Monthly Archives: June 2011

Tygrys wchodu – od zaplecza

Wylot z Perth był dla nas niejako przełomowy. Był bowiem dużym krokiem w stronę domu, tym bardziej dużym, że pierwotnie cała trasa wpzs nie przewidywała Azji do zwiedzania.

Jako, że dwa kraje (jeden fajny, o drugim było w ostatnim poście) wydrenowały nasze konto to już wcześniej “się zmodyfikowaliśmy” tak aby zaoszczędzić miesiąc na Antypodach na rzecz Fiji i miejscagdzienaswogolenieciagnelo czyli Azji. I niech mi tu żaden malkontent nie pisze, że nie wiemy co to Azja, co tracimy i inne blablabla – bo fakt faktem, nie wiemy i jakoś przed przybyciem tutaj wcale a wcale nas nie ciągnęło w te strony. Nie uprzedzając jednak faktów – kiedyś magnesem dla nas była Australia i co z tego wyszło już napisałem.

Pewnie określenie Azja jest nieco na wyrost bo kraje wybraliśmy bardzo “normalne” czyli Singapur i Malezję (Maniek nam polecił).

Ponoć  “Azja” jest gdzie indziej – nie wiem, nie znam się, wolna sobota i te sprawy ale ostrzegam z geografii miałem zawsze najwyższą ocenę (nie będę pisał jaką bo się domyślą jak bardzo stary jestem) i według ówczesnych danych były one na tym właśnie kontynencie.

Co pozytywne to w obu dogadać się można po angielskiemu, angielkoskiemu, angohinduskiem a czasami nawet i po angielsku w przeróżnych odmianach – czyli jeden problem z głowy – nie to żebyśmy byli jakimiś poliglotami – ale znamy parę słów (znaczy w CV piszemy “dobra znajomość”).
Singapur jak to Singapur nie zaskoczył nas pogodą (akurat lało i wciąż było +32), za to przywitał nas tanimi taksówkami, zapachem jedzenia na ulicach, nieco przydrogim piwem i pokojem hostelowym o rozmiarze XXXS. Dość powiedzieć, że jako osobnik potężnie zbudowany i wyrośnięty mogłem (w pozycji wyprostowanej) poczynić tylko pół kroku od drzwi w kierunku najbardziej oddalonej ściany (kolankowej zresztą), a według norm budowlanych w naszym kraju jego powierzchnia wynosiła około 5cm2. Tak czy inaczej tańszego nie było 🙁

Zachodni zachód czyli do widzenia Australio

Na zakończenie australijskiej części naszej podróży kilka zdjęć z okolic Exmouth, Pinnacles i Kalbari.
W dwóch słowach gdybym miał podsumować kontynent to: Nie warto. Gdybym miał dodać zdanie pomocnicze to napisałbym, że jeśli już to Uluru i Tasmania robią ogromne wrażenie i są wyjątkiem potwierdzającym zdanie pierwsze 🙂
Masa ludzi marzy o tym kontynencie, śni po nocach swój australijski sen i ja tego kompletnie nie rozumiem. Jest tyle miejsc na świecie tak oszałamiających swą urodą, klimatem, kulturą i to dużo dużo bliżej Polski. Mało to popularne ale naszym zdaniem prawdziwe.
Jeśli jednak już tu dotrzecie to jedźcie do Czerwonego Centrum, poczujcie niesamowitość tego miejsca, zapoznajcie się z dot painting i jak najszybciej znajdźcie lot do Nowej Zelandi/Argentyny/Boliwii/Chile/USA/Kanady albo jedźcie na Pojezierze Augustowskie czy w Bieszczady czy gdzie tam jeszcze chcecie, wydacie mniej zobaczycie o niebo więcej.

Nie planujemy tu wracać – no chyba, że jak nam braknie kasy – bo chyba nie ma łatwiejszego miejsca do zarabiania i życia (i te muscle cars 🙂 ) – ale na pewno nie na zwiedzanie…

Upojna noc

Nareszcie – pomyśleliśmy wjeżdżając na teren Karijini National Park.

Słynie on ze swych urokliwych wąwozów i wijących się w nich strumyków, do tego dziesiątki wodnych kaskad i przyroda jakiej nie oglądaliśmy od ponad tygodnia przedzierania się przez Outback.
Wczesna jesień w tym rejonie ma bardzo stabilną pogodę (+35 w cieniu) więc gdy tylko dotarliśmy do jednego z wodospadów, natychmiast wskoczyliśmy do wody. Nie muszę pisać jak przyjemne to było.

Ghost town

Mapa Zachodniej Australii pełna jest zaznaczonych miejscowości, osad czy siedlisk z dopiskiem „opuszczone”. W chwili obecnej po większości jedyne co pozostało to taka właśnie informacja w atlasach i na mapach. Próżno dziś szukać w nich większych pozostałości niż kawałek muru fundamentowego.

Schemat niemal zawsze był ten sam.

Ogromny boom na wydobywanie surowców mineralnych pod koniec XIXw. Dziesiątki tysięcy przybyszów z całego świata liczących na polepszenie swojego losu. Przyjeżdżali z nie tylko z Irlandii i Anglii ale także z Włoch czy Jugosławii. Szybki rozwój, i gwałtowne ŁUP wywołane zakończeniem wydobycia…

Do jednego z takich miejsc w przysłowiowym “in the middle of nowhere” dotarliśmy. Dwie ostatnie spośród wcześniej wymienionych nacji dominowały w Gwalii. Położona nieopodal istniejącej do dziś Leonora, w latach swoje prosperity liczyła ponad 1500 mieszkańców. Tak było aż do 21go grudnia 1963 kiedy to z dnia na dzień zamknięto kopalnie „Son of Gwalia”. W niespełna 3 tygodnie liczba spadła do czterdziestu.
Na szczęście potomkowie mieszkańców włożyli sporo pracy w to by ocalić od zapomnienia to miejsce. Dziś większość z domów jest takim stanie w jakim były dzień po ich opuszczeniu. Dotarliśmy tutaj dość późno tak więc miękkie światło wieczoru jeszcze bardziej podkreślało klimat ghost town.

Dziura w ziemi

Są takie miejsca jakie zawsze chciałem zobaczyć. Jednym z nich była kopalnia odkrywkowa. Będąc w Newman nadarzyła się ku temu wyśmienita okazja. Znajduję się tu bowiem największa na świecie kopalnia odkrywkowa rud żelaza. Co prawda wycieczka organizowana przez Visitor Center ma dwie wady: po pierwsze nasza pociecha jest za mała na nią (przepisy wewnętrzne kopalni) a po drugie jest nieco rozczarowująca widokowo, bo punkt widokowy jest tylko jeden.
Na szczęście ilość informacji jakie przekazał nasz przewodnik imponująca.
Dla niektórych może to być nieco nudne – ostrzegam 🙂

No więc cudo to jest duże – liczy sobie 5 km długości i około 1,5km szerokości i wciąż rośnie w szerz i w dół – góra ścięta jest na dzień dzisiejszy o 135metrów
Sam surowiec ma bardzo wysoką jakość bo dochodzącą do 69% zawartość czystego żelaza w rudzie. W sumie to na tyle dużą, że aby sprostać oczekiwaniom rynku jest mieszany ze słabszym gatunkowo produktem… Obecnie wydobywa się go około 200mln ton rocznie i wciąż rośne by osiągnąć 300 mln ton na rok już za 4 lata.

Do wydobycia i transportu urobku na terenie kopalni służą ogromne koparki/ładowarki/wywrotki. Tych ostatnich jest 56 sztuk, masa pojedynczego waha się od 190 do 240 ton. Dla przykładu Jambo Jet gotowy do startu waży nie więcej niż 130 ton.
Koła na jakich się poruszają mają do 3,5m średnicy. Jedno waży około 5 ton. Nie wytrzymuje więcej niż roku eksploatacji i kosztuje trzydzieści tysięcy dolarów.
Cały sprzęt poruszający się po terenie kopalni wyposażony jest w odbiorniki GPS pozwalające lokalizować je z dokładnością do 10cm, przy okazji mają także system kontroli wagi i parametrów pojazdu. Wszystkie te parametry są wysyłane do Mine Control Room gdzie komputer przydziela im trasy celem maksymalnie optymalnego wykorzystania sprzętu. W tym czasie kierowca siedzi w klimatyzowanej kabinie słucha ulubionej muzyki na odtwarzaczu CD – kasując przy tym ponad stówkę rocznie 🙂

Do tego własna siłownia gazowa o mocy 105Megawatów (chyba dużo – bo ma w nazwie „mega”), jedna z najnowocześniejszych sortowni i kruszarni na świecie.

Wszystko to robi ogromne wrażenie – ale przy pociągach jakie z tym całym towarem jadą do portu to NIC.
Najdłuższy miał 7,3km składał się z 8 lokomotyw, 682 wagonów (jeden wiezie jakieś 125 ton urobku) a prowadził go – JEDEN człowiek…

Nim cały ten sprzęt zamieni się w sterowany komputerowo i bezosobowo polecam zainteresowanie się tematem zatrudnienia w BHP Billiton Iron Ore górnikom z Jastrzębskiej Spółki Węglowej bo zarobić można więcej (dużo), praca bezpieczniejsza (dużo) – a dzięki brakowi Waszych protestów – ja szybciej do roboty dojadę.