania biura jest wyśmienity.
– kto by tam płacił tyle dolarów za noc
– zaśmiał się przebiegły potomek „wypędzonych”

Takie właśnie rozmowy dało się słyszeć o poranku przy Uluru. To tu właśnie osiem tysięcy niemieckich turystów wespół z dwoma tysiącami francuskich pseudo hippisów (rzeczywiście czystością nie grzeszyli – ale fakt pozostaje faktem, że na szyi fantazyjnie zawiązana apaszka była grana) dziwnie patrzyli na obywateli innych krajów, a zdziwieniem największej wagi obdarzali Australijczyków – no bo niby skąd oni tutaj?