Niewidzialna granica

Wiele się o nich tutaj mówi, w zależności od tego kto słucha to ton wypowiedzi jest odpowiednio dobierany.  Naszymi oczami:

Jest piękny świat ludzi którzy żyją sobie w takim jakby inkubatorze. Kapitalnie im się powodzi, nie znają pojęcia kryzys czy bezrobocie. Na kolejne sto lat mają zapewniony dobrobyt – wynikający z życia na ogromnym magazynie złóż mineralnych. A że popyt na nie jest ogromny (zwłaszcza w Chinach) to nie ma tak naprawdę opcji krachu.

Pewnie stąd wynikały problemy moich „Przypadków” spotkanych w Boliwii, że żyjąc w tak cieplarnianych warunkach trudno jest wyobrazić sobie, że gdzie indziej jest inaczej/gorzej/bardziej niebezpiecznie.

Całego tego lepszego świata jest również i ciemniejsza strona. Okryta całunem politycznego milczenia, czasami cichego przyzwolenia, a czasem po prostu nakryta jakąś czapką niewidką.
Ten świat jak łatwo się domyślić to świat autochtonów. Wiadomo, że biały wie lepiej –  w sumie to zawsze wiedział. Wiedział lepiej od Majów, od Inków, od Indian w Ameryce Północnej dlaczego więc miałby nie wiedzieć lepiej od Aborygenów. Goniły dzikusy po buszu świecąc pośladkami to im polali gorzoły i się „dogadali”.

Dzisiaj – patrząc na to wszystko z boku i tylko przez chwilę – wygląda to mniej więcej tak:

Ci „lepsi” (biali – w sumie paradoksalna nazwa bo chyba jako jedyna nacja najbardziej mienimy się kolorami w zależności od naszego stanu), podtrzymują w sobie wyrzuty sumienia w imieniu swoich przodków – bo tak wypada. Rząd próbuje je zagłuszyć zrzucając coraz większe okruchy z pańskiego stołu, a to na jakieś programy aktywizacyjne, a to pomocowe.

Tymczasem ta ciemniejsza część społeczeństwa świetnie się odnajduje w roli „ofiary”. Umiejętnie korzystając z „pomocy”.

Jako, że ci „lepsi” wciąż wiedzą lepiej to zorganizowali życie tym “gorszym” tworząc coś na wzór rezerwatów.

O ile to „ograniczenie” raczej nimi nie jest – bo trudno nomadowi wmówić, że życie na ulicy jest złe. To są też i inne restrykcje, całe strefy zakazu sprzedaży alkoholu, zakazy wjazdu na tereny Aborygenów dla „białych”, czy zastąpienie benzyny bezołowiowej produktem o nazwie Opal po to tylko by nie była ona używana do odurzania się.

Między “lepszym” a “gorszym” istnieje niewidoczna linia, której starają się jedni nie przekraczać, drudzy zaś robią sobie z niej przyczółek do działań „prowokatorskich”.

Wysiada więc ten „lepszy” z Land Cruisera przed sklepem, mija w milczeniu głośną i cuchnącą hałastrę udając, że jest pusto, robi zakupy i wraca do swojego domu. Ma swoje 150k rocznie i poczucie żalu, że to nie tak w końcu on Im nic nie zrobił. Nie raz na usta cisną mu się słowa: „Kill them ALL!!!”  (to nie żart) Nikomu nie może o tym powiedzieć bo to niepoprawne (nic dziwnego). Druga zaś strona zdając sobie z tego sprawę umiejętnie gra na nerwach tych pierwszych. Mocno to pogmatwane i obarczone błędem i w sumie miało być tylko wstępem do czegoś zupełnie innego.

Mianowicie ta, w naszym pojęciu, zepchnięta poza margines życia grupa jest jedną z najstarszych kultur żyjących na świecie. Nasze czasy nowożytne to przy nich jak mrugnięcie powiek. Zasiedlili Australię ponad 20 tysięcy lat temu i przez nikogo nie niepokojeni swoim własnym tempem rozwijali się. A że tempo niespieszne było to lat temu paręset zastali ich europejczycy na etapie kamienia łupanego. Próba ich szybkiego wyedukowania (głównie grogiem) spełzła na niczym bo niezmiernie trudno jest w dwieście lat – a właściwie kilkadziesiąt bo chyba tyle trwały w miarę świadome próby zasymilowania tych dwóch światów – nadrobić zaległości z kilkunastu tysięcy lat, Metoda ta doprowadziła zaś do masy problemów, z którymi różnymi restrykcjami próbuje się walczyć do dziś.

Kultura ta choć poddana próbie i wydawać się mogło że skazana na porażkę, wciąż istnieje, rozwija się i zaskoczyć może swoim bogactwem.

Daleko nam (a zwłaszcza jedynemu mężczyźnie w naszym składzie) do mówienia o sobie jako o znawcach sztuki. Więc może i nasza opinia jest guzik warta – ale to co zobaczyliśmy wyczarowane z (głównie) maluteńkich kropeczek na (z reguły) czarnym płótnie było największym zaskoczeniem jakie nas spotkało.

Z jednej strony mamy obraz rozwrzeszczanych śmierdziuchów na ulicach miast outbacku (mało to politycznie poprawne – ale prawdziwe), z drugiej zaś ludzi, którzy tworzą niesamowite dzieła sztuki, zachęcające do próby ich zrozumienia, poznania legend, symboliki – do zrozumienia czym są ich Dreams…

4 Responses to Niewidzialna granica

  1. Gosia says:

    Sprawa Aborygenów jest bliska mojemu sercu, a fascynacja ich sztuką trwa u mnie niezmiennie od lat. Fajnie się Was czyta, zdjęcia bajeczne. Szerokiej drogi!

  2. Renata says:

    Dziękujemy Gosiu 🙂 Teraz i my jesteśmy nią zafascynowani. Pozdrawiamy już z Polski 🙂

  3. Gosia says:

    Aaa… To wiele wyjaśnia! Przeglądając Waszego bloga zastanawiałam się jak znajdujecie w drodze czas na tak dopracowane posty, a Wy już w domu! Pozdrawiam.

  4. Mariusz says:

    w sumie i tak i nie 🙂 Te posty powstały na bieżąco w Australii – tyle, że musiały poczekać w kolejce na obrobienie zdjęć 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *