Wunderbau

Hmmmmmmm – powiedział Sztefen do swojej Helgi
Das ist wundabau
Ja sztimt – wyszeptała z namaszczeniem jego wybranka serca
Iś niśt wiedziałem że das Skała jest taka hmmmmm
– wundabau – wyszeptał znów Sztefen

widzę tu nur cwaj waden – powiedział z wrodzoną manierą w głosie
– zu fil tych cholernych francuzów
co się dziwisz – zaskrzeczała Helga – nie mają do nas daleko

– tylko warum te brudasy w rozklekotanych kamperach muszą zawsze parkować koło nas?
– My przynajmniej codziennie korzystamy z toalety
ah Sztefen – jesteś taki mądry – pomysł z podjeżdżaniem na pola kampingowe już po godzinach urzędowania biura jest wyśmienity.
– kto by tam płacił tyle dolarów za noc
– zaśmiał się przebiegły potomek „wypędzonych”

Takie właśnie rozmowy dało się słyszeć o poranku przy Uluru. To tu właśnie osiem tysięcy niemieckich turystów wespół z dwoma tysiącami francuskich pseudo hippisów (rzeczywiście czystością nie grzeszyli – ale fakt pozostaje faktem, że na szyi fantazyjnie zawiązana apaszka była grana) dziwnie patrzyli na obywateli innych krajów, a zdziwieniem największej wagi obdarzali Australijczyków – no bo niby skąd oni tutaj?

Z czysto kronikarskiego zaś obowiązku parę słów od nas:

ABS, ESP, MIVEC, CCT, FBI, KGB, PZU i inne takie tam bajery nas dopadły niespodziewanie na lotnisku Ayers Rock – miało być tanio i byle jak, a okazało się, że było tanio – ale byle jakich brakło w wypożyczalni. Tak więc dostał się nam nowiuteńki Mitsubishi Lancer z dwusprzęgłową automatyczną skrzynią biegów i z silnikiem, który pozwolił nam przypomnieć sobie jakie to uczucie gdy samochód zauważalnie przyspiesza po wciśnięciu gazu. Nie to żeby Mitsu było jakimś wybitnym autem – po prostu się rozpędzał…

Baliśmy się cen na miejscu – ale poza drogimi restauracjami w kompleksie (jedynym) jest też sklep spożywczy, w którym ceny są zbliżone do tych z Sydney – czyli nie tanio – ale do przeżycia. Była także kuchnia do dyspozycji – więc jedyne co kosztowało sporo to monopolistyczny Ayers Rock Resort.
Pewnie taniej byłoby dojechać tu własnym autem – lub kamperem i zatrzymać się na kampingu – ale to dużo bardziej czasochłonna opcja, a zważywszy na ceny paliwa w okolicy (około 2AUD za litr) wcale nie taka tania.
A samo Uluru?

Trudno opisać słowami. W skrócie – stojąc u jego podnóża nie dziwi nas to, że Aborygeni czczą gą po dziś dzień. Jest tak niesamowitym miejscem, tak fantastycznie kolorowymi (tak tak), i urozmaiconym, i emanującym tak potężną „nierealnością” że najzwyczajniej w świecie szczeny nam opadły.
Druga sprawa – dzięki, której czujemy się dumni to małe moskitiery wożone na dnie torby od wyjazdu z Polski. Już parę razy była pokusa by je odesłać do kraju, a tu nagle nastał ich wielki dzień. Osobiście nie wyobrażam sobie zwiedzania tego miejsca bez tego czegoś na głowie. Much są tryliony, w każdym miejscu gdzie się zatrzymaliśmy momentalnie zjawiał się cały szwadron starający się za wszelką cenę dostać do nosa, oczu i uszu (jak to mało po polsku to do jednego i drugiego ucha). O dziwo nie gryzą, przechodzą do odwrotu tuż po zamknięciu drzwi samochodu – kiedy to zaczynają okupować szyby i są łatwym celem ale na zewnątrz są tak namolne jak przedstawiciel Amway’a albo odkurzaczy Rainbow.

One Response to Wunderbau

  1. Hubert Muchalski says:

    Przynajmniej (jeszcze na jakiś czas) macie z głowy PiS, PO, SLD, USA, CBA, GUS, US, PKB itp.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *