Dłuuuuuga Droga


różne mamy metody doboru „interesujących miejsc” do naszej trasy. Coś czytamy w przewodniku (przy okazji „redaktorzy” z LP raczej wiedzą o swoim kraju nie grzeszą – a w innych jest jeszcze gorzej), coś próbujemy wyszukać w internecie (co nie jest łatwe w Australii), rozmawiamy z ludźmi (tu trzeba uważać bo dla rodowitego Australijczyka prawie wszystko jest cool), przeglądamy ofertę tego czym się promują okolice itd. wszystko to próbujemy wpisać we wcześniej z grubsza nakreśloną trasę.

Takie miejsca ważne są dla nas nie tylko ze względu na swoją „atrakcyjność” ale przede wszystkim ze względu na odległości. Od miasta do miasta jedzie się czasami dwa dni (średnio „dynamicznym” kamperem) – trzeba więc sobie nieco urozmaicić ten wszechobecny busz. Kiedyś ktoś nam powiedział, że Patagonia to ogromne przestrzenie niczego – może i racja ale było to najpiękniejsze NIC jakie widzieliśmy – a buszowi niestety trochę do niej brakuje. Nie chodzi tylko o widoki, ale także o temperatury i tysiące much oblepiające nas przy każdorazowym wyjściu z auta. Myśleliśmy w Uluru, że gorzej być nie może, ale się pomyliliśmy.

Jako, że to na czym zależało nam najbardziej (outback) leżało na północ od wcześniej odwiedzonych drzew to po drodze wyszukaliśmy „atrakcje”. Była nią skała zwana The Wave. No więc zobaczyliśmy i pojechaliśmy dalej. I jeśli przyjdzie wam na to ochota – to dajcie sobie spokój 🙂

Zupełnie zaś przypadkiem zainteresowaliśmy się innymi atrakcjami, o których przewodniki raczej mało wspominają (choć LP akurat się spisał). Po pierwsze Rabbit Fence. Atrakcję tą zapewnił pewien rzutki angielski osadnik, który jak przystało na Anglika miał tejże narodowości małżonkę. Jako, że owe nie mają słowiańskiej urody to szukał sobie chłopina zajęcia poza domem. Jak już ustrzelił co było do ustrzelenia w okolicy to zatęsknił za angielskimi zającami, na które to w dzieciństwie polował. Łeb miał nie od parady to i sprowadził sobie z ojczyzny 24 sztuki długouchego zwierzaczka do swojej farmy w Victorii.  Myśliwy z niego był kiepski bo rzecz działa się w roku 1859, a już parę lat później stworzonka te zeżarły prawie wszystkie uprawy wschodnich stanów Australii. Zachodnia zaś Australia aby się przed nimi ustrzec zainwestowała w budowę ogrodzeń o długości… 3256km. Pomogło to o tyle, że do dziś stosuje się chemiczne metody usuwania tego szkodnika…. a on ma się całkiem nieźle.

Widokowo atrakcja ta może nie zbyt widowiskowa – ale przynajmniej historycznie ciekawa.

Kolejną jest straaaasznie długa ruła – jak mówi nasza pociecha. A w niej ciecz bez, której cały kopalniany biznes w zachodnioaustralijskim outbacku nie miałby najmniejszego sensu. pompują więc wodę gdzieś z okolic Perth do Karlgoorlie rurką o długości ponad 500km. Budowa zakończyła się już w 1903 roku i instalacja w mniej więcej pierwotnym założeniu działa po dziś dzień. Tutaj z kolei jej twórca – skrócił swój żywot na rok przed ukończeniem projektu – ponoć nie bez przyczyny było pukanie się w głowę większości ówczesnych ekspertów i części parlamentu.


Jak już się wzdłuż tej ruły dojedzie do samego końca to mamy Karlgoorlie i Boulder – dwa miasta gdzie jest jedna z największych na świecie odkrywkowych kopalń złota. Co by nie mówić – jest duża…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *